Zbyt długo na to czekaliśmy, żeby cokolwiek mogło zniszczyć nastrój. Nie przeraził nas ani brak miejsca w zarezerwowanej wcześniej lokalizacji, ani bateria od aparatu, która rozładowała się mimo dwudniowych starań o jej pękatość obfitości, ani brak poszukiwanego bankomatu. Żeby nie było – do Płocka nic, absolutnie nie mamy, organizacyjny falstart był zdecydowanie naszą winą.

Na szczęście z minuty na minutę było coraz to goręcej, piękniej i muzyczniej. Na teren festiwalu, po pokonaniu istnie gubałowskich schodów (policzyliśmy! 264!) dotarliśmy w piątkową północ, idealnie na występ Nicolasa Jaara. Było pięknie, artystycznie! Ale potrzebowaliśmy jednak trochę więcej mocy po naszych organizacyjnych przygodach.

Tak czy siak musieliśmy wręcz zostać na plaży przy scenie głównej ze względu na bezapelacyjnego headlinera – grupę Royksopp. Tuż przed koncertem od czekających fanów dowiedzieliśmy się, że oryginalna nazwa zespołu to… „Purchawka”. Niewiele brakowało byśmy mniej poważnie podeszli do występu, ale headliner to headliner. Były hity, szaleństwo, przebieranki – jednym słowem iście festiwalowo! Tłum ludzie pod sceną, większość na boso, słuchacze na skarpie z widokiem na main i mróweczka na mróweczce…

A skoro jesteśmy przy owadach, to faktycznie upalne lato, piękna pogoda, słońce w dzień, krótkie ciuchy w nocy, a deszcz obudził nas dopiero w… niedzielny poranek, kiedy było już nam aboslutnie wszystko jedno. Ale miało być o owadach. Po raz drugi marudzimy z radością – można tak? W sensie marudzimy, ale z pozytywnym przesłaniem, bo naprawdę czuliśmy się jak na prawdziwym, rasowym festiwalu: były komary i komaropodobne, był piach w hot dogu (wmawialiśmy sobie, że to kapusta) i… pająki. Gęsto i często i wszędzie pająki! Miejscowi mówili, że nawet w płockich wiadomościach owadolodzy byli w szoku.

A muzykologów w szok wprowadzał Hybrid Tent. Wbiegamy na pełnym tanecznym poziomie i stwierdzamy: drum’n’bass to nasze życie i pasja! Hybrid w piątkową noc dudnił tym właśnie  drum’n’bassem. Jesteśmy, słuchamy SPY, tańczymy. Podczas występu Roniego Size namiot dudnił podobno jeszcze bardziej, bo legenda nie zamierzała skręcać pokrętła od bassu nawet na moment. Osobiście nie widzieliśmy, bo skupiliśmy się na cyrkowych występach artystów od mocniejszych beatów. Wchodzimy do namiotu i… techno i techhouse to nasze życie i pasja! W oczekiwaniu na Villalobosa, liznęliśmy występ Hobo, który… według obecnych na Audioriver reporterów Kluboterapii był numerem jeden! Po prostu rewelacja! Nie wiemy, czy Hobo próbował nakręcać publikę na Villalobosa (która rozpoczął jednak i tak dużo spokojniej) czy tak sobie zaplanował, ale przeplatał kawałki bardziej techniczne z typowymi techhouseowymi beatami podsycanymi basową melodią. Chwilami mieliśmy wrażenie, że to solidny set rodem z Watergate, a przecież to był w dodatku live! Hobo! Brawo!

No i zmęczył nas Hobo na tyle, że nie przetrwaliśmy całego Ricardo, który po prostu grał swoje, mając przebłyski geniuszu, jak i chwile zawieszenia w niekoniecznie rewelacyjnych numerach. Ale on taki jest. Taki miał być. Taki był. Jak przystało na gwiazdę światowego formatu.

Do końca nie dotrwaliśmy, ale (o dziwo!) mimo odległości kilku kilometrów przy otrwartym oknie zasypialiśmy przy ostatnich beatach Ricardo… Najpiękniejsze zakończenie imprezowego dnia ever!

I bah! Już sobota! Już 12! Czas na rynek na targi Audioriver i muzykę. I słońce. I piwo. I beaty. I winyle (kupiliśmy wczorajszego Jaara z „Mi Mujer”). I djki. I fontanna (to do czasu, bo służby porządkowe popsuły zabawę). I… tu całkiem niespodziewanie załapaliśmy się na rejs Wisłą imprezowym statkiem. DJski sprzęt odmówił posłuszeństwa, ale nawet do seta tańczyło się cudownie, zwłaszcza, gdy wszyscy na sam koniec rejsu postanowili odegrać „popisówkę” i mimo dużego zainteresowania tańcem podczas rejsu, dopiero na sam koniec cały statek wykazał OLBRZYMIE zainteresowanie tańcem, by wysoko postawić poprzeczkę kolejnej grupie imprezowiczów na wodzie 😉

I bah! Wieczór. Zaczynamy od Guillaume Coutu Dumonts & The Side Effects. Świetnie! Techniczny beat, ale instrumentów nie brakuje, nie brakuje melodii, popisów artystycznych i naprawdę kawła (bo nie kawałka) fenomenalnej muzyki właśnie przez duże M. A potem od razu dOP, których podziwiamy z pierwszego rzędu, całkiem przypadkowo pijemy wódkę z dOPOwym wokalistą i tańczymy do utraty tchu. Rzeczony wokalista troszeczkę zbyt często zabiera głos, ale dOPy grają świetnie, rytmicznie, nieprzerwanie.

Nie było innego wyboru dla nas jak wybrać się na cyrkusowy występ wielkiej trójcy. Carola i Craig i Schneider. Do rana. Wszyscy mocno. Craig? Nie dziwi. Carola pewnie chciał podkręcić na Craiga, a Anja z niego skręcić 😉 Solidna dawka beatu, brak kompromisów, przedłużona impreza i łza w oku, że to już koniec… Elektronika to nasza pasja.

Niebo też płakało jak już pisaliśmy. Nic dziwnego. Niesamowity klimat, pogoda, muzyka i ludzie. Na sam koniec właśnie na ludziach się skupimy. Idzie troszeczkę podchmielony jegomość, mija naszą redakcyjną koleżanką i ŁUP! W słup. A do koleżanki mówi: „przepraszam”. Kultura przede wszystkim 🙂