Po co jeździ się na festiwale? Niby wiedziałem. Aż do tego Audioriver. Zawsze myślałem, że po to, żeby po pierwsze mieć pewność dobrej zabawy – bo w końcu masz do wyboru osiem scen, a nie tylko jedną jak w klubie. Po drugie: po to, żeby posłuchać na żywo (być może nawet po raz drugi czy trzeci) swoich ulubionych artystów.

 

 

I po to się jeździ na festiwale. Tak myślałem. Do tego Audioriver. Bo tam jak co roku spotkałem niesamowitych ludzi, których szansa zahaczenia jest chyba tylko w Płocku. I oni powiedzieli mi, że przecież na festiwale jeździ się po to, żeby odkrywać.

Do tego wątku jeszcze w swojej autentycznie subiektywnej relacji wrócę nie raz. Ale póki co, chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden owoc naszych całodniowych dysput. Kiedy tylko nie tańczyłem nad rzeką. Mianowicie na totalną, absolutną, nierzeczywiście olbrzymią rozbieżność  muzycznych gustów. Czułem się jak obcy. Byłem przekonany, że znajomym podobało się to i to, to i to było nudne, a tamto to kwestia gustów. A tutaj poprzewracanie do góry nogami z wszystkim. Krzywe miny i pytania: „no co ty?” kierowane w obosiecznych kierunkach. Dlatego tutaj ocenię sobie wszystko własnym uchem, będzie bolało, ale w zasadzie w Polsce to tylko na Audioriver zadaje sobie pytanie: czy ja się w ogóle znam na muzyce? Może dlatego mówi się, że dziennikarze to czwarta władza. Ale liczba pasjonatów, którzy wymieniają po kolei zagrane kawałki jest spora. To przeraża. I fascynuje. A może mają Shazama w kieszeni?

Ale żeby nie było cukierkowato i słodko, to nie fascynuje mnie już w żaden sposób zabawa na rynku. Może ja miałem takiego pecha? Albo jestem hejterem? Ale byłem tam w konkretnym celu. Kupić sobie kilka nowych, pamiątkowych winyli. Mój cel został spełniony, ale przez godzinę rynek powitał mnie Sodomą i Gomorą. Sobota rano, czuję jeszcze wczorajsze balety, ale przy jajecznicy (serwowanej namiętnie przez wszystkie lokale) niemiłosiernie katowano nas techhousem. Z rana. Ciężkim dosyć. Nie mającym nic wspólnego z wokalami, lajtem, tańcami i wspomnieniami z poprzednich lat, gdy kochaliśmy świat ruszając bioderkami do Jorisa Voorna i jego remiksu „Beachballa”. Od rana nawalanie. Nie ma na to mody już. Nie oglądacie Boiler Roomów?  

I do tego bezdomni leżący przy tej fontannie. I ludzie, którzy potykali się o browary. Te się biły. Wszystko się klei. Wszędzie szkło. I tak na całym deptaku. Dziki zachód. Coś się wymknęło komuś (niekoniecznie organizatorom) spod kontroli przy tym frekwencyjnym rekordzie.

Nie mniej jednak z tego oto rynku udałem na łajbę C&C Bookings, która co dwie godziny rejsowała po Wiśle, dla tych, którzy gdzieś tam w maju kupili na nią bilety. I ta łajba właśnie – rozkochała mnie i moich znajomych. Spodziewaliśmy się przyjemnego pływania i piwka w miłym towarzystwie, a zostaliśmy porwani. Tak powinni grać na rynku! Znowu chciało się tańczyć, założyć okulary i opalać się w prażącym słońcu. Mihau, Harty i An On Bast: tak się gra! Tak się porywa dziewczyny w bikini do eksponowania tańczących ciał. Było kilka klasyków, było kilka świeżynek, był groove i bas i wszystko, czego potrzeba.

Tylko nie wiem jak to się stało, że jesteśmy już w sobocie, a nie opisałem Audioriverowego piątku. Bo trzeba go zauważyć. Oczywiście nie omieszkałem się zgubić, ale pewna około pięćdziesięcioletnia kobieta powiedziała, że na ten „Oudiorywer” to w lewo. Promocja działa! I Kluboterapia też działa, bo przy bankomacie spotkałem dwóch gości, którzy twierdzili, że regularnie nas czytają. Pozdrawiamy!

Więc docieram. Na festiwal. I też sam docieram się w tańcu przeprowadzając tradycyjny rekonesans. Lubicie wiedzieć kto jak zagrał? No nie powiem wam. Przez tych ludzi, o których pisałem w pierwszym akapicie. Ale powracając właśnie do niego – odkryłem kogoś. Oxia. Mnie oczarował. Konkretnie, do przodu, coraz bardziej nakręcająco. Od razu przypomniał się Hobo z zeszłego roku, kiedy to czekałem na Villalobosa, który to (w sumie dość spodziewanie) zwolnił tempo. Tutaj było podobnie. Energetyczny Oxia i sentymentalny początek kolejnych czyli Dixona i Ame. I teraz anegdotka – w zeszłym roku po odkryciu Hobo pojechałem na niego do Club4 w Barcelonie. Teraz chyba pojadę gdzieś za Oxią… Dzięki Audioriver! Nawet chyba bardziej niż za Dixona i Ame! Ich kiedyś słuchałem, a Oxia jest moim odkryciem tegorocznym.

A co jeszcze piątkowo działo się w Płocku? Festiwalowo tak trochę Openerowo grali HVOB od Stil Von Talentów, Lusine, naszego kolegę zachwycił absolutnie duet Klute z Nymfo, na głównej nie zabrakło także energii od Netsky`a, białego Jezusa z GusGus i… co w zasadzie nas zaskoczyło Julii Marcel. Przechodząc między scenami i słuchając jej „Matrioszki” (w sumie pierwszy raz na żywo, a bardzo lubię tę piosenkę) zastanawiałem się czy to misja edukacyjna czy bicie frekwencyjnego rekordu? No niezależnie wtedy było. To z pewnością.

Doświadczony w festiwalowych bojach postanowiłem w sobotę wybrać się prosto na niemieckiego gwiazdora, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi się bowiem w warunkach klubowych posłuchać obiecujące postacie polskiej sceny takie jak Oszibarack czy Kamp! Stąd mój brak pośpiechu. Spodziewałem się kilku schematów na Kalkbrennerze, ale aż takiego odcinania kuponów? Znam „Aaron” w zasadzie na pamięć w każdym beacie i czy to był live? Szczerze wątpię. To było nasze trzecie spotkanie z Paulem w ciągu trzech lat. Każde kończyło się tak samo. Koniec live’a. Potem „Sky And Sand”. Potem „Aaron” – w wersjach 10 minutowych i oczekiwanie na brawa. Przed występem pojawił się napis Guten Tag. A ja mówię Auf Wiedersehen.

Płaczę, że zdecydowałem się przez to zrezygnować z Matadora i wpadam na Richiego Hawtina. Zaczyna spokojnie. Na tyle spokojnie, że wiedziony komercyjnym instynktem śmigam na Rudimental. I jest moc! Energia! W sumie to ludzie się bawią. Szaleństwo wśród ludzi. Po nich wchodzą chłopaki z Dirtyphonics i początkiem swojego live’a niszczą świat. Dzikie szaleństwo nieokiełznania. Wiedzą jak to robić. Osobiście wolę jednak ich drum’n’bassowe oblicze i w obliczu dominacji naprawdę ostrego (choć energetycznego) dupstepowego remontu (przyznaję jednak, że bardzo sensownego!) zmykam na Tale Of Us łapiąc się jeszcze na 40 ostatnich minut Ryszarda w Cyrku.

I to jest magia, bajka, wykręt. Ci, którzy „znudzeni” Hawtinem, go odpuścili powinni popukać się w serduszka i powiedzieć „moja wina…”. Mnie zaczarował minimalistycznym podjazdem, który wykręcał rzeczywistość. Jakoś tak… wow.

Podsumowując tegoroczne Audioriver. Line-up był tak pełny, że przez to tylko Kalkbrennera (Leo, why?!) przesłuchałem od początku do końca. Nie mogłem się zdecydować, łaziłem tu i tam, skacząc tu i tam. Żałuję kilku nazwisk, które gdzieś umknęły nie wiadomo gdzie i nie zostały zahaczone (Minilogue, Monoloc). Ludzi było mnóstwo, ale kolejki raczej nie dokuczały. To jednak jest olbrzymi teren. Organizacyjnie więc piąteczka, choć czemu ludzi są takimi śmieciarzami to nie wiemy. A tyle w ostatnich dniach się mówiło o tej śmieciowej rewolucji… Ministrze Korolec – marsz na Audio w przyszłym roku.

I jeszcze jedna refleksja. Dlaczego taki np. SLG, który gra po Berlinach i w ogóle, nie może zagrać w prime-timie np. w Cyrku? Nie sprawdziłby się? Gdzie będziemy promować Polaków jak nie na polskim festiwalu? A potem patrzymy na cokolwiek zagranicznego (gazetę, płytę, plakat) i podjar, że „o Polak, Polak” obok Hawtina czy kogoś tam. Dajmy im szansę. Ludzie będą się bawić.

I jeszcze druga refleksja. Pojawił się w necie film „Honorata Skarbek na Audioriver”. Co to jest?! Całkiem niezależnie. Usilnie szukaliśmy Siwcowej, żeby zrobić z nią wywiad dla Kluboterapii, czy bardziej jej się podobał Gesaffelstein czy Technosoul, ale chyba było za dużo ludzi. Spróbujemy za rok!

 

Relacja: Michał Mrozek

Po co jeździ się na festiwale? Niby wiedziałem. Aż do tego Audioriver. Zawsze myślałem, że po to, żeby po pierwsze mieć pewność dobrej zabawy – bo w końcu masz do wyboru osiem scen, a nie tylko jedną jak w klubie. Po drugie: po to, żeby posłuchać na żywo (być może nawet po raz drugi czy trzeci) swoich ulubionych artystów. I po to się jeździ na festiwale. Tak myślałem. Do tego Audioriver. Bo tam jak co roku spotkałem niesamowitych ludzi, których szansa zahaczenia jest chyba tylko w Płocku. I oni powiedzieli mi, że przecież na festiwale jeździ się po to, żeby odkrywać.