Finał Berlińskich Dni Muzyki zapowiadał się pasjonująco już od kilku miesięcy. Podczas Fly Bermuda, które 6. listopada odbyło się na berlińskim lotnisku Tempelhof, zagrały praktycznie wszystkie największe megagwiazdy popularnych ostatnio odmian muzyki elektronicznej. Otwarcie imprezy o godzinie 20 i brak oficjalnego zakończenia dodawał tej imprezie smaczku i ibizyjskości albo raczej berlińskości.

Event odbywał się w olbrzymich hangarach przystosowanych do potrzeb muzyków i klubowiczów. Każdy z nich był innej wielkości i o dziwo, prezentował także inny klimat. Ciężko było jednak wybrać tylko jedno miejsce zabawy, bo cóż zrobić gdy w tym samym momencie gra Tiefschwarz i Booka Shade? Finalnie trafiliśmy na ten drugi duet, który prezentował się w hangarze numer jeden, mianowanym „miejscem rave`u”. Faktycznie hala nie była podzielona ścianami, jak w przypadku drugiego „club flooru” i robiła niesamowite wrażenia na klubowiczach dzięki swojemu okrutnie wysokiemu stropowi i scenie, na której grający dj był praktycznie ziarenkiem piasku lub igłą tajgi.

Szczególnie mocno dało się to odczuć podczas setu Svena Vatha, który z niektórych miejsc hali był praktycznie niewidoczny. Jego prawie czterogodzinny set ocenialiśmy tylko z perspektywy początku i końca, gdyż „Papa Sven” zagrał tak różnorodnie, że aż dziwnie. Niektórzy twierdzili, że puścił po prostu „to samo co zawsze”. Tak czy siak po opuszczeniu rave hangaru pojawiliśmy się w nim ponownie na ostatnią godzinę jego seta. A Sven skończył po prostu magicznie. Wybitnie technicznie i umiejętnie operował basem, czyli tym, co na tak wielkich halach zawsze musi się sprawdzić. Nie zabrakło oczywiście owacyjnie przyjętego „Die Vogel” Blaue Moschee i innych stałych elementów setów niemieckiego dja. Mimo to zdawało się, że nic nie jest już w stanie przebić występu Niemca.

No i błąd. Teoretycznie rzecz biorąc nikt nie spodziewał się, że następny w kolejce Paul Kalkbrenner zagra kawałki ze stajni Minusa czy zaserwuje nam Defected Night. I teoretycznie rzecz biorąc było wiadome, że gwiazda filmu „Berlin Calling” zagra prawie same swoje tracki i skończy albo Aaronem, albo Azure. I teoretycznie nie było w tym secie szaleństwa. Ale praktyka okazała się zgoła inna. Faktycznie Kalkbrenner nie zaskoczył, ale już na pierwszych dźwiękach znanych utworów na sali po prostu zapanował szał. Po godzinnym miksowaniu Paul stwierdził chyba, że pokazał już swoje umiejętności i zaczął perfidnie doprowadzać ludzi do szaleństwa. Wyłączał muzykę, czekał na brawa i puszczał na koniec po kolei swoje hity (bez miksowania!). Był więc w końcu „Aaron”, były praktycznie wszystkie utwory ze ścieżki dźwiękowej. No i był „Sky And Sand”, którym Paul zakończył swój… set? live? czy bardziej koncert? Tak czy siak: no szaleństwo. Właściwie ciężko wyjaśnić dlaczego.

Ostatnie takty „Sky and Sand”, Paul dziękuje publiczności, na scenę wchodzi Richie Hawtin, a hala… pustoszeje. Tego nie spodziewał się w zasadzie chyba nikt, a sami nie zdążyliśmy finalnie sprawdzić jak wyglądało to godzinę, czy dwie później. Dlaczego? Ponieważ paradoksalnie bardziej zaangażował nas drugi hangar gdzie Dixon, Ame (choć nie byliśmy do końca w stanie stwierdzić tej obecności) oraz Henrik Schwarz postanowili urządzić sobie niesamowitą i niespotykaną muzyczną ucztę, którą z równie wielkim powodzeniem kontynuowała Highgrade Disharmonic Orchestra. Pięć głów pochylonych nad pięcioma laptopami zagrały miażdzącego live`a, choć i na tym parkiecie można było mieć wątpliwości co do zadowalającej organizatorów frekwencji.

Natomiast trzeci hangar w całości należał do ibizyjskiego Zoo Project, znanego w Polsce głównie dzięki dużym udziałom naszej rodaczki Kariny, występującej do niedawna pod pseudonimem Lady Ka. Wywiad z tą panią wkrótce ukaże się na łamach naszego portalu, a póki co możemy opisać wam bardzo intymny klimat hangaru, który tak naprawdę można by określić raczej dużym garażem. Mała scena i umieszczenie konsolety na wysokości tłumu sprawiały, że dj miał niesamowity kontakt z publicznością. Dużo pompującego bassu i artyści projektu zapewniali bardziej klubowy niż festiwalowy flow. Bardzo zresztą przyjemny dla tych, którzy zmęczyli się rozmachem chociażby sceny „rave”.

Czekanie na Loco Dice`a upływało nam przy dźwiękach wspomnianej Orchestry, jednak finalnie nie doczekaliśmy godziny 7:30 gdyż razem z dość sporą polską ekipą udaliśmy się na afterparty, które zorganizowano w klubie Watergate. Od czego zaczynać opis tego klubu naprawdę nie wiadomo. Fakt jest faktem iż wszystkie legendy dotyczące niesamowitości tego miejsca nie są przesadzone. Widok wschodzącego słońca nad rzeką, mostem pod którym przepływały pierwsze stateczki wycieczkowe, a nad którym śmigał prosto do centrum Berlina jeden z S-bahnów robi wrażenie. Piorunujące wręcz! Zwłaszcza w momencie, gdy same niewiarygodne z kosmosu chyba ściągnięte kawałki zaczął zarzucać Oliver Koletzki wprowadzając zgromadzonych w istny imprezowy szał. Kto wie do której godziny bawilibyśmy się jeszcze na tej imprezie, gdyby nie brutalność codzienności nakazująca nam uciekać na nasz pociąg. Najbardziej dziwił nas jednak fakt, iż mimo kilkunastu godzin imprezy wciąż byliśmy pełni energii i chęci do zabawy. Czy to sprawka Berlina? Czy to sprawka BeRmuDy? Czy naszego nastawienia? A może wszystkiego po trochu? Tak czy siak – szaleństwo.