Plejada znakomitych artystów, znakomite oświetlenie,  mnóstwo dobrej muzyki. W takich właśnie warunkach odbyła się jedna z ważniejszych imprez roku eventowowego, jaką niewątpliwie jest festiwal BerMuDa.

Na terenach niemieckiego lotniska Tempelhof miała miejsce druga edycja wspomnianej imprezy. Po ubiegłorocznej (nie będę ukrywać) słabej pod wieloma względami edycji, nie planowałem ponownie tam  zawitać. Jednak w tym roku organizatorzy zaskoczyli nie tylko mnie, ale także wielu klubowiczów interesującym line-upem. Nie było więc innego wyjścia jak kolejny raz odwiedzić Berlin. Nie wiem jak Wam się wydaje, ale patrząc na artystów, którzy występują podczas opisywanych przez nas eventów, większość z nich powtarza się naprawdę często. Dlatego tym razem podarowałem sobie słuchanie takich sław jak Sven Väth, Richie Hawtin, Ricardo Villalobos czy Loco Dice.

 

 

 

Tak jak w roku ubiegłym, tak i w tym cała impreza odbyła się w dwóch ogromnych halach oraz w jednej mniejszej,  która była sygnowana przez portal beatport.com. Pozytywnym zaskoczeniem było wydzielenie dużej strefy gastronomicznej, w której można było nie tylko zjeść, ale także odpocząć.  Jednak  mój muzyczny plan był tak zapełniony, że nie miałem czasu ani na odpoczynek, ani tym bardziej na jedzenie. Jak to bywa z wielkimi imprezami masowymi nikt nie jest w stanie wysłuchać wszystkich artystów i w moim przypadku po raz kolejny też tak było.

 

 

 

Z wielkim przymrużeniem oka i delikatnie zakrywając uszy udałem się posłuchać Ellen Allien, którą bardzo lubię w produkcjach, ale każdy kto choć raz miał przyjemność posłuchać tej pani  doskonale wie, że jej słynne „konie” między utworami są już tradycją. Tym razem inaczej niestety nie było. Fakt, że podczas Fly BerMuDa było ich jakby mniej, ale mimo wszystko dało się usłyszeć brak umiejętności technicznych. W ciemnych okularach, bojowo nastawiona Ellen zaprezentowała się z mocniejszej strony. Nie ukrywam, że utwory które zagrała momentami zachwycały.

 

Po godzinnym wysłuchaniu i „poznaniu nowych ras koni” od Ellen Allien udałem się do Beatport Stage, która była najmniejsza za wszystkich scen, ale moim zdaniem najlepsza. Wszystko za sprawą surowego wnętrza w które mogło pomieścić może ze 300 osòb. Do tego bardzo mała scena dzięki której grający Dj-e mieli łatwiejszy kontakt z publicznością i odwrotnie. Całość sprawiała wrażenie bardziej kameralnej imprezy niż wielkiego  masowego wydarzenia.

 

 

Po przekroczeniu wejścia swój set zaczął Deadbeat, który swoim występem tylko potwierdził swoja klasę i moje uznanie dla jego osoby. Nie przeszkodziła w tym nawet ruszająca się na wszystkie możliwe sposoby szczęka, której oglądanie czasami powodowało uśmiech na mojej twarzy.

 

 

Nie mniej interesująco było podczas kolejnego artysty, który zagrał na wspomnianej wcześniej scenie. Ame, bo o nim mowa swoim kapitalnym setem jeszcze bardziej rozgrzał zgromadzoną publiczność, która cały czas nie ukrywała swojego zadowolenia z wydobywających się brzmień z głośników. W pełnym skupieniu i kompletnym braku reakcji na ludzi artysta zaserwował wszystkim prawdziwą muzyczną ucztę.

 

 

Z wielkim bólem na chwilę musiałem opuścić Beastport Stage, gdyż swój występ w hali obok zaczęła Magda. Nasza rodaczka swoim odejściem z Minus Recordings narobiła trochę zamieszania. Wiele osób z którymi rozmawiałem zastanawiało się jak artystka zagra i jak zostanie przyjęta przez publiczność. I tutaj mogę śmiało napisać, że Madzia absolutnie się obroniła. Jej set można bezapelacyjnie zaliczyć do udanych. Były momenty, w których zaskakiwała co mi i zgromadzonym pod sceną bardzo się podobało. Pomimo tego, że  dobrze się bawiłem, to musiałem z powrotem wrócić na Beatport Stage, gdyż właśnie tam  za chwilę mieli zagrać najbardziej wyczekiwani przez ze mnie artyści Tale Of Us. Zdobywający bardzo szybko serca publiczności duet wytworzył taką energię i taki klimat, że wszyscy zebrani w najmniejszej hali z trudem mogli się poruszać i oddychać. Chyba nikt się nie spodziewał, że panowie będą cieszyć się aż takim zainteresowaniem. Włoski duet, który od jakiegoś czasu uważany jest za odkrycie dosłownie czarował numerami, które można było usłyszeć podczas ich występu.

 

Nie wiem nawet kiedy to się stało, ale gdy spojrzałem na zegarek ostro zgłupiałem. Była bowiem już 7 rano. Jak zawsze w takiej sytuacji zdałem sobie sprawę, że nie słyszałem większości artystów! Jak to możliwe, że całą noc spędziłem w jednej małej hali? Może to już znudzenie wielkimi halowymi imprezami? Może czas przestawić się tylko na kluby? Tego jeszcze nie wiem. Nie wiem również, dlaczego BerMuda pomimo dobrego line upu i dobrej lokalizacji nie zachwyca jak inne wielkie imprezy typu Time Warp. Muzycznie można wynaleźć tam istne perełki, co nieskromnie powiedziawszy udało mi się osiągnąć. Cała otoczka i kampania reklamowa przed finałową imprezą zapowiada się ciekawie. Jednak już drugi raz wyszedłem z BerMuDy zawiedziony.

Ciekawe prawda? Może Berlin pachnie mi małymi klubami (stąd zachwyt Beatport Stage), a nie halową przestrzenią? Tak czy siak: do trzech razy sztuka. Zobaczymy za rok!