Nie było kurzu. Nie było błota. Nie było deszczu. Było słońce. Była muzyka. Była atmosfera. Byliśmy oczywiście my! A skoro już to Poznania się na Global Gathering wybraliśmy, to relacje dla Was przywieźliśmy (wow, jest rym). No i był nadspodziewanie genialny Paul Van Dyk.

 

Mimo wielu starań i poszukiwań „Poznania za Pół Ceny” nie udało nam się go doświadczyć, ale atmosfera pełnego ludzi rynku i tętniącej pierwszym realnie czerwcowym weekendem Starówki wkręciła nas tak bardzo, że na Tor Poznań przyjechaliśmy dopiero koło godziny 20. Bylibyśmy tam już wcześniej, jednak traf chciał, że panowie policjanci wybrali na szczegółową kontrolę właśnie nasz samochód. Nie było to jednak dla nas wielkim zaskoczeniem, gdyż mamy chyba w sobie magnez na poznańskich mundurowych. W żaden jednak sposób nie możemy wypowiedzieć się o nich negatywnie! Zdziwieni? Kontrola – jak kontrola, wszystko przebiegło sprawnie, bez problemów, a zarządząjący akcją pan inspektor (?) bardzo sympatycznie wymienił z nami poglądy na temat imprez masowych i pokierował na miejsce docelowe.
 
W paradoksalnie więc niezmąconych nastrojach dotarliśmy na miejsce imprezy. Już na parkingu zapoznaliśmy się z pierwszymi głodnymi wrażeń klubowiczami, którzy stwierdzili, że parkowanie obok siebie jest wystarczającym powodem do zawarcia nowych znajomości. I w tym momencie nad głowami przeleciał nam akrobatyczny samolot stajni Red Bulla. Wszystko rozpoczęło się więc nadspodziewanie klimatycznie!

Teren imrpezy jak co roku umiejscowiony był na asfaltowej pętli toru. Tak po prawdzie, będąc rezydentem tego eventu można było wykreować sobie w głowie myśl „witamy ponownie”. Tym razem jednak z nieba lał się żar, a nie deszcz, który podtrzymywał tylko nastrój wielkiego muzycznego pikniku. Naszą muzyczną przygodę rozpoczęliśmy od namiotu, w którym za deckami stał niezmiernie uśmiechnięty klubh Wink.
 
Jego set był podróżą pomiędzy różnymi odcienami acid house`u i techno. Amerykanin stworzył niesamowity klimat, który udzielał się licznie zgromadzonym klubowiczom w namiocie „The Revolution Continues”. Kolejnym artystą, którego mieliśmy okazję usłyszeć był John Digweed. Pan, którego nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, zaprezentował część materiału z nadchodzącej kompilacji „Structures”. Digweed zagrał jednak trochę przewidywalnie, w swoim stylu, głęboko, hipnotycznie. Trzeba przyznać, że jego twórczość nie jest łatwa w odbiorze dla przeciętnego uczestnika imprezy, mającego na co dzień kontakt z bardziej komercyjną odmianą muzyki klubowej.
 
Po legendzie z Bedrock Records przyszła pora na człowieka, który wrócił do naszego kraju po bardzo długiej nieobecności. Carl Cox miał być magnesem, który przyciągnie na poznański tor jak największą liczbę uczestników. Tak też się stało, a namiot w którym grał zapełnił się podczas jego seta do granic możliwości. Carl potwierdzł swoją klasę za jaką cenią go klubowicze z całego świata. Jednak to nie on według nas był gwiazdą tej imprezy. Zupełnie niespodziewanie to własnie transowy dj połączył wszystkich, niezależnie od ulubionego gatunku.
 
To, co tego wieczoru zaproponował nam headliner imprezy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. I o ile „Born Slippy” wywołało zamierzoną przez Paula Van Dyka megapozytywną reakcję to w momencie, gdy usłyszeliśmy syrenę z tak starego kawałka jak „Let me Show you” Camisry wprost nie wiedzieliśmy co począć. W momencie wkroczenia charakterystycznego bassu euforia udzieliła nam się tak bardzo, że zaczęliśmy poszerzać eventowe znajomości integrując się z równie znakomicie bawiącymi się naokoło klubowiczami. Ludzie uśmiechali się do obcych, przybijali „high five” i szaleli. Być może mieliśmy akurat szczęście lokalizacyjne. Nie wiemy. Tak czy siak tego wieczoru nic i nikt nie próbował wybudzić nas z muzycznego catharsis. I do tego „For An Angel” o wschodzie słońca…