Ten rok w Polsce był wybitnie bogaty w wydarzenia bassowe. Po dwóch edycjach LiR na południu kraju – zimowej i letniej – na deser, 10 listopada, przyjechali do nas artyści z Hospital Records, najbardziej uznanej i cenionej wytwórni drum and bass na świecie. Tym razem stolicą drum and bassu stała się…stolica – Warszawa. Dokładnie event odbył się w jednej hal praskiego Soho Factory. Miejsce imprezy z klimatem i dobrym dojazdem.

Impreza została rozpisana na 8 godzin – od 20:30 do 4:30. Każdy z 8 artystów zagrał równo po godzinie: 5-ciu importowanych headlinerów: High Contrast, Danny Bird, Logistics, S.P.Y. i Fred V & Grafix oraz trójka wspierających ich Polaków: Mia Twin oraz Greenhouse Effect zagrali przed głównym daniem, natomiast KD3 – na zakończenie. Polscy performerzy zostali wyłonieni w drodze konkursu. Dziesiątki artystów przysłały swoje konkursowe sety, część z nich pochwaliła się nimi na facebookowym profilu imprezy, co bardzo fajnie budowało napięcie przed zbliżającym się 10 listopada. Pojawiły się głosy że konkurs nie był uczciwy i że wygrali nie ci co powinni. Ile w tym prawdy? Pewnie niewiele.

Z jakichś powodów event rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem, tak więc zmiany za dj’ką odbywały się o pełnych godzinach. Do Soho dotarłem około 22:40 i przy końcowych nutach serwowanych przez Greenhouse Effect miałem okazję zapoznać się wstępnie z organizacją miejsca. Dancefloor został odgrodzony od reszty hali mniej-więcej w połowie, w drugiej części sporo niewykorzystanej przestrzeni i szatnia. Po prawej stronie wydzielona strefa z alkoholem. Ceny? Piwo 10zł, Whisky z colą tyle samo. Niestety brak wstępu z piwem na parkiet + system tokenowy (lub raczej kuponowy), który jak zwykle wkurzał, ale nie da się ukryć że dzięki niemu kolejek do baru praktycznie nie było. Natomiast wyrazy współczucia dla kolegów, którym po imprezie zostały żółte bezwartościowe karteczki w ilościach 10-20 :-). W pobliżu wejścia strefa z jedzeniem, a dokładnie z zapiekankami.

Po pobieżnym rekonesansie usadowiłem się na parkiecie, akurat w momencie kiedy MC Wrec zapowiadał główną część imprezy, rozpoczynaną przez występ Logisticsa. Był to jeden z najlepszych momentów imprezy, wyczuwalne było napięcie i pewna podniosłość. Logistics zaczął mocno i w zasadzie mocno grał całą godzinę… I tu, wbrew pozorom, pojawia się największy problem. Większość publiczności oczekiwała innego grania, nie tyle po Logisticsie co po prawie całej reszcie. Klubowicze byli nastawieni na liquid funk, a tego było jak na lekarstwo. Podczas setu Logisticsa i grającego po nim S.P.Y królowało mocne, dramowe pompowanie bassem i perkusją i przy takich klimatach bawiliśmy się do 1-szej w nocy. Następnie wyczekiwany High Contrast, który również nie do końca trafił w gusta publiki, gdyż większość spodziewała się mega-znanych numerów z pierwszych albumów. Ja przyzwyczajony po Katowicach, kiedy zagrał prawie to samo, nie byłem zdziwiony. Następnie Danny Byrd, który bardzo ładnie rozbujał publiczność, jednak jak na mój gust wplatał w swój set za dużo hip-hopu i innych gatunków. Numery typu „California” to zdecydowanie nie to za co cenię Danny’ego. Jako ostatni z headlinerów zagrali Fred V & Grafix, którzy nieco zwolnili tempo, wplatając w seta sporo bardziej melodyjnych numerów. Imprezę zakończył Polak, Krzysztof KD3 i zakończył ją bardzo godnie, choć ilość publiczności w hali podczas jego występu była już baardzo mizerna.

Inaczej… ludzi było dużo, ale stali w przeogromnej kolejce do szatni, w której panował kompletny chaos. Ludzie tam pracujący niezbyt sobie radzili, zgubiło się mnóstwo żetonów i kurtek. Swoją odebrałem bez numerka, na słowo że to moja. Mój portfel i kluczyki do samochodu mógł zabrać każdy, kto dostatecznie przekonał pana z szatni.

Ogromny minus imprezy to brak jakiejkolwiek drugiej sceny. Zero wyboru na tak dużej imprezie daje się we znaki. Przydałby się jakiś dubstep na drugiej estradzie, albo breakcore, albo chillout… cokolwiek, co dałoby jakiś wybór i pozwoliło w razie potrzeby zmienić nutę. Przed imprezą mówiłem sobie że jeśli jest impreza z Hospital, druga scena jest niepotrzebna. Ale w praktyce jak zwykle wyszło inaczej. Bardzo pragnąłem drugiej sceny.

Na plus natomiast zaliczam wizualizacje. Wielki, kinowy ekran z bardzo fajnym obrazem przez większość czasu. W momentach kiedy ekipa vj-ska zamulała ekran był granatowy. W połączeniu z tym żółtym napisem – mega mrocznie, dramenbejsowo. Naprawdę super. Do tego kilkanaście lamp u góry… myślę że w sam raz, nic dodać, nic ująć.

Nagłośnienie w hali nie było może spektakularne, ale daleki jestem od skrajnej krytyki prezentowanej przez niektórych, że było tak słabo, że poszczególnych kawałków nie dało się rozpoznać. Dobre poczucie humoru. Nie było takiej nagłośnieniowej ortodoksji z jaką mieliśmy do czynienia w styczniu w Katowicach, ale bez przesady. Nagłośnienie moim zdaniem było jak najbardziej poprawne. Pamiętam jak przemieszczając się wielokrotnie z lewej strony hali na prawą, od jednej ekipy do drugiej, jak pięknie to wszystko grało. Choć fakt – wnętrzności nie wywracało.

Publiczność która przybyła na Hospitality to w zasadzie pełen przekrój… od ludzi którzy czekali na imprezę pół roku i przyjechali ze Szczecina albo Jeleniej Góry, po całkiem przypadkowych ludzi (czasami baardzo młodych), którzy chcieli po prostu głośno posłuchać muzyki 🙂 Ci ostatni jednak w mniejszości. Do 2:30-3:00 na parkiecie był tłok, potem klubowicze masowo zaczęli opuszdczać imprezę. Wychodziłem chwilę przed piątą, o 5-tej nastąpił koniec przedstawienia. Sety anglików mogłyby być dłuższe. 1 godzina to za mało. Wszystko minęło tak szybko…

W świąteczną niedzielę dzień później było dużo narzekania na fejsowym profilu imprezy. Częściowo je podzielałem, częściowo nie. W porównaniu do zimowego Let It Roll w Katowicach było jednak trochę słabiej pod względem repertuaru, nagłośnienia, organizacji i ogólnego klimatu. Ale event jak najbardziej fajny – szkoda by mi było, gdybym tego nie zobaczył. Rok imprezowy został godnie zakończony, czekamy co przyniesie zima 🙂 Pewnie wybierzemy któreś z zimowych Let It Roll. Może nasi czytelnicy mają jakieś sugestie? Na jaką bassowo-zimową imprezę warto się wybrać?