13 kwietnia w stołecznym klubie „1500m2 do wynajęcia”, w ramach kolejnej imprezy z cyklu Warsaw Calling, zagościl Jamie Jones – jedna z najbardziej „trendotwórczych” na scenie klubowej postać ostatnich miesięcy, uznana przez Resident Advisor za dj’a nr 1 oraz za najbardziej wyluzowanego gościa na scenie tanecznej.

Przybycie tej barwnej postaci, grającej zawodowo od lat dwunastu, a w czołówce światowych performerów goszczącej od dobrych sześciu, ściągnęło sporą część wiernej, warszawskiej publiczności, w tym również naszych wysłanników. Time-table wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie został szczegółowo podany do ostatniej chwili, wiadomo jednak było, że główny artysta wieczoru zagra o pierwszej nad ranem, spokojnie mogliśmy więc dotrzeć na miejsce akcji o północy – czyli tak jak lubimy.

W momencie gdy dotarliśmy na Main Stage, niezbyt liczną jeszcze publiczność rozgrzewali BLCKSHP (Bshosa + EasyAudio). Przyjemny tech-houseowy bit wpadał w ucho a parkiet z minuty na minutę coraz bardziej się zapełniał, by o wspomnianej 1-szej w nocy osiągnąć kulminację, gdy za dekami stanął wyczekiwany Jamie Jones.

Na początku set Jamiego raczej średnio porywał, niektórzy wręcz uważają że nudził. Po około 30-tu minutach jednak wyraźnie się rozkręcił i zaczął emanować energią i świeżością. Za słaby początek winą prawdopodobnie należy obarczyć dość znaczący defekt organizacyjny. Za plecami DJ’a tańczyło kilkanaście osób, które krzyczały mu coś natrętnie do ucha, potrącały, ograniczały przestrzeń i nie pozwalały się skupić ani jemu na graniu, ani publiczności na dobrym odbiorze. Uważamy to za niedopuszczalne. Z niezrozumiałych powodów nas natomiast nie wpuszczono na scenę i nie pozwolono zrobić zdjęć z bliska, co dotychczas nigdy chyba się nam nie zdarzyło, również na imprezach znacznie większych i lokalach o bardziej ugruntowanej renomie. Wybaczcie zatem, iż musimy się posiłkować kilkoma zdjęciami z innej imprezy (Time Warp 2012). Jak wspomnieliśmy, po tej nieco wydłużonej fazie rozgrzewania się artysty sytuacja pod względem muzycznym przybrała jak najlepszy obrót.

Druga część seta wprawiała w zachwyt przy każdym kolejnym tracku. Wyrazisty bass, wszechobecny groove i oryginalne podejście do użycia wokali zdawały się być właśnie tym, czego warszawska publiczność po tym występie oczekiwała. Byliśmy też pod wrażeniem pozytywnej aury artysty i jego sposobu interakcji z publicznością, które to zalety jeszcze bardziej poprawiły odbiór seta.

Dla klubowiczów do których muzyka Jamiego nie przemawiała lub też zmęczył ich tłok pod główną sceną, organizatorzy przygotowali alternatywę w postaci drugiej estrady, na której niestrudzenie przez całą noc z jak najlepszej strony starali się pokazać (z pełnym sukcesem!) przedstawiciele środowisk klubowych Warszawy i innych miast Polski, jak np. Lublina czy Wrocławia: Pitti Schmitti, Miód, PartyAnimal, Żużuzi aka MaL, Adam Bekett, to panowie, którzy dbali o atmosferę w tym miejscu, przez większość czasu przykładając się do swojego wspólnego seta w 3 lub nawet 4 osoby jednocześnie. Bardzo jesteśmy wdzięczni organizatorom za tę fizycznie małą, a muzycznie wielką scenę, której przedstawiciele mogliby swoim składem zaopatrzyć w tym samym czasie 2-3 inne kluby.

Pod względem organizacyjnym, poza wspomnianym bałaganem na DJ’ce i kolejkami do toalet, impreza była całkiem dobrze ogarnięta. W miarę łatwy dostęp do baru, brak zatorów przy wejściu i problemów na bramce. Ilość ludzi spora, ale do rekordów notowanych przez ten klub sporo brakowało, co raczej nikogo nie martwiło. Mamy nadzieję, że w przyszłości zdamy wam relację z jeszcze niejednego wydarzenia odbywającego się w tym, słynącym z rewelacyjnych bookingów, lokalu.