John Digweed to bez wątpienia jedna z ważniejszych postaci na scenie muzyki elektronicznej. Już od ponad 20 lat dzieli się on ze słuchaczami swoją miłością do progresywnych brzmień. Digweed debiutował na początku lat ’90. Odkrył go wtedy Alexander Coe, znany wszystkim jako Sasha. Dziś obaj panowie są dobrymi przyjaciółmi i często grywają razem na imprezach.

 John jest autorem cotygodniowej audycji „Transitions” na antenie brytyjskiego radia KISS 100. Jest także właścicielem wytwórni Bedrock Records, która jest gwarancją naprawdę wysokiej jakości muzyki. Już niedługo ujrzy światło dzienne jego nowa kompilacja zatytułowana „Structures”. Redakcja Kluboterapii zapytała go o kilka szczegółów dotyczących tego wydawnictwa.

Jesteś w tym biznesie od lat.

John Digweed: Tak, zgadza się.

Czyli masz możliwość obserwowania zmian zachodzących na rynku muzycznym. Widzisz postęp?

John Digweed: Tak, zwróćcie uwagę na produkcje tego wieczoru. To jest fantastyczne, jeśli sięgnąłbyś pamięcią 10 lat wstecz – wtedy nie było takich produkcji, jakie są teraz tutaj. Trudno w to uwierzyć, prawda?

Ostatni raz byłeś w Polsce w 2006 roku. Czy dostrzegasz jakieś zmiany w polskiej muzyce klubowej?

John Digweed: Tak, każdego roku ona się zmienia i to na lepsze i lepsze. Bez wątpienia, muzyka elektroniczna idzie tutaj do przodu.

Grałeś wtedy na Creamfields. Pamiętasz ten występ?

John Digweed: Trudno nie zapomnieć tego wieczoru. Wtedy ciągle padało. Niestety, agencje organizujące imprezy nie ma wpływu na pogodę. Zobacz, dziś jest piękny dzień, jest naprawdę ładna pogoda, ale wtedy padało… Szkoda.

Czy znasz jakichś producentów tworzących progressive pochodzących z Polski?

John Digweed: Niestety nie znam.

Nikt z Polski nie wysyła swoich próbek do Bedrock Records?

John Digweed: Nie. Nie odnotowaliśmy takich.

Masz obecnie jakiegoś faworyta wśród młodych producentów?

John Digweed: Ian O’Donovan, pochodzący z Irlandii, robi naprawdę dobre techno.

Porozmawiajmy o najbliższych Twoich planach. Niedługo wyjdzie Twoja nowa kompilacja „Structures”. Czego możemy się spodziewać po tym wydawnictwie?

John Digweed: Jest to kompilacja artystów z Bedrock Records, to nie jest zbiór kawałków artystów z innych labeli. Znajdziemy na niej remiksy i wydania zrobione wyłącznie dla tego albumu. W rezultacie aż 25 utworów z 33 to materiał ekskluzywny, nigdy wcześniej niewydany. W zestawie znajdziemy także płytę DVD – a na niej dokument „Eye of The Storm”, który opowiada o moim tour po południowej Ameryce. Na DVD znajdziemy także set z Vagabong w Miami, nagrany podczas tegorocznego Winter Music Conference.

Czyli generalnie jest to swego rodzaju przegląd artystów Twojego labelu? Kiedy dokładnie pojawi się w sklepach?

John Digweed: Tak, to kompilacja wyłącznie dla artystów Bedrock Records. Premiera już 12 lipca.

Brzmi świetnie. Nurtuje nas od pewnego czasu pewna kwestia. Co myślisz o artystach hip-hopowych, którzy coraz częściej zmierzają w stronę elektronicznej muzyki?

John Digweed: Myślę, że można to przyrównać do sukcesu Davida Guetty w Ameryce.

Czy to jest dobre dla słuchaczy?

John Digweed: Tak, to pokazuje całą Amerykę, DJ-ów, którzy robią tam muzykę, amerykańskich artystów. Tak samo europejscy producenci robiący muzykę dla masywnego przekazu w Ameryce, to jest dobre, lecz podkreślam, że nie jest to muzyka, którą gram. Ja osobiście lubię remiksy europejskich producentów. Jeśli są one dobre, jeśli jest to dobra muzyka, to czemu nie.

Dziękujemy za wywiad. Chciałbyś coś przekazać naszym czytelnikom?

John Digweed: Słuchajcie dobrej muzyki. W mojej opinii jest zła muzyka i dobra muzyka, nic pomiędzy, albo lubisz coś, albo nie.