Karina, do niedawna występująca jako Lady Ka, to jedna z tych kobiet, która na muzycznej Ibizie zdecydowanie nie jest osobą anonimową. Organizatorka imprez, DJ-ka, związana z cieszącym się olbrzymią popularnością Zoo Project. Zapraszamy Was do przeczytania wywiadu, który przeprowadziliśmy w Berlinie podczas eventu Fly Bermuda.

Cześć Karina. Dlaczego Ty, jako osoba z Polski grasz na takim wielkim wydarzeniu i tak naprawdę mało kto o tym wie i mało kto o tym mówi?

Karina: Co za pytanie na dzień dobry! (śmiech) Wydaje mi się, że to dlatego, że od dziesięciu lat działałam pod pseudonimem Lady Ka, a w tym roku stwierdziłam, że większość ludzi zna mnie jednak jako Karina. To jest moje prawdziwe imię. Lady Ka było moim pseudonimem przez ileś lat, podobało mi się to, ale człowiek ewoluuje i zmienia się. Czas na zmiany.

Grasz na wielkich festiwalach, ale dlaczego  w Polsce o tym nie słyszymy. Nie chcesz się promować w naszym kraju?

Karina: Wcale nie. Wróciłam z Ibizy, na której przez całe lato jestem rezydentką Zoo Project i na początku lata zdecydowałam się zmienić mój pseudonim. A w Polsce po prostu nie było mnie przez pól roku.

Pamiętasz swoje początki?

Karina: Jakbym mogła zapomnieć (śmiech).

Wielu mówi, że to było takie łatwe, takie proste.

Karina: Ja myślę, że takie łatwe to nigdy nie jest. To jest całkiem długa droga od momentu, kiedy kupujesz decki, aż po moment, w którym grasz na takim festiwalu. To jest ewolucja.

A jak wyglądał moment, w którym z polskiego rynku przeniosłaś się na rynek międzynarodowy. Poznałaś kogoś ważnego, czy ktoś ważny zauważył Ciebie?

Karina: Na Ibizie jestem od jedenastu lat. Pracowałam w dziale promocji dla Cocoon, pracowałam dla różnych imprez również grając. Aczkolwiek tak naprawdę Zoo Project odkryło mnie jako DJ-kę i myślę, że to był ten moment. I zaczęłam być bardziej znana jako Dj-ka, a nie promotorka imprez.

Dzisiaj większość DJ-ów jest znana ze swoich produkcji. Z tego co wiem, Ty także zaczynasz przygodę w tym temacie. A zazwyczaj jest na odwrót. Najpierw artyści produkują, a potem są znanymi Dj-ami.

Karina: Myślę, że tak jest naprawdę w Europie. Na przykład w Stanach najpierw zostajesz dobrym DJ-em a później się zaczyna produkować. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Wielu producentów nie umie po prostu grać i nie czuje klimatu imprezy i nie wie jak układać set. Dzisiaj trzeba produkować w Europie by grać, a kiedyś tak nie było. Ludzie z Polski jeździli do Berlina po winyle i grali super płyty, bo potrafili znaleźć coś wyjątkowego. Teraz jest inaczej. Teraz pracuje nad produkcją i nie ukrywam, że nie jest to tak oczywiste i proste, aczkolwiek wierzę, że mam to coś, ponieważ kocham muzykę i kocham to, co robię.

Niedługo możemy się więc spodziewać EPki Kariny z remixami od Kalkbrennera, Svena Vatha…

Karina: Teraz wybieram się do Stanów Zjednoczonych na trzy tygodnie, ak wrócę to skoncentruje się na pewno na produkcjach i myślę, że do lata 2011 można się spodziewać czegoś fajnego od Kariny. 

Ameryka! Omijasz Polskę szerokim łukiem?

Karina: Absolutnie nie. Uwielbiam Polskę, uwielbiam grać w Polsce, szczególnie w SQ w Poznaniu czy w Krakowskiej 180 we Wrocławiu. Tak samo lubię Łódź… czy Warszawę…

Teraz geografia, jakie mamy jeszcze miasta? (śmiech)

Karina: (śmiech) Nie no Polska jest rynkiem bardzo ciekawym, takim bym powiedziała undergroundowym, nie ma w tym pieniędzy to wiedzą wszyscy, ale są ludzie, którzy bawią się doskonale. Pochodzę z Polski i uwielbiam grać dla polskiej publiczności.

Masz tremę przed takimi występami jak ten, który czeka Ciebie dziś na Bermudzie?

Karina: Nie dzisiaj nie. Jest to Zoo Project. Jest to całkiem intymna scena numer 3, czyli tak jak lubię, a nie ogromna hala w której jest feedback i grasz i wiesz, że ludzie słyszą co innego, a Ty słyszysz co innego. Na scenie Zoo jest dzisiaj całkiem fajnie. Jest przytulnie. Ma się kontakt z publicznością, a to bardzo ważne. Moja muzyka jest właściwa właśnie dla bardziej intymnych miejsc.

A odnośnie ciekawostek Berlińskich. Jesteśmy tu od czterech dni i zauważamy pewną prawidłowość. Kalkbrenner jest tu po prostu gwiazdą. Jak to wygląda?

Karina: Paul Kalkbrenner został wypromowany przez telewizję. Jego film stał się niezmiernie popularny i odniósł olbrzymi sukces. Klubowych środowisk już na niego nie stać i występuje już tylko na festiwalach. Dolatuje helikopterem i takie klimaty.

Marzy nam się też takie coś.

Karina: A mi nie wiem czy się marzy. Ja lubię kluby bardziej intymne tak jak mówiłam. Lubię porozmawiać z ludźmi, a nie, byc za barierką albo na podwyższeniu i oglądać gdzieś tam ludzi daleko na dole.

Teraz pytanie, które ostatnio zadajemy wszystkim. Dlaczego jest tak mało Dj – ów i producentów z Polski którzy przebijają się na rynek zachodni?

Karina: Oczywiscie polska scena klubowa nie jest tak rozwinięta jak scena klubowa niemiecka. Bez porównania. Polska jest niszowa. Żeby produkować trzeba dużo zainwestować, trzeba wierzyć, aby wydawać trzeba mieć kontakty. To jest jeden z powodów, dla których wyjechałam z Polski, bo wierząc w to, co robię nie chcę czekać kolejnych dwudziestu lat zanim zostanę odkryta.

Jestem dajmy na to fanem wytwórni X. Chcę dla niej pracować. Wystarczy mi samo zajaranie, czy muszę kogoś poznać? Co zrobić by osiągnąć twój poziom?

Karina: Ja wierzę, że potrzebny jest talent.

Przecież promówek dzisiaj nikt nie słucha.

Karina: Nie powiedziałabym. Jeżeli coś jest wyjątkowe… Byłam dzisiaj w sklepie z płytami i nie znalazłam naprawdę nic. Czasem wszystko wydaje się być takie same. Jeżeli pojawia się na rynku coś wyjątkowego, co faktycznie wyróżnia się i ma właściwy dźwięk i niekoniecznie jest zrobione w Abletonie, tylko za pomocą maszynek czy jakiś innych technicznych rewelacji to od razu staje się hitem. Wiele zależy od finansów i to słychać, ale naprawdę dużo zależy także od talentu.

Jesteśmy w Berlinie. Ludzi bardzo Berlin interesuje. Jakie są trzy miejsca w Berlinie, które powinniśmy odwiedzić?

Karina: Zdecydowanie trzeba odwiedzić Club Der Visionaire latem. Jest to bardzo dziwne miejsce, malutki bar nad brzegiem kanału, na którym grają wszyscy od Ricardo Villalobosa po Richiego. Jest to niesamowita przestrzeń, malutka i przytulna i za darmo.

Dla Polaków dość cenna informacja. (śmiech)

Karina: Potem oczywiście Watergate, który ma niesamowity soundsystem i niesamowite bookingi i dosyć turystyczną publikę. Oraz nie da się mówić o Berlinie bez uwzględnienia Panorama Bar. To instytucja. Kultowa.

A jakie są trzy miejsca na Ibizie, które kochasz osobiście, niekoniecznie komercyjnie.

Karina: Pracuje dla Zoo Project, ale sama tez uwielbiam tam być, bo to jedyne miejsce open-air, które ma licencje i może działać w ciągu dnia. Jest to super produkcja, pracuje nad tym ponad sto osób , tancerze, makijażyści, Dj-e. Jest to show. Drugim miejscem jest na pewno DC10, które było zamknięte, ale ponownie otworzono. Klimat DC10 jest niezapomniany. Otwartość ludzi, muzyka, samo miejsce i pozytywny klimat. Dużych klubów nie lubię. Cocoon trochę spoczął na laurach. Jeśli chodzi o dekoracje, o program artystyczny to grają ci sami ludzie co roku i nie ma nowości i świeżości, więc proponowałabym coś mniejszego np. Underground, gdzie wejście jest za darmo. Bo jeżeli chcesz iść na Davida Guette to płacisz 80 euro.

Co Ty nam proponujesz w ogóle! (śmiech)

Karina: Ja nie proponuję. To jest po prostu przerażające, że tyle to kosztuje.

Koniec! Bo zrobił się nam z wywiadu poradnik podróżniczy! Ale powiedz szczerze. Ibiza pada czy nie pada? Mówią, że przyjeżdża coraz mniej ludzi, że imprezy tylko do szóstej… prawda czy mit?

Karina: Mit. Padała w zeszłym roku. W tym roku pojawił się jednak świeży klimat, pojawiła się nadzieja i dobry feeling, że naprawdę coś się dzieje, i jest się częścią czegoś wyjątkowego.

Dużo czasu poświęcasz kolekcjonowaniu muzyki?

Karina: Zdecydowanie cały czas. Mnie to fascynuje. Nie jestem w stanie spędzić jednego dnia bez wybierania płyt, bez przesłuchiwania tego, co mam, bez słuchania nowej muzyki w Internecie oraz spędzaniu swojego czasu w sklepach z płytami. Oczywiście ja gram tylko z winyli, dlatego nawet jak szukam muzyki w Internecie to po to, by ją potem znaleźć w sklepie z płytami. Nie przepadam za Beatport – chyba, ze dla dobrych odsłuchów.

Wielu artystów narzeka, że nie gra z winyli bo plecy bolą, bo tego jest dużo, bo trzeba wozić.

Karina: Myślę, że jak się coś kocha to nie ma znaczenia. Wiele rzeczy jest wydawanych na winylach, a nie jest wydawanych w formacie mp3, to jest właśnie ten cud. Bardzo dużo artystów wydaje najpierw na winylach, a potem dopiero na Beatporcie.

Dziękujemy za rozmowę.