Ostatni raz tak szumiało mi w uszach 15 stycznia. Tego dnia, składając tekst naszej relacji z zimowego Let It Roll w Katowicach, chwaląc imprezę i wyrażając nadzieję na jej następną edycję, nie zakładałem jeszcze, że wszystko pójdzie tak bardzo po mojej myśli. Już dwa miesiące później zapowiedziano „Let It Roll open air Poland – festiwal inny niż wszystkie”, a po kilku kolejnych dniach podano miejsce eventu i pierwsze nazwiska wykonawców.

Podziwu godna szybkość działania i determinacja. Od tego czasu aż po dzień festiwalu organizatorzy prowadzili konkretną i rzeczową, a zarazem dowcipną promocję na facebookowym fanpage’u, podając kolejne, coraz bardziej miażdżące nazwiska mających pojawić się wykonawców oraz nowe szczegóły dotyczące imprezy. Podano też ceny biletów. 67zł za 2-dniowy karnet w pierwszej puli nie można uznać za wygórowaną cenę. Festiwal był więc bez problemu dostępny również dla klubowiczów z ograniczonym budżetem.

Czołówka głównego nurtu z Hospital Records, do tego nieczęsto grające w Polsce gwiazdy typu Counterstrike czy Limewax… „trzeba to obadać” – postanowiliśmy i tym sposobem w piątek 10 sierpnia gnamy wesoło rozkopaną „gierkówką” w stronę Górnego Śląska.

Miejsce festiwalu bajeczne – z dala od cywilizacji, na polanie w lesie, nad sztucznym zbiornikiem wodnym Nakło-Chechło. Zaraz po zjechaniu z obwodnicy Tarnowskich Gór, przedzierając się przez polne dróżki i leśne parkingi w poszukiwaniu ogarniętej na ostatnią chwilę noclegowni, festiwalowy klimat udziela się w pełni. Nie ma na co czekać – szybki before ze spotkaną ekipą ze starej festiwalowej gwardii i cała naprzód.

Zbliżając się do plaży, chwilę po 22-giej, z daleka wita nas przyjazny beat liquidów serwowanych przez B-Complexa. Przy jego akompaniamencie wchodzimy na festiwal oraz zapoznajemy się z jego terenem. Nad jeziorem rozmieszczono dwie sceny – Main Stage pod patronatem „Czwórki” pod gołym niebem oraz „Therapy Sessions” w niewielkim namiocie. Na głównej scenie zastosowano ten sam soundsystem, który w styczniu poskładał nas w Katowicach. Trzeba przyznać że odczucie natężenia dźwięku nie było jednak tak duże – wiadomo – pod gołym niebiem dźwięk miał więcej miejsca by się rozproszyć.

O ile podczas setu B-Complexa publiczność dopiero gęstniała i się rozkręcała (nic dziwnego – godzina wczesna), o tyle podczas występu Aphrodite’a wszystko wskoczyło na pełne obroty. Ten najlepszy moim zdaniem wykonawca tego wieczoru zastał festiwal drewniany, a zostawił murowany 🙂 Zaprezentował prawie pełen przekrój drum and bass, wielokrotnie wplatając ciekawe, nietuzinkowe numery. Rozpoczął energetycznym intro, po czym kontynuował drumowym remixem któregoś z tracków The Prodigy, w międzyczasie wrzucił „Timewarp VIP” Subfocusa, zakończył soczystym dubstepem. Nie zabrakło też „Ready or not”, przy którym publika oczywiście nie omieszkała się rozśpiewać.

 W międzyczasie dreptamy do namiotu „Therapy sessions”. Nazwa tej sceny mogłaby sugerować miejsce, gdzie możnaby chwilę odpocząć. Nic bardziej mylnego. Jedyne co ten namiot miał wspólnego z terapią to chyba głęboka potrzeba terapii u psychoanalityka po obejrzeniu kilku performensów, które tam miały miejsce. Zaproszono tam największych rzeźników, którzy moim zdaniem ledwie mieścili się w kategori „drum and bass”. Najbardziej zniszczył Limewax, który zagrał ortodoksyjne breakcory, zahaczające o darkstepy, hardcore’y i inne gatunki, których nie jestem już w stanie sklasyfikować. Na tej scenie piątkowego wieczoru spodobałoby się wielu osobom, które drum and bass traktują jako czilałcik do harbatki z ciocią o 17-tej. „Rzeźnia, krew i flaki” – jak napisał organizator na swojej facebook’owej tablicy, to wcale nie przesadzone podsumowanie tego, co tam usłyszeliśmy i zoabczyliśmy. Grający jako następny Switch Technique nie pozostał dłużny poprzednikowi. O ile na głównej scenie, pomimo czasami cięższych dźwięków atmosfera była raczej sielankowa, o tyle w namiocie fani dostosowali się do bitu płynącego z głośników, tańcząc w psychodelicznych przebraniach czy maskach gazowych. Żeby tego było mało, nagłośnienie zrobione chyba na max, w takiej małej przestrzeni po prostu niszczyło słuch. Rzeźnia! Psychodela! Szaleństwo! Bezkompromisowość! Obłęd!

Z piskiem w uszach przemieszczamy się na piwo do strefy gastronomicznej i z powrotem na scenę „Czwórki”, by nie ominąć intra Danny’ego Byrda, stosunkowo świeżego nabytku Hospital Records. Nasza ekipa wcześniej go nie widziała, tym bardziej czekaliśmy, co zaprezentuje. O ile Aphrodite zaskoczył grając lżej niż oczekiwałem, o tyle Danny zdziwił grając ciężej niż myślałem. W ogóle nie zagrał kawałków liquidowo-organkowo-melodyjnych, dzięki którym stał się rozpoznawalny, jak „Labyrinth” czy „Feet won’t touch the ground”, natomiast generalnie również podczas swojego półtoragodzinnego seta przedarł się przez cały przekrój dnb. Z lżejszych klimatów zagrał sporo numerów innych wykonawców, na przykład Metrika. Pojawił się też duamowy remixik Nirvany, mega dobre „Ill behaviour”, czy pobudzające wrzuty typu „California”. Usłyszeliśmy też przerobione na Danny’owską modłę „Memory Lane” no i oczywiście nie zabrakło dubstepu. Podczas performance’ów Aphrodite’a i Danny’ego publiczność zagrzewali młodzi, bardzo nakręceni MC’s, którzy świetnie wykonali swoją robotę i dodali uroku całemu przedstawieniu.

Podczas setu Danny’ego niestety aktywuje się jeden z największych minusów imprezy – deszcz. Wcześniej również kropiło, jednak było to prawie niezauważalne i kompletnie nie psuło zabawy. Około 1:30 jednak opady dały się we znaki. W tym miejscu chwała organizatorom za organizację głównej sceny w taki sposób, że pod zadaszeniem znalazła się nie tylko dj-ka, ale również spora część przestrzeni przed nią, w związku z czym dla chcącego nie było problemem nie zmoknąć, a posłuchać i obejrzeć. Niestety mniej odporni, zwłaszcza nocujący na polu namiotowym, przemoknięci musieli zrezygnować z drugiego dnia imprezy. Co na to MC? „Ouch… it’s raining… We don’t care! We don’t care! We don’t care!”

Ostatni z zagraniczniaków na Main Stage zagrali Ed Rush & Optical. Mocno i różnorodnie. My słuchamy tego występu z oddali, ze strefy gastro, zajadając się kulinarnym hitem piątku – grillowanymi oscypkami z żurawiną. Piątkową część imprezy opuszczamy równo o czwartej. Przemierzając w drodze powrotnej teren festiwalu i później znajomą już ścieżkę nad zalewem, żegna nas początek seta duetu One Way. Kładziemy się spać spełnieni muzycznie, dyskutując mocno podekscytowani nad tym, co dane nam było usłyszeć i zobaczyć w tę piękną piątkową noc.

Zasypiamy i budzimy się zdawałoby się po chwili. Okazuje się że to dopiero połowa. Kochamy 2-dniowe (i dłuższe) festiwale. Z niepokojem patrzymy w kierunku nieba, ale deszczu nie ma, chmury się rozpływają, słońce świeci. Jak się później okazuje, tak miało już pozostać. Idziemy na teren festiwalu zobaczyć jak to wygląda za dnia. Na małej scenie grają już od 14-tej. Trafiamy na występ „Dubstep Jam”, który godnie nakręca klimat, aczkolwiek przy niezbyt licznej publice. O tej godzinie większym zainteresowaniem cieszy się gra w badmintona, beztroskie sączenie piwka, zdrowy obiadek w postaci frytek i hamburgera, tudzież gofra. Na terenie festiwalu można skorzystać z rampy do skate’owych wyczynów i strefy X-box. Są też stoiska z festiwalowymi gadżetami. Pogoda poprzedniego dnia niestety położyła temat zorbingu, na który liczyliśmy. Na wypożyczenie kajaków czy rowerów wodnych też mało chętnych. Pomimo tego jest pięknie i nikt kto tam był nie może temu zaprzeczyć. Wracamy na kemping, otwieramy butelki i case’a z zestawem do pokera… chillout i relax, relax i chillout, jest tak festiwalowo jak dawno nie było.

Nakręceni wracamy na teren festynu o 21:30 i bawimy się przy secie Gruesome’a, który zgromadził pod Mainem wierną i oddaną publiczność, skandującą w chwilach przerwy jego pseudonim. Szybkie przemieszczenie się na „Therapy sessions” gdzie sobotnią rzeźnię nakręca Forbidden Society. W sobotę w namiocie nie było już tak głośno, pokrętła z napisem „volume” skręcone o jakieś 20-30%. I nie tak hardcore’owo. Dźwięki mocne, aczkolwiek taneczne, pozwalające utrzymać się nam na „parkiecie” dłużej niż 15 minut za jednym podejściem. Sporo mocniej, chyba najmocniej w sobotę, zagrał jego następca – The Sect.

Na głównej scenie następuje tymczasem małe zamieszanie i przesunięcie w time-table’u, spowodowane spóźnieniem Matrixa i Futurebound’a, którzy jednakże swoje spóźnienie rekompensują soczystym i przemyślanym setem. Różnorodne kawałki, znowu pełen przekrój od liquidowego „I see you” Metrika po cięższe numery Subfocusa, znowu jakiś wkręt z Prodigy, znowu jakieś niebanalne przejścia i sample z mainstreamowego repertuaru. Do tego godna podziwu interakcja z publicznością. Festiwal kręci się na pełnych obrotach, minuty mijają jak sekundy, jest świetnie.

Tymczasem wybija pierwsza. Już chwilę wcześniej, nawet z dużej odległości zauważamy charakterystyczną sylwetkę chyba najbardziej oczekiwanej postaci tego weekendu – Tony’ego Colemana czyli Londona Elektricity – założyciala wytwórni Hospital Records. W tym momencie chcę wspomnieć że prawie wszyscy artyści wykazali się podczas polskiego Let It Roll bardzo zaawansowaną interakcją z publicznością. Większość artystów, zwłaszcaa Aphrodite, Danny czy Gruesome, zdawali się bawić równie dobrze, jeśli nie lepiej niż publiczność. Natomiast London pobił wszystko. Spodziewaliśmy się po nim dużo. Dostaliśmy jeszcze więcej. Dużo więcej. Przynajmniej dla fanów łagodniejszych odmian dnb była to bardzo przyjemna muzyczna podróż. London – weteran tego typu imprez, wparował w krótkich spodenkach i już przed stanięciem za deckami wyskoczył przed dj-kę ze swoim rytualnym tańcem, skokami, machaniem rękoma pod niebiosa. Chyba 30% swojego występu spędził przed dj-ką zamiast za nią. Jako chyba jedyny zagrał swoją kompilację wyłącznie z płyt winylowych. Chyba tylko dla niego zresztą ustawiono na stole 2 gramofony. Przez pozostałą część czasu na konsolecie królowały wszystkorobiące wynalazki Pioneera w ilości 4. Muzycznie set przepiękny. Duuużo dużo melodii, keyboardowych brzmień, dużo zaskakujących momentów. „Oh heaven” Emeli Sande w unikalnym remixie nadal słyszymy w głowie, podobnie jak numery B-Copmlexa i „Show Me Love” w remixie High Contrasta. 2 godziny muzycznej uczty.

W międzyczasie na chwilę trzeba było się oderwać od tego spektaklu na głównej estradzie, by ponownie posłuchać i zobaczyć co działo się na scenie „Therapy sessions”. A tam nie byle co, bo Counterstrike – drum’n’bassowy duet prosto z Cape Town z południowej Afryki, chyba drugi raz w Polsce. Oj działo się. Mocno, ale jednak nadal w głównym nurcie drum and bassu, nie tak ortodoksyjnie jak Limewax. Namiot mieszczący z założenia 200 osób, udowodnił, że równie dobrze pomieści 400. Inwencja pozytywnie zakręconych miłośników masek gazowych i innych gadżetów sięgała zenitu.

Po występie Counterstrike całkiem godnym następcą okazał się przedstawiciel rodzimej sceny – Zombie. Grając w psychodelicznej białej masce świetnie nakręcał atmosferę, wytworzoną przez swoich zagranicznych kolegów. Tak naprawdę namiot „Therapy sessions” zasługuje na odrębną, obszerną relację. Nie zdziwimy się jeśli za kilka lat, kiedy publiczność trochę ewoluuje, zostanie w Polsce stworzony event tylko z taką muzyką.

Na Main Stage tymczasem też mocniej, gdyż już od 3 swój występ rozpoczął Audio. Solidne problemy ze sprzętem na początku, zostały szybko zrekompensowane. Mocny set brytyjczyka zaspokoił tę część publiki, której nadal było mało basu.

Zrobiło się późno, więc kierunek – strefa gastro. I w tym miejscu może więcej na temat owej strefy. Wielkość jakby idealnie przypasowana do ilości przebywających w niej ludzi – jak zresztą sam festiwal. Ceny bardzo przystępne, piwo 5zł, red-bull 6zł. Prawie zero kolejek. Niestety w sobotę nie było już kulinarnego hitu pod tytułem oscypki. Zamiast tego można było zaspokoić głód bardzo dobrym spaghetti bolognese za jedyne 8zł, hamburgerami i mięsem z grilla. Największa wada logistyki gastronomicznej i jedna z większych całego festiwalu to niestety nieugięta polityka spożywania alkoholu tylko w obrębie strefy gastro. O wypiciu piwka pod sceną można więc było zapomnieć. Szkoda, ale rozumiemy, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że organizatorzy chcieli być fair w stosunku do wszelkiego rodzaju władz. Chyba się udało. Nie słyszeliśmy o żadnych nieprzyjemnych zdarzeniach. Tubylcy byli w szoku, że tak spokojnie można się bawić przy tego typu muzyce.

Nie rozumiemy dlaczego w sobotę przy głównej scenie rozstawiono beczki z płonącym… no właśnie: czym? Czy po piątkowym deszczu miało to zapewnić ciepło? A może – jak twierdzi organizator – lepszą atmosferę? Nie wnikamy. Pomysł był chybiony, ponieważ dym zczypał w oczy, ale te drobne minusy to szczegóły tak naprawdę. Znowu, jak w styczniu w Katowicach, ludzie stworzyli to miejsce, ten festiwal, ten klimat. Duży procent festiwalowiczów stanowiła ekipa z Czech i Słowacji. Dla niektórych był to trzeci „Let It Roll” w tym roku po czeskim i słowackim. W przyszłym roku my jedziemy do nich!

Czy był to festiwal inny niż wszystkie? Odpowiedź brzmi: „tak, był”. Dlaczego? Jeżeli z naszej relacji to nie wynika, to znaczy że słowami nie da się tego wyjaśnić. Przyjedźcie i zobaczcie.