Cykl Let It Rool Open Air w tym roku obchodził 10-lecie swojej działalności. Organizatorzy postanowili połączyc trzy edycje (czeską, słowacką i polską) w jedną, która odbyła się w miescie Benesov, około 30km od Pragi. Już po przyjezdzie do Benesov dało się wyczuć coć dziwnego – miasto jakby wymarło z okolicznych mieszkańców… chyba już przyzwyczajeni do takich festiwali po prostu wyjechali. Z dojazdem nie było kłopotu, festiwal znajdował się obok stacji kolejowej na terenach poligonu wojskowego.

Jednym słowem ogromna przestrzeń, idealna pod festiwal. Jedyne czego jak się okazało brakowało do ideału, to jakiegoś zbiornika wodnego. Przy wejściu oczywiście dostawało się opaskę i trzeba było pokonać bardzo stromą ścieżkę do pola namiotowego. Tam czekała masa stoisk z jedzeniem, miedzy innymi Inspiral Burger serwowało domowe burgery i muszę przyznać, że były to najsmaczniejsze burgery jakie w życiu jadłem. Kotlety smażone ze świeżego mięsa w połączeniu z sałatą, pomidorem, cebulką i serem, polane keczupem… smaki nie z tej ziemi. W kolejnej budce zjedliśmy pieczone kiełbaski z pajdą chleba i czeską musztardą, co wprawiło nas w prawdziwie grillowy nastrój 🙂 Ale to nie wszystko, zaraz obok w Zapp, miłośnicy makaronów, gyrosu, czy prawdziwie czeskiego smażonego sera z frytkami. Naprawdę nieziemskie jedzonko. Jasne, nie po to się jedzie na festiwal żeby jeść i przepraszam że od tego zaczynam, ale jakoś tak… to było pierwsze pozytywne zaskoczenie.

Przed wyjazdem, kiedy tylko został podany dokładny time-table, na pewno każdy miał dylemat, bo szczególnie w piątek niemożliwym było zobaczyć wszystkich headlinerów festiwalu, ponieważ „nakładali się” na siebie… na 6 scenach: Stage, Trydent Night, Night, Jazzstrick Night… i zadaszonej Virus i głównej scenie Ram Night jawiącej się jako wielki robot (ponieważ motywem przewodnim tego festynu były w tym roku roboty). Cała sceneria robiła ogromne wrażenie, szczególnie ogromny laserowy „napis” LiR widoczny wieczorową porą praktycznie z każdego zakątka Benesov. Pierwszego dnia najlepsza okazała się scena Virus, gdzie popisowo zagrał szczególnie Upbeats, który rozpalił fanatyków do czerwoności swoimi kawałkami, m.in. Beyond Reality, Diffused i Undertaker oraz zupełnie nieznanymi mi numerami w bardzo mocnych tonach, zresztą jak wszyscy przedstawiciele sceny Virus. Np. duet Ed Rush & Optical, znany już z występów na polskiej edycji Let It Roll również dostosowali się do poziomu wszystkich grając na zmianę swoje kawałki jak i hity m. in. Nosii. Po nich na scenę wszedł człowiek, na którego czekałem chyba najbardziej – Audio! I znowu zaskoczył repertuarem, cały czas mocne kawałki z flagowym swoim trackiem Headroom na czele. Nie było nawet czasu żeby odetchnąć i iść po piwo.

Ale tutaj ogromne zaskoczenie ze strony ochroniarzy, którzy przynosili wodę i byli bardzo życzliwi, nie to co u nas w kraju, gdzie szukają tylko zaczepki. Nastepnie nie można było przegapić legendy cięższych brzmień – Nosia dał na głównej scenie Ram Night kapitalne show, scena główna była naszpikowana wizualizacjami, a po każdym efektownym przejściu lub po zakończeniu z ogromnych kolumn buchał ogień. Noisia jak to Noisia, zremiksował na swój sposób wiele numerów, wplatając w nie nawet trapowe brzmienia. Oczywiście nie mogło się obyć bez hitowych kawałków jak Machine Gun czy Stigma. Otpical na scenie Virus, która była praktycznie caly czas wypełniona po brzegi, po nich duet Optiv&Btk. Nie słyszałem ich wcześniej i udałem się na nich bardziej z ciekawości. Szczególnie brazylijski producent ukrywający się po pseudonimem Btk dał popis, kapitalnie żonglując efektownymi przejściami pomiedzy poszczególnymi towarami… bardzo sympatyczny i skromny człowiek, który robił sobie zdjęcia z fanami. W pierwszym dniu najbardziej

oblegane były sceny Virus i Ram. Na pozostałych scenach frekwencja była mniejsza, natomiast gdy grał Foridden Society, największa czeska gwiazda, jego rodacy licznie zapełnili scenę. Najwiekszym niewypałem pierwszego dnia okazał się duet Calyx & Teebee, których to już słyszałem i naprawdę już to samo po raz kolejny… te same kawałki, praktycznie ten sam set co m.in. na evencie Face The Music w warszawskim basenie. Nie rozumiem też Wilkinsona, który przez połowę swojego seta grał numery Netsky’a, który przecież grał w sobotę. Przeciez sam ma kapitalne kawałki swojej produkcji. Po pierwszym dniu miało się wrażenie, że jest się naprawdę w drumandbassowym raju. Specyficzny gatunek muzyczny toteż specyficzni ludzie. Mało było osób przyjeżdżających z czystej ciekawości. Organizatorzy zadbali o odpowiednią ilość toi toi – i tu duży plus, aczkolwiek kpiną było wystawienie tylko 10 kabin prysznicowych na cały festiwal!!! Bardzo dużo było punktów pitnej wody, bardzo obleganych przy upalnej pogodzie, która była wręcz idealna.

Duża część festiwalowiczów w drugi dzień festiwalu przeniosła się do sporego parku w mieście, szukając cienia. I tutaj pojawia się to, czego w Polsce nie uświadczymy – picie i palenie bez skrępowania w miejscu publicznym – coś pięknego. Spora grupka policji, która osiadła przy głównych parkingach sprawdzała każdego kierowcę na zawartość alkoholu i na tym ich rola się kończyła. Można było zapytać o drogę czy lokalizację sklepu – zawsze chętni i życzliwi udzielali odpowiedzi. Na terenie festiwalu można było oprócz jedzenia kupić liczne gadżety dla prawdziwego fana drum and bassu. Duży wybór szczególnie był pośród koszulek i bluz z logo UKF, Hospitala, Virus, Ram, ale też proporczyki, smycze a nawet kubki 😀 W ciągu dnia organizatorzy przewidzieli kilka atrakcji, m.in. można było wziąć udział w zawodach sprawdzających znajomość wiedzy o Let it Rool. Nagrodami były koszulki. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie bitwa Dance step – równo o 16-tej na scenie Blackout (pierwszy dzien Virus) zebrała się bardzo duża grupka ludzi tworząc koło. Do turnieju zglosiło się ok. 8 osob, w tym dwie kobiety. Poziom tancerzy naprawdę mógł się podobać.

Sobota to również 6 scen: Stage, Night Praque Nighmare, Oldschool, Night i dwie główne – Blackout i UKF. Repertuar był bardzo zróżnicowany, bo na scenie UKF grali głównie przedstawiciele liquidfunk na czele z Netsky w duecie z Ayah Marar. Zagrali takie hity jak Bungle ft Ayah Marar – The Siren (Camo & Krooked remix) czy Camo & Krooked – Cross the Line, które były bisowane po kilka razy rozgrzewając publiczność do czerwoności… Niesamowite… Ile ta kobieta ma energii!!! Później przyszedł czas na Feed Me, na którego każdy chciał przyjść i zobaczyć jak zagra. Może w stylu dawnego Spora? Niestety ta część się zawiodła. Zagrał bardzo melodycznie, instrumentalnie wręcz, odcinając się od kanionu, który przyniósł mu sławę. Na zakończenie zagrał skład Drumsound & Bassline Smith, wkręcając swoje największe kawałki na czele z Close, Through the Night, dając moim zdaniem nie gorsze show od Netskaja. Fani mocniejszych dźwięków (w tym ja :-)) spędzili na scenie Blackout, na której prawdziwą furorę zrobił duet Black Sun Empire. Moim zdaniem najlepszy występ podczas tego festiwalu. Czesi byli bardzo dobrze zorganizowani – pod sceną rozdali wszystkim dookoła karteczki z logo i napisem BSE, co wywołało wspaniały efekt. Aż sami artyści się wzruszyli. Zagrali to co mają najlepsze, głownie kawałki z płyty „From the Shadows” i najczęściej grany utwór na całym festiwalu Black Sun Empire – All Is Lost i Noisia – Stigma, zapożyczając też co najlepsze od Audio i Noisia. Nie dali chwili wytchnienia. Atmosfera była tak gorąca, że naprawdę ciężko było wytrzymać cały wieczór na Blackout. I pisze to człowiek, który już wiele widział i słyszał. A tutaj jednak serce waliło niesamowicie. Po Black przyszedł czas na Neonlight, którzy również dali popis swoich możliwości grając iście neurofunkowo, czego mi bardzo brakowało. Przez dwa dni na tej samej scenie Virus i Blackout Czesi ustawili pod sceną przy barierce ogromny transparent z wielkim napisem SPOR, dając do myślenia artyście, żeby wrócił do korzeni, oraz dając do zrozumienia, że są zupełnie przeciwni obecnemu projektowi. Impreza zakonczyla się o 6 rano w niedzielę. Organizatorzy kolejno zamykali sceny, zaczynając od głównej.

Bardzo klimatyczne mniejsze sceny (wyłączając Virus i Ram) naprawdę robiły wrażenie. Szczególnie podobały mi się grafitti z napisałem „Let It Rool” i robotami. Podsumowując… to był drum and bassowy RAJ. Każdy kto był z pewnością nie zawiódł się pod względem muzycznym. 100% satysfakcji. Każdy znalazł coś dla siebie, ponieważ grane były wszystkie podgatunki drum and bassu. Na wielu imprezach w Polsce dźwiękowcy kompletnie nie znają ustawień do takiego typu muzyki i nagłośnienie jest słabej jakości. Tutaj nie mam zastrzeżeń – bardzo wyraziste dźwięki, sceny bardzo dobrze wygłuszone – nie słyszało się odgłosów dochodzących ze sceny obok. Organizacyjnie zawsze się można do czegoś przyczepić. W tym wypadku najgorzej wypadły prysznice, do których po pewnym czasie nie dało się wejść, ponieważ były pozalewane i ich ilość 10 (!!!) na cały camp sprawiała, że w przeciągu dnia zawsze była spora kolejka. Najlepiej było przyjść o 7 rano kiedy wszyscy smacznie spali, dopiero co wróciwszy z tego nieziemskiego baletu. Niewątpliwie też większe festiwale, jak wspominałem na początku, najlepiej robić przy jakichś większych zbiornikach wodnych, gdzie można ochłodzić się w ciągu dnia. Generalnie możemy się sporo uczyć od naszych sąsiadów organizacji na polach namiotowych – mieli ogrome namioty, pompowane baseny i różne inne udogodnienia. Jednak ogólnie wszystko najlepsze co w dnb siedzi – na 10 leciu Let it Rool BYŁO.

Już nie mogę się doczekać zimowej edycji Winter w Pradze. Ciężko to pisać, ale jednak u naszych sąsiadów są nieporównywalnie lepsze imprezy, o klasę wyższe niż w Polsce. I a mentalność ludzi… coś pięknego. Kto nie był niech żałuje!