Na pierwszą polską edycję festiwalu Let It Roll jechaliśmy pełni nadziei i pełni obaw. Dwie ostatnie widziane przez nas próby zorganizowania w naszym kraju festiwalu tematycznego z muzyką drum&bass/dubstep – Killa Beez Fest we Wrocławiu oraz Innovation w Łodzi – nie zakończyły się w naszej opinii spektakularnym sukcesem. Z drugiej strony skład ściągnięty tym razem do Katowic napawał optymizmem. Optymizmem to mało powiedziane…

Z uwagi na napięty time-table już około dziewiątej wieczorem zjawiliśmy się w Galerii Szyb Wilson – na terenie starego szybu kopalnianego, który został wybrany na miejscówkę. Jak twierdzi organizator – proces poszukiwań odpowiedniej przestrzeni w której mógłby odbyć się ten osobliwy event – trwał kilka tygodni. Kluczowymi kryteriami były brak filarów mogących rozproszyć i w konsekwencji zniekształcić dźwięk, oraz materiały, z których zbudowane są ściany i sufity pomieszczeń.

Ostatecznie wyselekcjonowane miejsce imprezy składało się z dwóch sporej wielkości hal: przechodniej, na której z boku – wzdłuż dłuższej ściany – zorganizowano scenę dubstep, oraz drugiej, której cały szczyt zajmowała bardzo ciekawa, futurystyczna konstrukcja Main Stage’u. Aby dotrzeć do centrum akcji, należało najpierw przemierzyć scenę dubstep, całkiem przyjemne miejsce z nagłośnieniem o mocy czterdziestu tysięcy wat, które jednak w porównaniu do sceny głównej cieszyło się niewielką popularnością. Brakowało mu klimatu, również kwestia oświetlenia nie była najrozsądniej rozwiązana. Światła rozmieszczone tylko i wyłącznie z tyłu sceny nie zawsze się sprawdzały. Lepszy efekt uzyskiwany był w momentach, kiedy rezygnowano częściowo ze świateł na rzecz wizualizacji.

Na scenie drum&bass organizatorzy postanowili się nie rozdrabniać. System nagłośnienia o mocy stu tysięcy wat miażdżył swoją mocą. Pomimo, że stary szyb nie był projektowany pod tym kątem, ogólne wrażenie akustyczne uznajemy za więcej niż dobre. Pojawiło się sporo głosów osób twierdzących że było stanowczo za głośno, czy wręcz nazywających użyty soundsystem mianem „chorego przegięcia”. Dla nas – ekipy Kluboterapii – było w sam raz, choć jeszcze dobę po zakończeniu imprezy mieliśmy solidne kłopoty ze słuchem. Nie żałujemy. Godnym wspomnienia jest fakt, że oba soundsystemy nie gryzły się ze sobą i nie powodowały wrażenia kakofonii.

Jeżeli chodzi o oprawę graficzną, operatorzy świateł i laserów również wykonali bardzo dobrą robotę, choć my zrobilibyśmy to bardziej minimalistycznie, może nawet mrocznie, jak na drum&bass przystało. Nad główną sceną królowało ogromne logo Hospital Records, rozbłyskujące co chwilę w innych barwach.

Imprezę rozpoczęliśmy od zimnego piwka i posłuchania przyjemnych rytmów serwowanych przez chłopaków z NeverAfter. Już na tym etapie zwróciliśmy uwagę na niesamowitą moc nagłośnienia. Pulsujący bass zamiatał naszymi okryciami wierzchnimi, pomimo iż przebywaliśmy w tym momencie w miejscu najbardziej oddalonym od głównych głośników.

Bezczynność w kąciku piwnym nie trwała długo, gdyż już o godzinie 21:30 swój show rozpoczynał pierwszy z headlinerów – B-Complex. Dźwięki, które zaserwował, ekspresowo postawiły nas na nogi. Beautiful Lies zmiksowane na co najmniej 4 sposoby sprawiło, że wszyscy obecni ruszyli na parkiet, nie oszczędzając swoich kości piszczelowych. Według nas jednogłośnie najlepszy set wieczoru.

Jako drugi wystąpił ekscentryczny i charyzmatyczny John B, który zaserwował cięższe brzmienia, bardziej hipnotyczne, jak zwykle wszywając w swój set sporą dawkę elektro, czego dobrym przykładem może być bardzo dobrze przyjęty remix Raiden – Fallin’.  Już poczynając od pierwszych dźwięków wplatał bardzo często motyw utworu Numbers, który stał się – w sposób zamierzony lub nie –  motywem przewodnim imprezy. Użyli go w swoich setach wszyscy, lub prawie wszyscy wykonawcy. W końcowej części występu John B łamał nasze kości połamanym dubstepem.

Jako kolejny za sterami stanął High Contrast, który rozpoczął energetycznym Teenage Wasteland, numerem dotychczas nie wydanym, by kontynuować coraz to bardziej soczystymi, melodyjnymi i pełnymi bassu trackami, nie pozwalając odpocząć przez kolejne dziewięćdziesiąt minut. Poważną wadą jego występu był fakt, iż zabrakło w nim kilku klimatycznych evergreenów, które zawsze robią kosmiczne wrażenie podczas występów tego artysty. Mogliśmy wprawdzie usłyszeć nieśmiertelne Kiss Kiss Bang Bang czy If We Ever , jednak sporej części publiczności zabrakło kilku innych tracków niezmiennie wciskających w parkiet niezależnie od ilości czasu, który upłynął od ich wydania. Główny performer przechadzał się później po terenie szybu z wyraźnym zadowoleniem i ciekawością na twarzy. Nie niepokojony przez nachalnych fanów sporą część czasu spędził wśród współimprezowiczów, słuchając występu na scenie dubstep.

Ostatnim artystą, którego dane nam było posłuchać tej nocy był Netsky. Ten młody Belg, młoda krew wytwórni Hospital zagrał w naszej ocenie drugi najlepszy set wieczoru. Dużo delikatnego, liquidowego d&b, parę ukłonów w stronę innych gatunków, jak np. techno, w połączeniu z dj-skim skillem artysty spowodowało po raz kolejny powszechą migrację katowickiej publiczności na parkiet. Rock it Subfocusa w tych okolicznościach przyrody nie pozwolił utrzymać się w pozycji siedzącej. Subiektywnie – fajny moment to ciekawa aranżacja wałkowanego ostatnio na wszelkich dnb-parties Memory Lane. Netsky na swojej tablicy na facebooku następnego dnia tak komentuje event: Fantastyczna noc w Katowicach! Niech Let It Roll zrobi to ponownie! Niesamowita produkcja, czadowa scena 🙂 Naprawdę czekam na następny raz. My też czekamy Boris I dzięki za tego seta.

Nie sposób nie wspomnieć o gospodarzu imprezy, w którego rolę wcielił się legenradny już prawie Stamina MC. Za każdym razem zapowiedziawszy nowego dyrektora konsoli i zrobiwszy kilka zdjęć schodził na dół do publiczności, by przywitać się i zamienić kilka słów ze swoimi fanami. Widoczne było jego wyczucie i wieloletnie doświadczenie, dzięki czemu nie psuł genialnego seta badziewnym zawodzeniem. Wiedział kiedy i jak się odezwać/zaśpiewać by uzupełnić to, co akurat w danym momencie wypływało spod rąk headlinerów w kierunku monstrualnych głośników. Mistrz ceremonii zdecydowanie stanął na wysokości zadania.

Pod względem muzycznym organizatorzy polskiego performance’u ekipy Hospital zrobili coś wspaniałego. No i pionierskiego, gdyż takiej, tak udanej imprezy tematycznej d&b/dubstep jeszcze w nowożytnej Polsce nie było. W pełni zgadzamy się z euforycznymi komentarzami na facebookowym fanepage’u imprezy. W głowie się nie mieści co się dzisiaj wydarzyło w Katowicach. Oj taaak.

Organizacyjnie również do mało czego możemy się przyczepić. Nawet w godzinach, kiedy napływ ludności do Szybu Wilson osiągnął kulminację nie tworzyły się kolejki ani zatory przy wejściach, w minimalnym stopniu przy szatni, znajdującej się pod dubstep stage. Napoje wszelkiego rodzaju w przystępnych cenach i całkiem dobrej jakości można było śmiało konsumować w dowolnym miejscu parkietu. W pobliżu sceny dubstep dostępna była osobna strefa z jedzeniem.

Problemem nie przewidzianym ani przez klubowiczów ani przez organizatorów była sadza kapiąca z dachu szybu. Podobno zdarzały się też przypadki większych przedmiotów spadających z niebios :-). Nie byliśmy tym szczególnie zdziwieni – cały budynek drżał od pulsującego basu. Nasza ekipa nie ucierpiała, gdyż w miejscu w którym spędziliśmy większość akcji, czyli w strefie w pobliżu głośników, prawdopodobnie podmuch bassu zmiatał wszelkie latające obiekty wgłąb sali. W środkowej części parkietu poszkodowanych było więcej, niektórym sadza zniszczyła buty.

Jeszcze jednym, dość poważnym dla niektórych uczstników imprezy minusem, był brak stoiska z gadżetami wytwórni Hospital Records.

Napisaliśmy o plusach, napisaliśmy o minusach, natomiast najważniejszy pozytyw chcemy podkreślić na końcu. Głównym atutem tego nieziemskiego wydarzenia była mega dobra publiczność, ludzie, którzy przyjechali tylko dla muzyki, którzy oddali się jej całkowicie, którzy wyglądali na spełnionych w stu procentach, dla których bass łamiący kości był jak łyk wody na pustyni. Po prostu tłum zadowolonych ludzi nie pragnących niczego innego niż więcej i więcej dobrej muzyki. Żadnych nieprzyjemnych incydentów nie odnotowaliśmy.

Jak wspomnieliśmy – na teren imprezy wchodziliśmy pełni nadziei i pełni obaw. Wychodzimy tylko pełni nadziei. Entuzjastyczne przyjęcie tego eksperymentalnego jak by nie było eventu zarówno przez publiczność jak i przez artystów pozwala nam oczekiwać w przyszłym roku powtórki, lub, co więcej, może letniej edycji open air na wzór obecnie odbywającej się cyklicznie każdego lata u naszych sąsiadów Czechów. Podświadomie czujemy już przyszłoroczny bassss.