28 stycznia pierwszy raz w Polsce odbył się występ Minilogue w klubie 8 bitów w Poznaniu. Z pewnością większość czekała na ich występ, a po imprezie na pewno nie wyszła niezadowolona… Ale po kolei i od początku!

 

Żeby uniknąć zapowiedzianych tłumów i oczekiwania na mrozie w niekończącej się kolejce, pojawienie się tuż po 22.00 na terenie klubu okazało się trafną decyzją. Jeszcze przed przekroczeniem progu lokalu, stwierdziłam, że wejście przypominało undergroundowe zaplecze Berlina… Wewnątrz przypomina natomiast wielki dom jednopiętrowy, gdzie na „parterze” znajduje się bar i główna scena. Idąc schodami w górę, które przypominały klatkę schodową po prawej stronie była „palarnia”, zaś po drugiej bar z miejscem do wygibasów oraz odpoczynku. W tym pomieszczeniu można było posłuchać połamanych bitów, pograć w grę Mario albo Formułki na archiwalnym komputerze lub rozsiąść się wygodnie w fotelu z lat 70tych.

 Jak się okazało nie trzeba jechać do Berlina aby w jednym z najstarszych techno klubów posłuchać iście mocnych uderzeń. W tak zwanej palarni, a właściwie Analogen Stage gdzie tłok, zaduch, a przede wszystkim dym z papierosów nie zaszkodził nawet tym niepalącym, rozgrywała się największa techno euforia. Pierwsze co przyszło do głowy to: Poznań ma swój własny Tresor! Za sterami umiejętnie władał i niemalże żonglował winylami Gregg. Pierwsze skojarzenie patrząc na króla techno sceny „analogen” biały bardzo odważne: Carl Cox albo Carl Craig. Wymieszana znana ekipa Poznania z Wrocławiem rękami w górze prawie że dosięgała sufitu. Było mocno…. istna eksplozja emocji, która sprawiała wrażenie jakby przez pomieszczenie przechodziło tsunami. Zamiast latających krzeseł było morze rąk w górze i piski, świsty, które rozsadzało każdy element dymu tytoniowego. Taka atmosfera utrzymała się aż do końca imprezy.

Zejdźmy jednak na parter i mainstage, gdzie Szymon Hollner, który wraz z B’kidz rozgrzewał wszystkich zmarzniętych przyjemnymi, niekiedy minimalowymi dźwiękami. Obydwoje stworzyli fenomenalny podkład – bazę do tego co działo się w późniejszym czasie. Niemiłosiernie genialny, potężny bas sączył się z głośników, który przenikał od stóp do głów. Nie było mowy aby stać z podpartymi rękami na końcu sali. Nogi same rwały się do tańca, a wszyscy dookoła jednomyślnie dopingowali artystów.

Przestrzeń powoli się zapełniała a na horyzoncie pojawił się Jurek Przezdziecki. Swoją energią porwał tłum pasjonatów elektroniki bez reszty. Nieustające okrzyki i brawa towarzyszyły Jurkowi podczas całego występu. Nie ma co się dziwić jak zawsze Jurek wprowadził wszystkich w pełną muzyczną ekstazę. Na taką muzykę w takim wykonaniu warto przyjechać z drugiego końca Polski.

Wreszcie Marcus Henriksson i Sebastian Mullaert przekroczyli scenę i zaczęli przygotowania do swojego występu. Muszę powiedzieć, że widok sprzętu rozłożonego po całej długości sporego stołu był imponujący. Zapowiadała się prawdziwa uczta…Przywitanie Minilogue zostało obwieszczone gromkimi brawami, okrzykami a długie intro tylko budowało napięcie, aż las rąk pojawił się w górze. I się zaczęło… Cóż mogę powiedzieć…swoimi dźwiękami poruszyli do głębi. Basy w połączeniu klawiszami wywoływały u mnie dreszcze. Cudownie było usłyszeć zupełnie nowy kawałek z Epki, która pojawiła się dwa tygodnie temu „Let Life Dance Thru You”. Cały koncert Minilogue to w moim odczuciu wielkie spectrum muzyczne. Szkoda mi było opuszczać każdej sekundy ich występu i z pełnym pęcherzem zanurzona w porywających dźwiękach „szłam” tropem „Animals”. Nie obeszło się bez bisowania. Ba… na koniec wszyscy zgodnie krzyczeli: Jamajka, Jamajka!

Imprezę zaliczam na wielki plus i już zacieram ręce na kolejne edycje International Day Off. A dla International Day Off należą się wielkie brawa za tak fenomenalny event!