O tym, czy słynna maksyma „Berlin never sleeps” jest prawdziwa, mogliśmy się przekonać ostatniego weekendu. Nocne życie w stolicy muzyki elektronicznej rozpoczyna się o 24.00 i tętni do późnych godzin porannych, a nawet popołudniowych. Czas na sen? Brak, a nawet i szkoda marnować każdej chwili, zwłaszcza podczas Berlińskich Dni Muzyki.

 

Pierwszym naszym punktem docelowym stał się klub Weekend, który znajduje się na XII piętrze wieżowca na słynnym Alexanderplatz. W czwartek odbywał się Minus Showcase, a za konsolą wystąpił Ambivalent, Gaiser – Live oraz Troy Pierce. Dotarcie do celu nie było łatwe, wśród wysokich budynków kręciliśmy się właściwie wokół własnej osi (nie zdając sobie sprawy, że stoimy na wprost klubu).  Dodatkowo rozpraszała nas wieża telewizyjna, która wznosi się ponad plac. Nie sposób oderwać od niej oczu, zwłaszcza kiedy jest pięknie oświetlona.

Dreszczyk emocji i narastające wątpliwości pojawiły się już przed wejściem do klubu: czy staniemy się tymi szczęśliwcami i wejdziemy do środka, czy popatrzymy sobie na wielki gmach z wzrokiem wpatrzonym w XII piętro stojąc na zewnątrz. …Hmmm, niejedni odchodzili z kwitkiem. Kiedy stanęliśmy przed wysokimi i potężnymi selekcjonerami, zdobyłam się na najpiękniejszy uśmiech jaki mogłam z siebie wydobyć po niemalże 10 godzinach jazdy do Berlina. No i podziałało! Muszę przyznać – mieliśmy fuksa! Im więcej mężczyzn w grupie, tym mniejsze szanse na wejście… sorry Panowie!

Obsługa klubu otwiera drzwi do windy, wiezie nas na słynne XII  piętro. Zapowiada się dość luksusowo?!Wchodzimy niczym do wielkiego apartamentu z widokiem na panoramę Berlina. Hmmm…chciałoby się napisać, że klub ma niesamowite, stylowe wnętrze, ale największe wrażenie robi mała, efektowna fontanna umiejscowiona na środku „pokoju”, z której tryskała wódka, a w toaletach były marmurowe umywalki. Jednak oprócz całej otoczki z zewnątrz klub niczym szczególnie się nie wyróżnia. Pewnie, że nas to mało obchodzi (nie wymagajmy za wiele!) w końcu przyszliśmy tam dla muzyki. Mimo to czujemy się troszkę rozczarowani…może lekko zawiedzeni?! W klubie ciemno, czarne ściany, brak światła. Po dłuższym namyśle stwierdzam, że całość idealnie współgrała z półmrocznym bitem występujących artystów. Od 24.00 na pierwszy odstrzał „poszedł” Ambivalent.

Osobiście spodziewałam się „minusowego” minimalu, a tu wielkie zaskoczenie. Dość wesoło, nawet czasem nastrojowo, tech house’owo witał każdego przybywającego do klubu. Trzeba przyznać, że bardzo sympatycznie wprowadzał w imprezowy nastrój i wzmagał coraz większy apetyt na „minusową” noc. Mimo nieco house’owych klimatów jak np. Octav One- Blackwater, gdzieś w tle można było usłyszeć Rumors. Jednakże skoro była to impreza Minus Showcase, domagałam się minimalowej nuty.

Wreszcie jako zagorzała fanka dźwięków  labelu Richie’go Hawtin’a, doczekałam się jednego ze swoich ulubieńców – Gaiser’a, który zagrał swój live. Żaden kawałek nie brzmiał nieznajomo, co tym bardziej podkręcało atmosferę. Skupiona na oszałamiających tańcach, kompletnie „przepadłam w jego muzyce” na cały live. John ani przez moment nie dał odetchnąć publice. Zagrał chyba najlepsze minimalowe kawałki, co jeszcze bardziej rozgrzewało publikę do czerwoności. Szaleństwo zapanowało przy kultowych utworach Johna, jak np:  Flashed, Oolooloo,  Ciliate with, Green Steam, New Dust, czy też Pullpush. Jak dla mnie geniusz czwartkowego wieczoru, który wykreował istną ekstazę na parkiecie. Niemały aplauz wznosił się podczas utworów: Seepage , Am I, Zebra Talk, czy remiks Dubfire&Oliver Huntemann – Dios lub Hearthrobe – Nusty Girl.

Na koniec zagrał Troy Pierce, który trochę zwolnił tempa i uspokoił tłum ludzi po mocnych uderzeniach Gaiser’a. Wieczór bardzo udany, mimo że klub w wewnątrz nie robi szału, to imprezy, które są organizowane w sezonie letnim na dachu tego wysokiego wieżowca z udziałem najsłynniejszych elektronicznych nazwisk, kuszą kolejnym weekendem w Berlinie. Kiedy tylko cieplej się zrobi… cóż oby do lata!