Zabierając się za pisanie tekstu o Outlooku kompletnie nie mam pomysłu jak zacząć. Ten event, to miejsce, ten czas dostarczyły mi tylu wrażeń, że jakaś część mózgu odpowiedzialna za przetwarzanie endorfin i dopamin chyba osiągnęła kres swoich możliwości.

Czym jest Outlook? Żeby choć w małym stopniu go przybliżyć, przedstawię dwie perspektywy. Po pierwsze jest to „Bass Music and Soundsystem Culture Festival” – miejsce, gdzie usłyszymy głównie muzykę opartą na basie. Króluje więc dubstep oraz drum and bass; trzecie miejsce zajmuje reggae. Prócz tego usłyszeć można jednak wiele innych gatunków. Drugi aspekt to fakt, że jest to event stworzony przez Wyspiarzy dla Wyspiarzy. Brytyjczycy, stanowiący ponad 90% publiczności, znani ze swojego wyszukanego gustu, innowacyjności (większość klubowych gatunków powstała wszak w Wielkiej Brytanii) oraz dużej wyobraźni w świętowaniu, raz do roku jadą do Chorwacji, gdzie jest dla odmiany (dla nich) ciepło i przyjemnie i urządzają tam imprezę na niespotykaną skalę. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że budżet festiwalu jest nieograniczony. Wszystko jest zorganizowane z niebywałym rozmachem.

Całe to święto odbywa się na półwyspie Istria w Chorwacji. Teren imprezy zajmuje powierzchnię kilkunastu hektarów i mieści w sobie trzy główne lokalizacje, z których każda mogłaby samodzielnie pełnić funkcję festiwalu światowej klasy. Pierwsze miejsce to plaża, zapewne najbardziej kojarzona przez osoby, które słyszały o festiwalu, a w szczególności wiedzę na jego temat czerpały z klipów video. Tam toczy się party za dnia, od południa do 22-giej, zasilane dwiema scenami: „Beach Party”, której dj-ka stylizowana jest na kadłub statku oraz „Beach Bar Pacino” niejako przytuloną do skały, pod iście hawajskim, naturalnym zadaszeniem. Na plaży grają zazwyczaj mniej znane, często lokalne gwiazdy, pełni ona niejako funkcję potężnego beforu przed tym, co czeka nas nocą. Skaliste wybrzeże jest wypełnione klubowiczami-plażowiczami. Zastanawialiście się kiedyś w jakiej pozycji najlepiej słucha się muzyki? Stojącej? A może leżącej? Ja też nie, ale ten weekend dał mi odpowiedź. Najlepiej słucha się muzy w pozycji pływającej 🙂 Unosząc się na powierzchni krystalicznie czystego Adriatyku wraz z sunącym po niej dubstepem z głośników „Beach Bar Pacino”, z pewnością doświadczyłem czegoś nowego.

Od godziny 20-tej ruszają dwie pozostałe lokalizacje. W porcie, nad sąsiednią zatoką (czyli z drugiej strony półwyspu), działają dwie sceny: Harbour oraz Dock Side. Harbour to największa estrada. Wybitnie odznacza się stroną wizualną. Jej półkolisty obrys wraz z jedenastoma ekranami LED umieszczonymi na różnej głębokości oraz z dwoma ogromnymi „pylonami” z logiem festiwalu po obu stronach, miażdżą swoim przepychem. Muzycznie jest mniej więcej równo dzielona pomiędzy gatunki drum and bass, dubstep i reggae. Grają tam zarówno zespoły (głównie reggae’owe) jak i  ścisła czołówka bassowych headlinerów.

Tuż obok, prostopadle do Harbouru, stoi niewiele mniejszy Dock Side, który jest moim zdaniem zdecydowanie najlepszy muzycznie. Na tej estradzie odbywają się niesamowite w swoim rozmachu (jak wszystko na Outloooku) spektakle drumowe i dubstepowe. Nagłośnienie równie mocne, za to wizuale bardziej mroczne. W głębi sceny ekran składający się z trójkątnych fragmentów, komponujących się po prawej w słoneczne logo Outlooku, mający dwa zastosowania – albo jako elektroniczna mozaika albo jako ekran dla rzutnika. Dwa podobne, mniejsze arcydzieła sztuki vj-skiej zdobią górne rogi estrady.

 Trzecia lokalizacja, praktycznie trzeci festiwal w festiwalu, to Fort Punta Christo –  XIX-wieczna opuszczona forteca. Znajduje się tam siedem scen, a ich różnorodność przyprawia o zawrót głowy. Np. Courtyard to scena usytuowana na głównym dziedzińcu fortu. Bawiąc się tam nie sposób nie przenieść się w średniowiecze, kontrast scenerii z serwowanym beatem – niezapomniany. Jest też „Moat” – estrada w wyschniętej fosie wypełnionej głośnikami – majstersztyk soundsystemowy. Albo „Ballroom” – okrągła, niezadaszona scena otoczona murami. Pomiędzy niektórymi miejscami w fortecy przemieszczamy się podziemnymi korytarzami. Założę się że 95% festiwalowiczów nie pojawiła się na co najmniej jednej scenie, na niektóre po prostu ciężko trafić, nawet jeśli znajdzie się na to czas. Jest jeszcze „Mungos”, „Dungeon”, czy „Outside the fort”. Ta ostatnia pełni funkcję przystanku dla klubowiczów przybyłych z plaży, portu czy campingu – jest pierwszą, na którą napotykamy przybywając w rejon fortecy.

Te trzy lokalizacje dzielą spore, kilkusetmetrowe odległości. Przemieszczamy się pomiędzy nimi ścieżkami w iście chorwackiej, górskiej scenerii. Drogi są kamieniste, do tego dochodzą różnice poziomów, jest to więc dosyć wyczerpujące fizycznie. Z uwagi na to oraz na warunki pod scenami do portu i fortu nie ma wstępu w odkrytym obuwiu. Zresztą w moich prymitywnych tenisówkach nogi też bolały. Każdego dnia po kilkunastu godzinach tańca i wędrówki byłem wyczerpany. Niektórzy z klubowiczów, nauczeni zeszłorocznymi doświadczeniami, stosowali wręcz obuwie typowo górskie.

Jest jeszcze jedna bardzo istotna scena. Pełni ona funkcję podobną do „Outside The Fort” i nazywa się „Clearing”. Jest to dj-ka usytuowana na polanie, która jest jak gdyby skrzyżowaniem szlaków pomiędzy plażą, portem i fortem. Przechodząc tamtędy, zazwyczaj zatrzymujemy się chwilę lub zostajemy na dłużej. Grają tak różnorodnie i nietuzinkowo, że ciężko przejść obojętnie.

Opowiadając o poszczególnych miejscach festiwalu koniecznie trzeba wspomnieć o jeszcze jednym – oficjalnym polu namiotowym Outlooku. Puntizela campsite (www.puntizela.hr) jest wypasionym polem z wydzielonymi, dużymi miejscami na namiot w ilości około 600. W czasie festiwalu jednakże działa to inaczej. Granic między spotami nie ma, a zagęszczenie namiotów jest maksymalne, więc jest ich kilka tysięcy. Nigdy nie widziałem takiego morza mobilnych kolorowych „domków”. Na etapie planowania powiedziano mi: „chcesz jechać na Outlook – śpij na Puntizeli – jeśli chcesz w pełni ogarnąć klimat musisz to zobaczyć”. I tak zrobiłem. Pomimo propozycji przemiłej obsługi festiwalu zakwaterowania w campingach dla prasy, zatrzymałem się w tej najbardziej popularnej noclegowni. Camping oferuje w zasadzie wszystko co potrzebne – stacjonarne łazienki z prysznicami (podobno w tym roku była pierwszy raz ciepła woda), liczne punkty gastronomiczne, sklepy, stoiska z gadżetami, kafejkę internetową, pralnię, prąd, gaz, depozyt i bankomaty. Wszystko o czym zapomniałem prawdopodobnie też tam jest 🙂

Wracając do scen – póki co naliczyliśmy ich dwanaście – dwie na plaży, dwie w porcie, siedem w opuszczonej fortecy. No i Clearing. Ale na tym nie koniec. Przechadzając się pomiędzy scenami napotkać można jeszcze kilka bezimiennych scen (albo nazwanych, ale nie umieszczonych w line-upie), np. scenę (in)novation – firmy promującej najnowsze wynalazki dj-skie. Oprócz tego oczywiście słynne imprezy na łodziach, których była w tym roku rekordowa ilość. Do tego dochodzą dziesiątki soundsystemów grających na polu namiotowym czy na polu camperów. Muzyka wszędzie, oficjalnie osiemnaście godzin na dobę, nieoficjalnie – dwadzieścia cztery. Tuż po powrocie na Puntizelę rzeszy klubowiczów pomiędzy 6 a 7 rano odpalane są soundsystemy przywiezione przez nich.

Nie sposób napisać choć po jednym zdaniu o każdym z artystów którego zobaczyłem i posłuchałem w ten sierpniowo-wrześniowy weekend, abstrahując już od tego że w każdym momencie mogłem być tylko w jednym z wielu ciekawych miejsc, więc z założenia więcej traciłem niż przyswajałem. Większość scen na Outlooku ma swoje podtytuły, różne w poszczególne dni. Np. Dock Side w czwartek sygnowany był marką Metalheadz. Tego dnia zagrali tam Goldie, DBridge, Jubei, Calyx czy TeeBee, wspomagani przez: MCs: Lowqui, SP:MC i LX:One. Samo party na Dock Side było w czwartek najlepszą drumandbassową imprezą w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłem. W niedzielę z kolei na tej samej estradzie pod marką „Chestplate vs Osiris” oglądałem najlepszy dubstepowy spektakl ever. MC’s pokazali niebywałą klasę, zwłaszcza MC Toast – jedna z osób, które po Outlooku stała się moim nowy idolem. W piątek z kolei na tej scenie słuchałem zrównoważonej mieszanki dnb i dubstepu, posłuchałem m.in. propozycji Dj Zinca, Onemana czy Jackmastera. Chyba niechcący wpasowałem się ze swoim gustem w gust sąsiadów z pola namiotowego. Układając się do snu w namiocie o 7 rano słyszałem okrzyki typu: „Dock side!!! Fuck the rest!!! Doooock sideeeeeee!!!!!”. Pozostało tylko pokiwać głową ze zrozumieniem i w końcu iść spać, bo przecież za pięć godzin cała maszyna rusza od nowa.

Na głównej scenie, jak już wspomniałem, cięższe brzmienia ustępowały miejsca muzyce reggae, zagrały tutaj czołowe, legendarne zespoły tej subkultury, np. w czwartek nowozelandzki Fat Freddy’s Drop albo w niedzielę jamajski Twinkle Brothers. Ci ostatni obchodzili właśnie 50-lecie (tak, to nie pomyłka) swojego powstania. Uraczyli publiczność reggae’owywmi rytmami różnych epok, łącznie z pierwszym nagranym przez siebie kawałkiem. Podczas reggae’owo-soulowych występów atmosfera pod Harbourem była relatywnie spokojna, nawet sielankowa. Interakcja rastamanów z publicznością – mega, światła i visuale – mega. Jednakże na głównej estradzie występowali także rzeźnicy bassowi, m.in. największa dubstepowa gwiazda – Skream, którego nareszcie można było zobaczyć, po tym jak anulował swoje dwa ostatnie występy w Polsce. Grał tam też Dj Marky, reprezentant Brazylii, wspomagany przez MC Staminę, którzy zaprezentowali piękny spektakl w niedzielną noc. Robiłem wszystko, by się rozdwoić i liznąć po połowie tego co zagrali i tego co obok, na Dock Side prezentowali akurat Kryptic Minds, Distance, Vivek czy Youngsta, wraz z MC’s: Stategy i wspomnianym już Toast’em. Osobiście z głównej sceny najbardziej zapamiętałem występ Andy C. Ciężko teraz ocenić czy rzeczywiście był najlepszy, czy zrobił na mnie takie wrażenie dlatego, że odbył się pierwszego dnia. Ujrzawszy wizuale na Harbourze i usłyszawszy rewelacyjny drum&bass bezwiednie, jak zahipnotyzowany sunąłem do przodu w tłumie fanów, by znaleźć się prawie pod samą sceną. Jakoś tak… musiałem.

Tymczasem w fortecy bass w jej mury i w powietrze tłoczyło siedem kolejnych soundsystemów. Mój faworyt: scena „Moat”. Wyobraźcie sobie długą na 100 metrów prostą wysuszoną fosę, na której jednym z końców znajduje się dj-ka, a po bokach co 15 metrów para monstrualnych głośników. Spędziłem tam parę ładnych chwil ostatniej nocy, kiedy fosa działała pod szyldem „Audio Warfare”. Zagrali tam m.in. Serial Killaz, Nicky Blackmarket, Bladerunner. Zniszczyła mnie końcówka –  w poniedziałek nad ranem, kiedy podczas drumowego seta Marksmana I Bena Huntera z pewnym wahaniem podążyłem w głąb tego wąwozu. Po raz kolejny i ostateczny przekonałem się, że nie bez powodu Outlook to też festiwal nagłośnienia. Niesamowita głośność, czysta muzyka, bass odbijający się od murów wibrował i przeszywał wnętrzności. Myślałem, że moja odporność na decybele jest dosyć spora, jednak w centrum wąwozu wytrzymałem tylko niewiele ponad godzinę.

Większość outlookowych nocy spędziłem na tych trzech scenach, jednakże wielokrotnie zachodziłem na chwilę na wszystkie pozostałe. Na bardzo popularnej Mungos Arenie niesamowite wrażenie zrobił na mnie set Jah Shaka, który zdominował w piątek tę dj-kę, grając bez przerwy przez 6 godzin. Ze sceny Clearing w pamięć zapadła mi house’owa, rozluźniająca po wielu godzinach traktowania bassem, końcówka seta Sam Zero 7.

Każdego dnia, od południa prawie do północy dodatkowe imprezy toczyły się na łodziach. Było ich 48 – po dwanaście każdego dnia. One również mają swoje tytuły. Panuje tam spora różnorodność, jest łódź UKF, łódź Metalheadz, Jamaica Party czy GetDarker. Każda ma swój niepowtarzalny klimat. Jest też legendarna Booze Cruise z open barem, po której podobno ciężko kontynuować festiwal tego dnia. Bilety na najbardziej oblegane łodzie zostały wyprzedane w ciągu kilku minut od momentu ich udostępnienia. Mi osobiście udało się wejść na dwie łódki. Pierwsza to „Metalheadz” w piątek, gdzie już drugi raz obejrzałem w akcji Goldiego i DBridge z ekipą, druga to Black Acre, na którą trafiłem trochę przypadkiem i gdzie dane mi było posłuchać dość różnorodnego repertuaru, od RNB i soulu, przez house po elementy dubstepu. Pierwsze skrzypce grali tam charyzmatyczny Blue Daisy oraz Hyetal. Wszystkie rejsy trwają trzy godziny i są rewelacyjną opcją dla osób, które lubią bliską interakcję z artystami lub po prostu chcą poznać osobiście swojego idola.

Generalnie Outlooku nie da się opisać obiektywnie. Trzeba by było być w wielu miejscach jednocześnie i ponadto być pozbawionym prywatnych preferencji. Więc każda relacja z tego wydarzenia, również niniejsza, musi być stronnicza. Mi najbardziej zapadła w pamięć scena “Moat”. Wracając z niej przed siódmą rano w poniedziałek, kończąc już festiwal, wdając się jak zwykle w gadkę z przypadkowo spotkanym Anglikiem doszliśmy do wspólnego wniosku: „Fuckin’ sick!”.

Wszyscy ludzie których spotkałem na Outlooku byli mili i przyjaźni. Obsługa, współimprezowicze, artyści… Panuje tam swoisty obyczaj pozdrawiania się z mijanymi klubowiczami, niczym turyści w górach albo biegacze na trasie. Wszyscy chcą tworzyć ten klimat i robią to z powodzeniem. Przychodzisz zestresowany do obsługi pola namiotowego, bo nie masz paszportu, a dziewczyna z obsługi macha ręką i wpuszcza cię na prawo jazdy albo książeczkę wojskową… wypytuje o podróż, o Polskę.

Na Outlooku dużo się dzieje. Cały czas. Przykład: staram się wbić na imprezę na łodzi Sin City, mam być na liście ale mnie nie ma. Pojawia się główny performer z innej łódki (którego wcześniej nie znałem) i proponuje mi żebym wszedł na jego imprezę. Przybijam z nim piątkę i wsiadam na łódź. Dostaję darmową koszulkę „Black Acre – Outlook” jak wszyscy z tej łodzi. 10 minut później spotykam Polaków, zamieniam kilka słów, 10 kolejnych minut później obserwuję jak zahipnotyzowany ludzi skaczących z 10-metrowej skarpy do morza, dj żartuje coś na temat darmowej kokainy dla wszystkich, kapitan łodzi przez megafon zapowiada ustawienie się w kolejce wraz zresztą załogi. Potem zmiana muzy, podbija do mnie jakaś Japonka, zupełnie bez powodu opowiada mi swoją historię życia, za chwilę na niebie pojawia sie monumentalna podwójna tęcza, mijamy łódź z rastamanami za dj’ką, krążymy wokół siebie i bawimy się razem (z łodzią, nie z Japonką)… panta rhei. To tylko 50 minut z mojej 100-godzinnej przygody.

Tak, przygody. Bo również (a może głównie) w takiej kategorii należy rozpatrywać to, co się wydarzyło. Podróż ponad 2000 kilometrów z nieznanym wcześniej człowiekiem samochodem dostawczym, uczestnictwo w spontanicznych imprezach na skrzyżowaniach Puntizeli, sen w całkiem przypadkowych porach doby, dziesiątki pozdrowień i krótkich rozmów z Brytyjczykami i Chorwatami. „Hi!”, „How are you?!”, „Where’re you from?!”, „Got some weed, man?” słyszane na każdym skrzyżowaniu festiwalu i campingu.

 Jeśli chodzi o minusy imprezy, z dużych przychodzi mi do głowy jeden, za to dość dotkliwy – ceny. Sam bilet na imprezę to (wraz z booking fee) wydatek rzędu 800zł. Jedna noc na Puntizeli pod namiotem (najtańsza oficjalna opcja noclegu) to 50zł, w lepszych warunkach co najmniej 100. Koszt jednego piwa to 18zł, cena wysoka nawet dla Brytyjczyków. Tyle samo kosztuje najtańsze jedzenie typu hamburger. Niczego zdrowszego w ogóle nie da się zakupić. Na campingu i dalej – w sklepie festiwalowym – koszta jedzenia i alkoholu są niewiele niższe, a od najbliższych „normalnych” sklepów dzielą kilometry. Każda impreza na łodzi to koszt kolejnych 15 funtów + 10% booking fee. Kiedy popłynąłem do wodnego miasteczka na plaży – charakterystycznej dmuchanej wieży do wspinaczki oraz innych tego typu zabawek – również zażądano ode mnie opłaty – 20 kun (12zł) za 20 minut. Za time-table wraz ze smyczą też trzeba było zapłacić 50 kun.

Z pespektywy Polaka do minusów należy zaliczyć też niełatwy i drogi dojazd. Istnieje możliwość dostania się tam samolotem przez Wenecję lub pociągiem przez Budapeszt, obie te opcje są jednak uciążliwe. Najrozsądniejsza jest podróż samochodem.

I jeszcze jedno – pogoda. W tym roku nas nie rozpieściła. Deszcz w piątek dość mocno popsuł beach party, a w sobotę nocną część imprezy. Nie wpłynęło to jednak prawie w ogóle na frekwencję, a po ustaniu opadów miejsce festiwalu bardzo szybko powróciło do pierwotnego stanu. Czwartek i niedziela pod względem pogody były natomiast genialne.

Tak samo jak ciężko było rozpocząć tę relację, tak samo ciężko ją zakończyć. Trudno jakoś trafnie i inteligentnie spuentować to wszystko, co się wydarzyło na tej dalekiej Istrii, ciężko opisać choć część i ciężko zrobić to dokładnie. Generalnie musiałem pominąć jakieś… 80% tego, co zobaczyłem. Żadne słowa tego nie oddadzą. Rozmach tego przedsięwzięcia jest niewyobrażalny. To nie tylko festiwal muzyki i nagłośnienia. To też festiwal nieskrępowanej radości, młodości, wolności, niezależności… Baaardzo bardzo unikalny, zaskakujący, zapadający w pamięć, cholernie hedonistyczny. Taki właśnie jest Outlook.