Kto by pomyślał, że Trójmiejski S.F.I.N.K.S 700 może odzyskać swój dawny blask! Większość już pewnie straciła nadzieje, ponieważ kolejne odsłony kultowego sopockiego miejsca jakoś za wiele szczęścia nie miały.

To co mnie od razu pozytywnie zaskoczyło to mega długa kolejka, która zawijała się między drzewami. Zawsze kolejki przed klubem odstraszają, jednak ten widok był taki jaki zapamiętałam 10 lat temu. Stałam z niecierpliwieniem w oczekiwaniu na wejście do środka, aby oddać się dzikim harcom. Déjà vu, retrospekcja, jak zwał tak zwał, zapowiadał się gorący wieczór. Gorący w przenośni i dosłownie, bo po przekroczeniu progu sfinksa ( nawet ochrona przez tyle lat ta sama wiernie stoi na bramce) dosłownie buchnęło ciepłym powietrzem.

Wchodzących a właściwie zwiedzających (sama sprawdzałam niemalże każdy kąt sfinksowego budynku) witał Daniel Zachodni. Sympatycznie, przyjemnie i porywczo jak na sam początek. Dobry początek jest zapowiedzią jeszcze lepszego zakończenia! Wizualizacje były tak efektowne, że z przyjemnością siedziało się na słynnym podeście na środku „sfina”. Z początku wyglądało to tak jak na projekcji filmowej.

Najgorsze było to, że gorączka zaczęła się robić z lekka upierdliwa. Największym minusem tej imprezy była…sauna. Kiedy Catz n Dogz zaczęli grać, okolice dj’ki były upalnie nie do zniesienia. Za to skraplający się pot z sufitu przypomniał mi stare, dobre imprezy (sprzed ponad 10 lat), kiedy właśnie przy natłoku ludzi atmosfera podgrzewała się do niebotycznych stopni Celsjusza. Ci bardziej przewidujący mieli koszulki na zmianę, więc nie ucierpieli za mocno. Pod koniec imprezy wyglądałam jakby ktoś mnie porządnie oblał kubłem wody, a to nie czas na Śmigus Dyngus.

Sfinks pękał w szwach! Spodziewałam się konkretnej reaktywacji, ale frekwencja chyba przerosła samych organizatorów. Co należy zaliczyć na wielki plus. Catz n Dogz wprawił wszystkich w oszałamiające tańce, nie obeszło się bez zgromadzonych fanek wokół Djki. Kompletnie wszystkich wbili w ziemie numerem Massive Attack „Unfinished sympathy”. Było to mistrzowskie posunięcie i trafione w 10. Publika totalnie oszalała. Nie zabrakło też ich słynnego remiksu Bibio-Lovers Carvings. Chłopaki – „zwierzaki” wyglądali na bardzo zadowolonych z imprezy. Jak cała reszta, jak cały tłum bawiących się na głównej sali w sopockim Sfinksie.

Na drugiej sali, tzw. Fontanie pojawili się Chmara Winter, którzy genialnie wykonali swój utwór „Powidło”. Sympatyczne dźwięki, a przede wszystkim fantastyczny wokal.

Przedostanie się do baru, liczyło się ze stratą dobrych kilkunastu minut imprezy. Przy tak dużej liczbie osób, nie ma co się dziwić, dobrze że alkoholu nie zabrakło! Za to na „fontanie” zabawa przednia, Pol On wprawiał wszystkich w dobry nastrój reprezentowaną przez nich muzyką. Punktem kulminacyjnym ich występu, jak dla mnie, był długo niesłyszany numer Guido Schneider & Andre Galluzzi – Albertino.

Natomiast na dużej scenie urzędował SLG, który energicznie porywał wszystkich do tańca. Nie było mowy o odpoczynku mimo zbliżającej się godziny piątej – wciąż chętnych na parkiecie nie brakowało.

Bądź co bądź należą się gratulacje dla klubu S.F.I.N.K.S 700 za godne powstanie po dość długim czasie muzycznego uśpienia. Impreza z pewnością u wielu pozostanie na długo w pamięci i mam też na myśli artystów występujących na scenie tego legendarnego trójmiejskiego miejsca. Takich emocji od dawno nie widziałam w Sfinksie, więc tym bardziej z radością będę powracać do tego miejsca. A jak się okazuje to dopiero początek kapitalnych bookingów. Przypominamy 30 października Extrawelt!