Lubię raczkujące festiwale, szczególnie te, które oprócz miejsca kuszą także muzycznie, czuć w nich jeszcze ten posmak czystej nieskrępowanej radości z samego powstania, egzystowania na mapie festiwali. Nie wszystko jest idealne, bo wiadomo, że kto raczkuje ten czasami upada. Na szczęście bezboleśnie, bo pupa miękka, a zalet mnóstwo. Zapraszam do lektury, dlaczego za rok warto być w Tychach.

Po drugiej stronie tunelu

Każdy, kto odnalazł się po drugiej stronie nie tak łatwo dostępnego tunelu, od razu dostrzegł potencjał i świetny klimat miejsca, które kontrastowało z tym, co jeszcze paręset metrów wcześniej mogliśmy widzieć. Las, sporo wolnego miejsca wokół i opustoszałe budynki które oprócz tradycji przyciągały i inspirowały, a ich ściany uśmiechały się widząc, że znów na nowo tętni tu życie i to jak kolorowe życie.
 
Wejście na  teren festiwalu było dobrze widoczne,  z samym wejściem nie było żadnego problemu, raz że obsługa festiwalu bardzo dobrze wywiązywała się z swoich obowiązków, dwa że i tłumów nie było, jednak nawet, gdy za rok się zjawią to i tak nie będą cierpieć w kolejce, tylko oddadzą się urokowi miejsca. Sam teren festiwalu był przejrzyście urządzony, w każdym miejscu gdzie się znaleźliśmy było coś, co przykuwało uwagę naszego czasem mniej, czasem bardziej wyostrzonego wzroku.

Scena główna podawała nam rękę na dzień dobry i nie chciała nas z tego uścisku wypuścić aż do momentu, kiedy to w późnych godzinach nocnych podziękowała za to serdeczne przywitanie. A my…a my udaliśmy się dalej w głąb festiwalowego „miasteczka”. Tu kusiły nas smakiem, choć trochę zniechęcały ceną pyszne dania serwowane w ciekawie pomyślanym miejscu. Za rogiem, u stóp baszty można było napić się różnych trunków. Tuż za strefą gastronomiczną znajdowały się kolejne dwie sceny(jedna była otwarta tylko w 2-gi dzień festiwalu). Klub Tokarnia, który na te dwa dni posłużył dzielnie oferując w swych kątach klubowe doznania – toaletę, miękki dotyk sof, pokręconą muzykę, szatnie, i bar, który cieszył się powodzeniem z uwagi na trwające w tym czasie Piłkarskie Euro.
 
Warehouse to z kolei mroczniejsza strona festiwalu, surowe wnętrze, które tylko osładzała nam muzyka, uchodząca rozchylonymi do oporu drzwiami. Warto także wspomnieć o bajorku i ciekawie urządzonym miejscu chill. Liczyłbym za rok na połączenie tych dwóch miejsc w jedną strefę relaksu. Jeśli mowa o relaksie, to nie można zapomnieć o wprost fantastycznej atmosferze, jaka panowała na terenie festiwalu. Bardzo pozytywnie do siebie nastawieni ludzie, artyści, którzy wtopili się w tłum, ciekawe patenty wykorzystane przez organizatorów. Mi przypadł do gustu zwłaszcza ten z „dymkami” z ulubionym wykonawcą i nie tylko, które były rozdawane na terenie festiwalu. Do tego bańki mydlane pod sceną – wprost sielankowa atmosfera!
 
Muzyka! Muzyka! Muzyka!

Muzycznie festiwal oczywiście nie rozczarował, bo nie mógł rozczarować mając taki line up. Co lepsze to to, że pozytywnie zaskakiwał z taką dawką energii, że momentami zastanawiałem się czy ktoś z góry nas w tym miejscu jeszcze odwiedzi. Dało się zauważyć, że pierwszy dzień festiwalu oferował lżejsze brzmienia, skutecznie roztańczając publikę. Te wszystkie beaty dostarczały i kreowały nam takie osobistości jak np. Pol On, Catz n Dogz czy Mario Basanov & Vidis ft. Jazzu, których wokalistka czarowała nas swym głosem. Później dynamiczniejsze nuty do ręki wzięli Recognition czy SLG, nie pozwalając nam na chwile wytchnienia. Nie pasowały mi tu do końca bardziej łamane i dubstepowe brzmienia, które można było usłyszeć np. w Tokarni. Drugi dzień utrzymał to tempo, zaskakując nas tu i ówdzie. Bueno Bros i potem Kuba Sojka świetnie rozkręcił drugi dzień festiwalu, aż słońce chciało chociaż na chwile oszukać czas i pokłonić się nam trochę później niż zazwyczaj.
 
Gdy nastał późny wieczór, nadeszła Justyna Steczkowska i zaszokowała nas pozytywnie, wstrzeliła się w muzyczną niszę. Wróżę jej duży sukces z tym projektem. Hipnotyzujące brzmienia, czarujący głos, przeplatane z kipiącym bitem i namiętnością Justyny, to mieszanka, która pozostanie nam w głowach na długo. Octave One to żyjąca legenda.  Jak przystało na wirtuozów zagrali lepiej niż oczekiwaliśmy, co nie jest wcale takie oczywiste patrząc w historie innych występów największych arytystów. Charakterystyczny groove niósł nas bardzo wysoko nie pozwalając nawet na chwilę dotknąć rzeczywistości. To jeden z tych występów, które będzie się zawsze mile wspominać.
 
Po takiej porcji energii zastała nas podobna tyle, że podana w inny sposób. Na głównej scenie pojawił się Todd Terje. Od razu oplótł nas swoimi bajecznymi dźwiękami, wskazując tylko jedną drogę wyjścia. Aby do niej dojść trzeba było przejść tanecznym krokiem jego cały występ. Oj, piękna to była droga! Umilali ją nam artyści w Warehouse aż do samego rana. Z bólem serca muszę powiedzieć, że niedane mi było usłyszeć Czubali czy kolektywu Novika & Mr Lex. Na sam koniec warto powiedzieć dwa słowa o nagłośnieniu. Main należycie nagłośniony, choć sprzęt nie grał na pełnie swoich możliwości. W Tokarni nie zawsze wszystko brzmiało dobrze, choć byłem tam najmniej. Warehouse to coś pomiędzy Main a Tokarnią. Generalnie było dobrze.

Wypróbuj mnie za rok

Jestem pełen uznania dla tego, co dane mi było przeżyć przez te dwa jakże ciekawe i godne polecenia dni. Mam nadzieję, że miasto Tychy oraz sponsorzy nie zmarnują potencjału tego festiwalu i miejsca. Liczę na lepszą bazę hostelową, może jakieś specjalne bezpośrednie połączenia środkami komunikacji miejskiej. Co prawda, były gdzie niegdzie pewne drobne uchybienia i drobne incydenty, ale one zawsze w mniejszym czy większym stopniu wpisują się w nawet dobrze rozwinięte festiwale. Festiwal dobrze wkomponował się na mapie polskich eventów. Jest ciekawy, trochę szalony. Według mnie można go śmiało wpisać w śląske menu festiwali.  Tym sposobem dołącza na pierwszą stronę obok Off Festiwal czy Tauron Nowa Muzyka. Do zobaczenia za rok!

Ps. Specjalne podziękowania dla ekipy, z którą spędziłem tam wspólny czas oraz Sinnera.