Drum’n’bass – dużo razy to słowo pewnie pojawi się w takiej relacji, co może okazać się dla mnie mocno kłopotliwe, bo wypadł mi klawisz „b” na klawiaturze i w związku z tym za każdym razem muszę wciskać taki plastikowy guziczek. Hm… no nieważne. Wiele razy słyszeliśmy o tym, jak mocno dramowe melanże dzieją się podczas imprez „Let It Roll”.

Ja nigdy nie miałem okazji tego sprawdzić, gdyż zawsze jest problem by znaleźć czas i fundusze i wyjechać daleko na południe. Dla człowieka z północnej Polski Katowice czy Tarnowskie Góry pachną trochę jak wyprawa do Azji (oczywiście nie chowajcie dla mnie urazy przyjaciele z południa!) W końcu jednak musiałem sprawdzić co mnie omija i za namową zmotoryzowanego kolegi, zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy na Let It Roll.

Miejsce tego eventu czyli „Kopalnia Sztuki” w pewnym rodzaju pochowana w przemysłowych częściach Zabrza było bardzo klimatyczna. Sam fakt, że żaden z trzech taksówkarzy nie wiedział, gdzie ma jechać, sprawiała, że czułem się trochę jakbym jechał na jakiś drumowy rave z lat 90tych. Mroczności dodawał jeszcze wyjątkowy powiew mgły, która tego dnia spowiła bardzo szczelnie Śląsk. Dudniący bas, rozchodzący się w okolicy, jakiś szyb (czynny?) kopalniany, trzy olbrzymie budynki i światło, który padało z latarni, a mogło być krojone jak kisiel nożem – nastrajało na imprezę.

Kolejek około 22 wcale nie uświadczyliśmy, co wcale nie oznaczało też słabej frekwencji, bo o ludzi, także miejscowych (wystarczyło posłuchać), nietrudno się było potknąć. Teren festiwalu trochę wychodził na kopalniane podwórko, warto dodać, że sama Kopalnia Sztuki to raczej nie było kopalnia sensu stircte, tylko po prostu nazwany tak opuszczony (a może i czynny?) budynek z halą, która w moich wizjach służyła do organizowania np… Barbórki?

Budynki górników na pewno widziały, bo na wielu ścianach można było znaleźć napisy, że „Bezpieczeństwo jest najważniejsze” oraz, że „w dniach po wypłacie zaobserwowano spadek przestrzegania BHP”. Powinno się dopisać tam, że „w dniach po Let It Roll” zaobserwowano spadek poziomu basu we krwi.

Do budynku na salę taneczną dostaliśmy się wchodząc kilka pięter po schodach. Następnie w klatki schodowej można było małymi drzwiami wejść do dwóch olbrzymich hal, które były dwiema scenami drum’n’bassowego festiwalu. Osiem kroków w lewo – jedna scena. Osiem krokrw w prawo – druga scena. Pod tym względem mobilność i szukanie odpowiadających Tobie dźwięków było bardzo fajne.

Nieco mniej fajne były toitoie stojące na dworze, bo wychodzenie po rozgrzanych baletach na zewnątrz w połowie listopada to… porównywalna sytuacja do wpadnięcia do Bałtyku po godzinnej kąpieli słonecznej w sierpniu. Co prawda zaraz obok toi-toiów można było ogrzać się w namiocie gastronomicznym, w którym podawano absolutny kulinarny hit (czyżby przysmak Ślązaków?) mianowicie żurek z pieczarkami i parówką. To nie ja jestem tutaj jednak od MasterChefowania, więc szybko kazałem kucharzom oddać fartucha i schodkami do góry z powrotem byłem na imprezie, gdzie najbardziej przypasował mi set DJa Marky z MC Staminą. Taki drum’n’bass to ja lubię! Potańczyć, poskakać – BUJA! A i nie da się ukryć, że bardzo ciekawe wizualizacje na jednej z sal wyświetlane pod sufitem zwracały moją uwagę… Łukaszu – po tym felietonowym wstępniaku teraz Ty – znasz się na tej muzyce jak mało kto:

Łukasz Dolatowski:

Po wejściu na teren imprezy początkowo zakotwiczyliśmy w room 1, gdzie godny support zapewniała formacja One Way (czyli Sensimilia i doc.da.name) – organizatorzy festiwalu, dzięki których pasji i kontaktom polskie Let It Roll po raz kolejny w ogóle doszło do skutku. Dziękujemy. Eliza i Wojtek idealnie nadali tempo przed pierwszym z headlinerów – Delta Heavy (a raczej jego połową). Podniosłe, mocne intro reprezentanta RAM Records podsyciło i tak już gorący nastrój. Słuchałem prawie całego jego seta i był wg. mnie jednym z lepszych na tym festiwalu. Pamiętam że ładnie wplótł w którymś momencie „Hometown Glory” High Contrasta i T”ake You Higher” Wilkinsona. Niewątpliwie minusem na tym etapie zabawy na parkiecie 1 był fakt, że było za cicho! Sam zamysł zwiększania natężenia dźwięku liniowo (pod koniec było prawie w porządku :-)) był dobry, natomiast chyba zaczęto od zbyt niskiego pułapu.

W roomie 2 nagłośnienie też z butów nie wysadzało. Miało też inne mankamenty – osoby, które większość imprezy spędziły na tym parkiecie przez długi czas uskarżały się na nieprzyjemne trzeszczenie w uszach. Room 2 miał być z założenia bardziej mroczny, zarówno wizualnie, jak i muzycznie. O ile na pierwszej scenie uświadczyć można było przyjemnej gry świateł na sklepieniu i kilkudziesięciu świetlówek/neonówek(?) o tyle tutaj było tylko kilka świateł. Początkowo zachodziłem na room 2 wiele razy, żeby posłuchać Enei – reprezentanta naszych wschodnich sąsiadów. Niestety dla mnie bez rewelacji – bardzo monotonnie. Częstotliwość wędrowania pomiędzy scenami zwiększyła się, gdy zastąpił go Micha z Black Sun Empire (naszym zdaniem najlepszy z formacji). Neurofunkowe brzmienia i specyficzne aranże dały mu w moim mniemaniu tytuł numeru jeden na mrocznej scenie tej nocy.

Na parkiecie pierwszym chwilę później występ rozpoczynali kolejni headlinerzy – Dj Marky i Mc Stamina. Marky zagrał rewelacyjnego seta, oboje artyści bardzo fajnie integrowali się z publicznością, natomiast Stamina przez długą część swojej działalności na scenie był niezbyt widoczny (zarówno dosłownie, jak i w przenośni). Marky zaprezentował próbkę swoich unikalnych umiejętności, tj. skratchowanie na odwróconym gramofonie 🙂 Fajna rzecz. Dobrze widzieć Markyego jak zawsze tryskającego energią, pomimo ponad dwudziestu lat za dekami.

Wg. pierwotnych założeń jako kolejny miał zagrać Wilkinson, młoda krew RAM Records, który jednak zachorował i nie dojechał. Zostało to niestety ogłoszone dopiero w momencie wejście na festiwal. Nie ukrywam, że jego najbardziej chciałem zobaczyć, już po raz drugi z rzędu mi się nie udało.

Michał:

Raz Łukasz pojechał posłuchać go do Chorwacji – i zachorował. Podczas drogi więc cieszył się bardzo, że Wilkinsona posłucha na polskiej ziemi. I co? Jednym słowem – chłopaki mają chyba jakieś ciemne interesy i Wilkinson po prostu Dolatowskiego się boi…

Łukasz:

Jako godne zastępstwo Wilkinsona zagrał jego rodak – Ed Rush. Niemal wszyscy z którymi na ten temat rozmawiałem są zgodni – to był set imprezy. Set genialny, mocny, niosący wkażdym momencie. Wiele znanych tematów, a jednak podanych w indywidualnym, rushowskim wykonaniu. Ed porwał publiczność i sprawił że praktycznie wszyscy z konkurencyjnego parkietu przenieśli się by go posłuchać. Ten set zjednoczył wszystkich obecnych w budynku.

W tym samym czasie w roomie 2 dla z niełatwym zadaniem grania dla małej ilości publiczności tuż po BSE mierzył się Gruesome i robił to z powodzeniem. Żałuję, że posłuchałem go tylko przez chwilę, ale niestety – Ed Rush porywał w każdej minucie i trzeba było tam wrócić. Jak to powiedział kolega: „I przyszedł chudy blondynek zaczesany na bok w okularach i pozamiatał parkietem.” Ogromna rzesza fanów została z nim do końca jego występu.

Brak występu Wilkinsona spowodował chyba, że prawie wszyscy artyści postanowili posłużyć się jego trackami. „Heartbeat” i „Take you higher” atakowały zewsząd niczym motywy przewodnie imprezy.

Na mrocznym parkiecie jako ostatni wystąpił Sinusoyda – artysta, który został wyłoniony drogą konkursu. Pokonał ponad 50 dj’ów z całej polski i jury miało niełatwe zadanie, aby wybrać spośród nich finałową trójkę. Poziom setów naprawdę robił wrażenie. W finalnej selekcji Sinusoyda został wybrany przez samego Eda Rusha. Na parkiecie pierwszym w tym czasie o wyciśnięcie ostatnich potów z najwierniejszej części publiki zadbał Bifidus Aktif. Miejsce akcji opuszczałem o 5:55 i muzyka nadal grała.

Michał:

I faktycznie coraz to głośniej, bo kiedy opuszczałem teren imprezy (a nie wytrwałem tak jak Łukasz do 5:55) czekając na taksówkę, drumy dudniły naprawdę daleko i nieporównywalnie dalej niż w momencie, gdy czekaliśmy przed budynkiem o 22:00 paląc przedimprezowe papierosy… A jeżeli chodzi o taksówki to tutaj też historia: taksówkarze nadal nie wiedzieli, że tysiące osób bawią się w Kopalni Sztuki, bo o taksówki przed wejściem trzeba było walczyć jak w Walking Dead o więzienie. Czterdzieści osób i jedna taksówka. „Moja!” „To moja!” „Kłamca”. Ale wspominam to z uśmiechem na ustach – w końcu swoją wywalczyłem 🙂

Łukasz:

To co bardzo mi się w festiwalu podobało, to absolutny brak przypadkowych ludzi. Sami imprezowicze „w temacie”, pozytywni, pełni energii i radości.