Dzisiaj Was zaskoczymy… W dzisiejszych czasach coraz trudniej sprawić, by ktoś zrobił „wow”, ale specjalnie dwa Was publikujemy właśnie teraz… relację z imprezy, która odbyła się na samym początku listopada! Wiemy, że kazaliśmy wam długo czekać na tę relację, ale jest ona na tyle dobra, że czekać warto! (Żartowałem… To było suche.)

Naszym okiem, nasz klubowy świat żyje własnym życiem. Na początku listopada osobiście wybrałem się do Poznania na pewną imprezę, a jako iż postanowiłem wesprzeć tamtejszą kulturę klubową i nie akredytowałem się na melanżyk – to nikt nie spodziewał się od nas relacji. I BAH! Zaskakujemy! Relacja z urodzin klubu SQ i imprezy z Oliverem Koletzkim!

Tego nikt się pewnie nie spodziewał… A zdecydowaliśmy się pierwotnie odpuścić tę reckę, ale jakoż iż w internecie nikt nie pokusił się o relacje z imprezy… To jednak damy. A ja z kolei nie do końca spodziewałem się usłyszeć w najbliższym czasie w Polsce, jednego z najbardziej przeze mnie lubianych i jednocześnie znanych djów. Nie wiem dlaczego, ale jakieś cztery lta temu w Watergate usłyszałem Koletzkiego i od tamtego czasu rozpoczęła się moja „faza” zarówno na jego muzykę, jak i na wytwórnię Stil Vor Talent.

Co prawda czasy były w 2009 roku nieco inne, zreszeni „Talentowcy” w osobach na przykład duetu Aka Aka wydawali wtedy takie ciężary jak „Woody Woodpecker”, a na drugiej osi swój techhouse prezentował czy to David August i Bachert z posiadanymi przeze mnie na winylach „Missophie” czy „Rosemarie”. Trackografia tamtego okresu jest mi bardzo dobrze znana, ale jaki to ma związek z imprezą w Poznaniu – napiszę nieco później. Potem w twórczości Koletzkiego nastąpił związek z Panią Fran (nie mylić z Panią Frau), co zaowocowało śpiewanymi Radio Editami. Zawsze zastanawiałem się, czy Oliver związał się z Franową przed nagraniem płyty, czy po jej nagraniu? To by wiele tłumaczyło, ale dobra tam, do łóżka zaglądał mu nie będę. Zwłaszcza, że „Hypnotized” czy „Arrow and Bow” tudzież „Its pleasure to meet you” to było – nie było przyjemne kawałki i w dodatku lubiane przez moją dziewczynę. A to, że Franowa poza studiem to tak nie za bardzo umie śpiewać udowodniła sama chociażby na festiwalu Bermuda w Berlinie, gdzie nie do końca trafiała z tonacją spitchowaną do tempa. Ale związek trzeba było przez Olivera zaznaczyć w Poznaniu, z perspektywy tych kilkudziesięciu dni pamiętam, że Koletzki wybrał „Hypnotized”, czym oczywiście doprowadził do pisku i krzyku zgromadzoną w SQ publikę ( o tym też później nieco wspomnę). Tak czy siak, czasy się zmieniły, w Stil Vor Talent drugie skrzypce zaczęli grać Nicone z Saschą Braemer, albo świeży narybek HVOB (w tym roku można było posłuchać na Audioriver i też zresztą w SQ). Mimo jednak czasami zbyt delikatnego i houseowego sosu ciągle lubiłem Olivera Koletzkiego, bo jego album Großstadtmärchen 2 trafił na winylu na moją półkę, a muzyczka do głowy. „The Devil In Me” (Niconé & Sascha Braemer Remix) – polecam. A skoro jesteśmy przy Niconie i Breamerze, to i tego sosu w SQ nie mogło zabraknąć, akurat w niezbyt lubianym przeze mnie „Caje”, które jest takie jakby troche… kiczowate. Ale może to dlatego, że kojarzy mi się z Goranem Bregoviciem i Kayah, która (dacie wiarę?) za tych złotych czasów muzyki pop wyśpiewywała ten track tylko w nieco (dajcie wiarę) innej wersji.

Z taką znajomości przekroju muzycznego Niemca pojechałem do Poznania, by po długiej przerwie zobaczyć, co chłopak ma do zaoferowania. A nie ukrywam, że byłem ciekawy, gdyż od pamiętnego 2008 roku kontroluje średnio 8 (jak ja to wyliczyłem?) setów Olivera rocznie. I wiem, czego można się po nim spodziewać – i lubię go za to, że jako jeden z niewielu artystów ma inną twarz na eventach, inną twarz na Time Warp, inną twarz w klubach, a nawet potrafi rozpocząć seta od house`u, którego nie powstydziłałby się składanka Defected z 2003 roku. To po prostu jeden z artystów uniwersalnych, który ma naprawdę szerokie muzyczne horyzonty, chociaż czasami go chyba ponosi… Nie ukrywam, że nowa produkcja i przygoda z czymś dubstepopodobnym jest rysą na szkle. Remiks Koletzkiego do nowego cuda Kellerkinda, czyli numeru „I know” po prostu nie pasuje do jego stylistyki. Ale jeżeli zna się całą biografię jakiegoś artysty, to naprawdę wiele można wybaczyć, albo nie zauważyć. Albo ja jestem jakiś wybredny, bo pod klipem oczywiście można znaleźć niemieckie opinie, że „Fett” – czyli „tłusty” – trzeba znać takie słowa słuchając niemieckich muzyków. Dla mnie on jest raczej dünn, ale cóż.

No i znowu uciekam od głównego punktu, jakim jest relacja z SQ, ale tak to już jest, gdy jedzie się do klubu z oczekiwaniami, z jakąś tam szczątkową wiedzą i oczekiwaniem na muzyczny orgazm. A na urodzinach poznańskiego lokalu było bardzo dobrze, bardzo grubo, bardzo klimatycznie – i nikomu nic zarzucić nie można, bo SQ to przecież nie jest świętej pamięci Krakowska gdzie tynk się odkleja, więc mnogość wystylizowanych panów i pięknych, gotowych na piątkowe baunsy kobiet rzadko pasuje do techno, ale techno było akurat dość mało. Mam wrażenie, że Koletzki w lot to pojął i zaserwował seta, którym nie do końca pozytywnie mnie zaskoczył. Zazwyczaj, studiując te przykładowe osiem setów rocznie – Oliver gra housowo, by przyspieszyć w techno, lub w ogóle gra samo techno, albo same techhousy – w SQ zagrał jednak… wszystko. Kiszu miszu totality.

Czasami łupał ku zdumieniu dam na szpilkach, by zaserwować im wspomniane Hypnotized i czekać na piski, by znowu dorzucić do pieca, by potem wywołać emocje numerem Kölsch – „Opa”, zjechać w (moje ulubione!) podbite basami numery, których groove trzęsie ci wątrobą i oczywiście znowu niech tłum zapiszczy do „Bring Me Home”… A im późniem – tym wolniej i housowo, nie bojąc się już nawet takich lajtów, jak też już wspomniane „Caje”. Ale z drugiej strony pamiętam nad ranem, po bardzo długim secie (za to wielkie brawa!) numer Monkey Safari „Hi Life” (Cheeky Bold Cover), którego wysłuchałem z olbrzymim uśmiechem na twarzy… Wtedy byłem już totalnie zmęczony, więc stąpałem z nóżki na nóżkę, ale z perspektywy miesiąca, gdy pomyślę sobie, że zagrał to Koletzki na imprezie po kilkugodzinnym secie to mam wręcz łezkę w oku i wiem, że po prostu MUSIAŁEM być w SQ tamtej nocy. Byłem. Słyszałem. I nie żałuję. Po prostu od swojego ulubieńca wymaga się chyba więcej, niż może zaoferować. Ale to tylko na plus. Klub na plus – żadnych niemiłych niespodzianek.Urodziny w godnym stylu! To mieli w Poznaniu HVOBy, mieli Koletzkiego – może czas na Kellerkinda? Tak czy siak: do zobaczenia SQ!