16 edycja jednego z największego eventu jakim jest Time Warp – już za nami. Z pewnością datę 27.03.2010 jeszcze długo będą wszyscy wspominali, jako jedno z największych doznań muzycznych tego roku. Tego dnia wszystkie drogi prowadziły do Mannheim… rada dla wszystkich tych, którzy chcieliby zarezerwować  nocleg na przyszły rok –  zróbcie to o wiele szybciej, niż dwa dni przed samym festiwalem ( jak to miało miejsce w moim przypadku). Osobiście polecam pozostać we Frankfurcie (godzinę drogi pociągiem do Mannheim).

 

Nie dość, że bliżej do Cocoon Club, gdzie przedsmak sobotnich wydarzeń prezentowali Sven Väth, Swayzak, Tobi Neuman i Chris Tietjen, to sam klimat tego miasta rekompensował podwojone stawki za hotele. Z przykrością stwierdzam, iż w Mannheim nie odczuwa się podkręconego ciśnienia jaki będzie towarzyszył na Time Warp. Dopiero przed wejściem, na wielkim placu – widok rozbawionych, okrzykujących ludzi, dobiegająca z namiotów muzyka zrobiła wrażenie i zapowiadała prawdziwą muzyczną ucztę.

Przedostanie się na drugą stronę Maimarkthalle, dzięki fantastycznej organizacji, zajmowała dosłownie chwilę. Dobrym pomysłem okazały się vouchery, które nabywało się w kasach. Dzięki temu nie trzeba było chodzić z portfelem wypchanym pełnym „żelastwa”. Dramatu cenowego nie było, ale lepiej odnosić kubki do baru, gdyż traktowano je jako depozyt i dostawało się zwrot 2€. Dostępność wielu obiektów sanitarnych pozwalała uniknąć stania w ogromnych kolejkach za potrzebą. Jeśli ktoś obawiał się, że nie będzie miał gdzie zostawić swoich niepotrzebnych rzeczy, to był w błędzie. Organizatorzy i o tym pomyśleli, więc swoje drogocenne skarby można było zostawić w zamykanych na klucz szafkach. Pomyślano także o zmorzonych nocnym głodem uczestnikach, dla których w specjalnie wydzielonej strefie serwowano posiłki.
 
Na cały TW składały się 5 scen, plus wspomniane wcześniej punkty z jedzeniem i szatnią oraz namiot chill-out. Dla zmęczonych imprezowiczów było to miejsce przystankowe i złapania oddechu przed kolejną muzyczną wycieczką do któregoś z Floor’u. Chill-out. Oprócz lżejszego brzmienia gwarantował nocleg dla strudzonych uczestników. Drzemka w ciągu prawie 20h imprezy z pewnością wielu uraczyła. Jak dla mnie szkoda było przespać choć kilku minut, a emocje związane z pobytem na TW przygasiły wszelkie oznaki zamulenia. Zbyt wiele się działo, a line up był tak wysoko dopracowany, że trudno było się zdecydować kogo warto posłuchać. Na środku Maimarkthalle, po raz kolejny studiując Timetable, z wielkimi dylematami wreszcie podjęłam decyzje. Obecność na wszystkich występach była praktycznie niemożliwa, chyba, że nie przeszkadza Wam latanie między Floor’ami co pół godziny.

Drogą selekcji na rozgrzewkę wybór padł na Turntablerocker, który przywitał mnie całkiem przyjemnym setem. W między czasie na innej scenie pojawiła się Monika Kruse, która moim zdaniem dała rewelacyjny występ. Nie kwestionowany był track Joan Reyees-Shakedown, od którego rozpoczęła swój 3godzinny set. Potem już rozpoczęła się podróż w dźwiękach od Florian Meindl- The Theorem, swój klasyk Latin Lovers, na którym wzniosły się okrzyki chwały skierowane ku Monice. Na scenie obok,  prezentowała się  Ellen Alien, w równie dobrym stylu muzycznym. Jednak na mnie nie zrobiła piorunującego wrażenia.
 
Zaraz po „berlińskiej hipisce” wystąpiła jedna z wielkich gwiazd tego wieczoru, a właściwie weteran niemalże wszystkich edycji Time Warp – Sven Väth, który porwał w rytm swoich brzmień całą publikę. Sam chyba tego napięcia nie wytrzymał i podkręcał roztańczony tłum szalejąc i wygłupiając się zaraz za konsolą. Jak dla mnie zagranie Gaiser-Flashed było mistrzostwem. Sven jak zwykle nie zawiódł. Na koniec grzecznie rozstał się z publicznością zapowiadając Martina Buttrich’a jako następnego i Richie’go Hawtina w nowym projekcie Plastikman.

Długo wyczekiwany Martin Buttrich zaprezentował swój nowy album „Crash Test”, który został bardzo pozytywnie przyjęty. Jak dla mnie cała kompilacja wyśmienita, stworzona z różnych klimatycznych kawałków oprawiona w iście porywającą, niemalże burzliwą atmosferę. Kompletnie popłynęłam wraz z minimalowo-techhousowym nurtem live’actu Buttrich’a. Artysta zaczął spokojnie od Enough love to Hate, a potem już w bardziej żywych basach poprowadził nas w głąb swojego dzieła. Do tej pory czuję przeraźliwy i przenikliwy bas, z lewego głośnika, od którego cała się trzęsłam w rytm muzyki. Muszę przyznać, że poczułam się prawdziwie dopieszczona muzycznie. Szkoda, że godzina tak szybko minęła.
 
Im bliżej występu Plastikman tym zaczęło brakować powietrza na sali. Tłumy jakie zaczęły się schodzić na magiczny występ zapełniły tak całe pomieszczenie, że poczułam się jak w saunie. Nie wszystkim jednak projekt Richi’ego  – alter ego przypadł do gustu. Zbyt długie basy, przeciąganie i trzymanie w napięciu jak przed wybuchem olbrzymiego wulkanu a potem długie nic, wywołały niezadowolenia i rozczarowania na twarzy przybyłych ludzi. Tak szybko jak sala się zapełniała, tak szybko zaczęła pustoszeć. Mimo krytycznych uwag, nie uważam, iż show Plastikman był kompletną klapą. W końcu Richie Hawtin i Plastikman to dwa odbiegające od siebie projekty, więc słuchając jego wcześniejszych albumów można było się takiego występu spodziewać. Choć nie ukrywam, że w pewnych momentach oczekiwałam kiedy Rysiek się rozkręci i będzie można trochę popląsować. Tylko jak dla mnie godzina 8 rano, to trochę za wcześnie, aby serwować tak mocne brzmienie. Brawo za wizualizacje. Mnie się podobało, aż ciekawa jestem jak to będzie wyglądało na Audioriver.
 
Mega pozytywną energię dało się odczuć w tzw. kuli….Co tam się działo…, to chyba przeszło oczekiwanie samego Laurent’a Garnier. W nocy wijąca kolejka, aby dostać się do wnętrza tego ciekawego pomieszczenia sugerowała, że będzie to dobry przystanek całego eventu. Scan X wraz z Larent’em Garnier swoim świetnym live’m od 4 rano rozbawiali publikę. Jednak o godzinie 9.00, gdy słońce przedzierało się przez kulisty, szklany dach, ogrom rąk w górze,  radosne okrzyki ludzi oraz Karotte tańczący na stole, zapamiętam jako jedno z najpiękniejszych wrażeń całego Time Warp. Było to po prostu mistrzostwo świata!!! Laurent trzy razy dziękował publiczności, ale owacji nie było końca i musiał grac dalej. Nie dość, że Garnier był prawdziwym kunsztem to ludzie stworzyli tak niepowtarzalną atmosferę, że chciałoby się aby ten moment trwał wiecznie! Ten fenomenalny artysta, który w czasie swojego ponad 6godzinnego show zagrał mieszankę rożnych stylów muzycznych, miał tyle bisów, że nie pamiętam ile razy zaserwował Man with the red face i Gnanmankoudi. Za każdym razem oszalały tłum ludzi był pod takim wrażeniem, jakby słyszał to po raz pierwszy. Coś niesamowitego! Trzeba było tam być, aby tego doświadczyć!!!! Naprawdę warto było  czekać do samego rana, aby rozkoszować się tą piękną chwilą.

O 11.00 zagrała świetna i szanowana postać Minus Records – Magda. Jednak po 13h imprezy, ciężkie minimalistyczne dźwięki wydawały się męczące. Po chwili zmieniłam scenę, na której Ricardo Villalobos, Marco Corola i Loco Dice rozkręcali imprezę w najlepsze, mimo iż było po 12.00. Do „Świętej Trójcy” dołączył Sven i Dubfire i tak muzyka porwała mnie bez reszty i zginęłam w tłumie na ponad godzinę. Jak usłyszałam Grindhouse normalnie wymiękłam.  Końcówka całego eventu należała do namiotu Chill-out, w którym publika na nowo się przebudziła i ożywiła.

Podsumowując cóż więcej można dodać… trzeba tam być i to przeżyć, żeby zrozumieć całą ideologię jednego z największego festiwalu muzyki technicznej w Niemczech. Kto nie był niech żałuję, ja z pewnością powrócę do Mannheim za rok.