Zastanawiałam się, jaki napisać wstęp, aby nie zabrzmiał dość banalnie. Spojrzałam na swoją zawaloną, kolorową lodówkę, pełną różnorodnych poprzypinanych gadżetów i jedno słowo przyszło mi na myśl – magnes! Choć z moją lodówką impreza Time Warp nie ma nic wspólnego, za to na pewno jest magnesem i każdy zgodnie z prawami, już nie fizyki, ale natury technoturysty wraca co roku w to samo miejsce. Dziwne porównanie, ale coś w tym jest!

 

Niejednokrotnie na łamach Kluboterapii podkreślaliśmy, jak wielkie znaczenie ma ten niemiecki event w historii muzyki elektronicznej. Ci, którzy byli po raz pierwszy, mieli okazję przekonać się o potędze tego wydarzenia. Natomiast Ci, którzy wiernie przybywają każdego roku na to muzyczne przedsięwzięcie, po raz kolejny doświadczyli wielu technicznych wrażeń. Humory wszystkim dopisywały od samego początku wzbicia się w powietrze.

We Frankfurcie prosto po wyjściu z „boeinga” wręcz buchnęło gorącym powietrzem! Mieliśmy chyba więcej szczęścia niż rozumu, gdyż na bilecie imprezowym przejechaliśmy spod lotniska prosto do Mannheim super szybką kolejką pędzącą 200km/h. Pokonanie tego odcinka zajęło nam zaledwie 30 minut. Spotkanie z „kanarami” i powtarzanie „no Dutch”, no English” zadziałało( szybko, darmowo i niech zabrzmi trochę jak z reklamy środków komunikacji (w końcu jesteśmy w Niemczech) – bezpiecznie! Niezwykła podróż tramwajem z polskim motorniczym za kierownicą – bezcenna! A mówią, że Polak za granicą to zwykły (…) Miłe spotkanie z grupą technoturystów w jednym z hoteli, kilka toastów.. i tym sposobem spóźniliśmy się na występ Butch. A przed wielkim napisem Maimarkthalle jak zawsze tłumy, długie kolejki, w tle muzyka i unoszące się ciepłe powietrze.

W tym roku postanowiliśmy nie „biegać” po scenach. Zdecydowaliśmy wysłuchać choć raz od początku do końca wybranych artystów. Żwawo podreptaliśmy na tzw. „floor 4”. Scena ta wyróżniała się od reszty umiejscowioną na środku „klatką”, żeby  nie zabrzmiało dość tandetnie. To właśnie w środku niej, artyści prezentowali swoje umiejętności i w zależności od natężenia basów, sześcian zmieniał swoje wizualizacje. Dla tzw. lost’ów”, a więc tych lekko zagubionych, wielkie napisy na wspomnianej klatce obwieszczały, kto w danym momencie gra. Robiło wrażenie, choć trochę przypominało mekkę Plastikmana. Zawsze bardzo dużo uwagi w swoich relacjach poświęcamy Loco Dice, Ricardo Villalobos, Monika Kruse, Sven Vath, więc tym  razem chcieliśmy odbiec od tradycji. Tegoroczna edycja Time Warp oferowała pełen wachlarz różnorodnych  artystów i na nich postanowiliśmy skupić naszą uwagę. Naszym pierwszym celem był Masomenos. I od tego setu rozpoczęliśmy jedną z najdłuższych imprezowych nocy. Lekko i przyjemnie pogibaliśmy się przy muzyce tego dynamicznego duetu. Towarzystwo już nieźle było rozhuśtane. Nie ma co pisać, Masomenos pokazali na co ich stać. Kto był, to wie o czym mówię… Zremiksowanie oldschoolowego przeboju lat 90-tych Beats International „Dub Just be good to me” nadając mu futurystycznej  elektroniki, było wielką odwagą i wyczynem. Myślę, że Fatboy Slim byłby dumny z tego odświeżenia.

Na scenie 4 zagościł Oliver Koletzki. Jak dla mnie  była to mała przerwa od potężnych basów – co nie oznaczało, że można  było beztrosko odetchnąć. Wśród pompującej mieszanki tech housowej nie zabrakło David’a August – Hamburg is for Lovers, czy Andhim- Extragold. Z wielkich oczekujących przeze mnie artystów był, Live w wykonaniu Barem. Pierwszy zaliczony Live, pierwsze wrażenia, pierwsza pozytywna recenzja. Atmosfera podgrzewała się z każdym uderzeniem bitu.

Zaraz po przedstawicielu wytwórni Hawtina przyszedł czas na Seth Troxler. Po wykonaniu Dj Le Roi – I Get Deep feat Roland Clarkk , gdzie wszyscy zgodnie ze słowami „I  Get  deep” zeszli na dół po to , aby po totalnym podkręceniu Seth’a wyskoczyć w górę, niczym na rockowym koncercie wprawiło mnie w bezkresny, zwariowany nastrój. Cały set oprawiony był mocarnym basem, kwaśnymi połamanymi rytmami i hipnotyzującymi wokalami. Sporo house’owych perełek z wczesnych lat 90tych, jak Robert Owens – I´ll be your friend. Rewelacyjny mix samego artysty WhoMadeWho – Every Minute Alone i równie genialny mix Dinky – Acid my fridge”. Seth Troxler był właściwie taką, żeby się nie obraził „Kinder niespodzianką” i to nie ma nic wspólnego z dziećmi, ale po prostu nie wiadomo było czym tak naprawdę zaskoczy. Czasem było z przytupem, czasem dość deep’owo, żeby nie powiedzieć, że czasem sexy. Tyle wspominaliśmy przed imprezą o Polaku, który dostąpił zaszczytu zagrania na jednej ze scen Time Warp. Miło, że wielki zachód docenił Jacka  Sienkiewicza. I jest mi tym bardziej głupio, że uwikłana w szponach  muzycznej dziczy z hali numer 4, nie wystałam długo na Sienkiewiczu. Jacku Przepraszam! Kilkanaście minut wsłuchiwania się w nutę szefa Recognition sprawiło, że popłynęłam, ale zdecydowanie nie w imprezowym kierunku. Ale to nie znaczy, że w złym. Dumnie mogę stwierdzić, że Jacek pokazał piękne brzmienie muzyki elektronicznej pomieszane z experimentalem (akurat na takie natrafiłam – Lubię to!).

Dźwięki tak idealne, że można zalec w wygodnym fotelu i słuchać, słuchać , słuchać… Chociaż do występu Gaiser’a jeszcze trochę zostało, ekipa Kluboterapii nie może stać w tyle. Ochoczo powróciliśmy do sceny z klatką”, aby być na pierwszym  planie. Pojawił się wielki napis Magda! Nie spodziewałam się rewelacji. Ale, ale.. nasza artystka hermetycznie zamknięta w swoich muzycznych aranżacjach, wreszcie się otworzyła. Mimo powielania utworów m.in Click Box , naprawdę brzmiała zupełnie inaczej. Chyba odczuła presję swoich poprzedników, a może obserwowała, co się dzieje na ”dance floor” nieważne jaki był powód – nie zamulała. Podkręcała basem jak mało kto – takiej Magdy chcemy! Tak jak zaczęły się rockowe” tańce, to w takim stylu powitaliśmy Gaiser! Nie chcę tu używać żargonowego słownictwa, ale Gaiser rozniósł „floor” na części pierwsze. Jeszcze trochę a wszyscy zaczęli by tańczyć – Pogo – no może przesadziłam. Klimat jaki tam panował nie da się przelać na papier wybaczcie! Rozglądając się w pełnej euforii na zgromadzony tłum, każdy trzymając ręce w górze i kiwając głową wyrażał swoje niedowierzanie tego, co się tam działo. Jeden z najbardziej emocjonujących występów  tamtego wieczoru. Gaiser narzucił takie tempo, że choćby się chciało zwolnic, tłum tak napierał, że nie dało rady. Najlepszy Live podczas Time Warp – według mojej skromnej opinii. Jeśli ktoś się mnie spyta – czy był szał macicy? Odpowiem – był. Nie ma co, Gaiser tak dał wszystkim w kość, a właściwie w nogi, że trzeba było odpocząć. Chwila odpoczynku i dźwięki Davida August – Roco Coco dobiegły mnie znowu ze sceny numer cztery. Trzeba było ruszyć swoje szanowne cztery litery i sprawdzić, który z artystów jest u władzy. Nikt inny jak Mathias Kaden. Nawet nie wiem kiedy zrobiło się jasno i scena już nie miała takiego  imprezowego wyglądu jak w nocy. Publika zadowolona, a sam Mathias w skocznym stylu realizował swoje dzieło. Po wielu  latach ciszy, znowu przyjemnie było usłyszeć utwór Marco Carola – Bloody Cash.

I wreszcie nadszedł czas na ostatni wyczekiwany Live tego wieczoru, a właściwe już ranka – Henrik Schwarz. Znany z  deepowych dźwięków zdecydowanie wyszedł poza granicę tego gatunku. Energicznie, dynamicznie to równa się technicznie! Gdyby nie moje zmęczone nogi, to pewnie szalałabym razem z wszystkimi. Obiecuję sobie, że nadrobię zaległości na jego następnym  występie w innym miejscu. Zbliżała się godzina 09.00 czyli pora na „closing” set Laurent Gaurnier, który wystąpił w  projekcie L.B.S. Może nie było „Man with the red face” ani „Gnanmankoudji” grane przez kilkanaście minut jak w zeszłym roku, za to przedstawiciel francuskiej sceny techno zawojował po raz kolejny scenę tzw „kule”. Na dobitkę zagrał drum and base, co sprawiło wielką frajdę jego fanów. Na „trójce” rozgrzewał się Carola. Niezaprzeczalnym faktem jest to, że Marco jest fenomenalnym dj’em. Ale żeby pół godziny czekać, aby dostać się do środka sali, gdzie występował, to już lekka przesada. Myślałam, że tam co najmniej rozdają jakieś nagrody, ale jedyną nagrodą o tej porze w tej hali był sam Marco.  Do tej pory nie rozumiem tych kolejek przed wejściem. Owszem, zagrał jak zwykle – OK bez przesadyzmu, prezentując dużo numerów z nowej płyty. Ale żeby od razu takie poruszenie no chyba, że nie załapałam się na darmowe piwo – wtedy to rozumiem.

Ostatnim artystą, którym chciałabym poświęcić nieco miejsca w tej  relacji to  klubh  Wink. To co zaobserwowałam na początku to zapowiadał się  ciekawy  występ.  Niestety  upał na zewnątrz dość szybko zachęcił mnie do wylegiwania się na słońcu. Time Warp rośnie w siłę… powiem krótko i na temat: Do zobaczenia za rok!