Misja Time Warp stała się kompletna! Po wizytach na niemieckiej i holenderskiej edycji, stwierdziliśmy, że nie będziemy mieli pełnego wizerunku tego eventu, jeśli nie zajrzymy do Mediolanu. A państwo włoskie – uwierzcie – dostarcza entuzjazmu. A już na pewno z jego imprezowej strony!

Głośnych Włochów poznaliśmy już w Manheim, ale dopiero na własnej ziemi są w swoim żywiole. Każda stacja metra, którym poróżowaliśmy do Fiera Rho czyli hali (a właściwie hal) tego wydarzenia, witała nas okrzykami, piskami i gromkim, przeciągającym się w nieskończoność „ooooooo”!

Dobre pół godziny trzeba było poświęcić na odnalezienie się w festiwalowym miasteczku. Ambitne plany w stylu: najpierw słuchamy Ellen Allien, potem Tanzmanna i tak dalej spaliły na panewce. Dlaczego? Bo każda hala, każdy korytarz i każda przestrzeń z początku wydawała nam się drogą nad Morskie Oko. „Ale tutaj wszędzie daleko” stwierdziliśmy około północy, błądząc jak dzieci we mgle z wejścia do wejścia i wiecie co? Gdzieś około godziny 5 zreflektowaliśmy się, że w zasadzie wszystkie sceny, oprócz Carl Coxowo Sven
Vathovej były… do objęcia jednym okiem. No coś niesamowitego.

W zasadzie tysiące osób były skupione na zaledwie jednej dziesiątej całego potencjalnego parkietu hali, które pomieściłyby i osiem scen. Ale i tak już przy czterech mieliśmy spore kłopoty z muzyczną organizacją. Zrezygnowaliśmy więc z podróży i łykania tylko bezsensownych fragmentów setów i muzycznie skupiliśmy się na weteranach, którzy w poprzestawianym line-upie grali nieco inaczej niż planowano.

Ale tutaj specyfika Time Warp – idziesz, patrzysz – o Monika Kruse gra. O Chris Liebing. Tam nie ma djów, których nie znałoby się z twarzy! I któż by nie lubił chociażby z niejednej konsolety płyt miksującego Svena Vatha, który entuzjastycznie został przywitany na swojej scenie. Tysiące osób, oświetlenie tylko migające im po głowach i muzyka! Po wyśmienitym początku Sven trochę nam zmonotonniał i zmieniliśmy lokalizację. Towarzyszyliśmy Loco Diceowi przez całego jego seta, który nie dawał odpocząć mieszkając rasowo podbite basem kawałki z nieco bardziej pompującymi trackami, a nawet motywami techno i electro wstawkami. Różnorodnie, cały czas do przodu!

Potem szybkie przemieszczenie się na Carla Coxa, który… zgodnie zresztą z przewidywaniami nie oszczędzał nikogo, więc z całym szacunkiem dla jego dokonań zmieniliśmy muzyczny kierunek uderzając w lokowaną Monikę Kruse! Specyfiką sceny, na której grała i Monika i Carotte był fakt, że oba stage`y były odwrócone do siebie plecami. Na zmianę słuchaliśmy więc Krusowej oraz Marco Caroli. W pewnym momencie Carola jednak ostro przesadził – nie szło oderwać się tanecznie od parkietu! Był tak przygotowany muzycznie i technicznie i repertuarowo, że został naszym absolutnym numerem JEDEN!

Zdążyliśmy już tylko na chwilę zajrzeć i podpatrzeć Richiego Hawtina, który całkiem, całkiem przyjemny basujący house prezentował na zdecydowanie najlepiej przyozdobionej scenie festiwalu. Chociaż uwierzcie, nie miał dla nas żadnego znaczenia mnożnik stroboskopów czy mappingu (słabego zresztą w stosunku do opisów przedimprezowych), wrażenie robił ogrom hal, morze ludzi, którzy i tak rozpływali się po oceanie powierzchni, moc muzyki i zbiór nazwisk.

I w pewnym momencie rozjechały się ściany, muzyka ucichła, zapaliło się światło… A my ruszyliśmy na oficjalne afterparty, które odbywało się przy słynnym stadionie San Siro. Kilka kilometrów spaceru zabrało z nas siły, ale muzycznie after prezentował się rewelacyjnie! Takie tracki! Taki klimat! Mocno… kontrowersyjny wręcz. Trzy głośniki pośrodku hallu, widok na… tor wyścigów konnych (czynny!) i ciemna, zmęczona atmosfera tańczących ludzi. To nie był klub! Za to śmiało stwierdzamy, że to była chyba najlepsza impreza zorganizowana żadnym wręcz kosztem na której byliśmy. Jako after? Szóstka!


Jeśli ktoś mówi, że wie co to halowy event, a nie był na Time Warp to… nie wie co to halowy event. Halowy. Nie salowy.