Pierwsza odsłona imprezy Urban Vision już za nami. Emocje jeszcze nie opadły, a już warto zacierać ręce na kolejne edycje. Każdy ma swoje wizje, ale sądząc po ostatnim i nadchodzących bookingach wizja miejska się doskonale sprawdzi. Wróżą się nam bowiem przednie imprezy utrzymane na najwyższym, światowym poziomie muzycznym. To przed nami… a co za nami?

 

W ubiegłą sobotę, w dość ciekawym miejscu usytuowanym praktycznie w centrum Poznania – Nowym Pawilonie Gazowni, odbył się pierwszy cykl wizji miejskiej. W głowie mi się nie mogło pomieścić, że taką architekturę, o takich gabarytach można znaleźć w samym sercu Poznania. Jednak wskazówki na mapie nie kłamały i nie opodal starego rynku moim oczom ukazał się okrągły i mieniący się różnymi kolorami budynek. Za sprawdzony GPRS mogły służyć odgłosy dochodzące od tego miejsca. Im bliżej celu, tym potężny bas sam kierował w odpowiednią stronę.

Budynek z gazownią nie ma nic wspólnego, chyba że z ambitnymi elektronicznymi dźwiękami, które ulatniają się z głośników niczym gaz i wywołują ogromną eksplozję masywnych bitów. Nagłośnienie jest o tyle powalające (dosłownie z nóg), że stojąc na tylnich obrzeżach sporej sali odnosi się wrażenie jakby się znajdowało w centrum krateru wulkanicznego. Każde drgnienie jest odczuwalne z potężną siłą uderzeń dźwięków. Nie ma kompletnie mowy, aby jakiekolwiek brzmienie było niedosłyszalne.

W samym centrum pawilonu mieści się wielka sala, wokół której znajdują się bary i miejsca do siedzenia. W dostawionym namiocie, dzięki dmuchawom z ciepłym powietrzem, chłód lutowej nocy zupełnie nie był odczuwalny. Tam też mieściła się scena druga, która spełniała rolę palarni.

Tyle opisu samego miejsca, który mogę w skrócie podsumować – miejscówka oddała cały charakter prezentowanej imprezy. A jeszcze krócej mogę rzec – Absolutna Bomba!

Inaugurację nowego cyklu imprez w Poznaniu pod wspomnianą nazwą Urban Vision rozpoczął Szymon Hollner. Z minuty na minutę przybywało coraz więcej miłośników elektronicznych brzmień sukcesywnie zapełniając przestrzenie „gazowni”. Szymon genialnie rozkręcał zbierającą się pod sceną publiczność. Główna scena znajduje się dosłownie naprzeciw wejścia, więc każdy z wchodzących miał sowite powitanie. W atmosferze mroku i zarazem sporej dawki energii, genialne numery Szymona idealnie wpasowały się w klimat ciemnego pomieszczenia, w którym ludzie entuzjastycznie reagowali na jego muzykę.

A w namiocie, w którym niestety z powodu wyłączenia ogrzewania zimno wkradło się do pomieszczenia, Kuba Sojka dzielnie rozgrzewał zgromadzonych fanów. Na szczęście lekko mroźne powietrze nie wystraszyło publiki, tylko pod wpływem „sojkowych” brzmień, pod małą sceną śmiało stawiano taneczne kroki. Kuba bardziej dynamicznie niż eksperymentalnie porywał w swój muzyczny świat.

Tuż około godziny pierwszej na podium głównej sceny wkroczył Mathias Schaffhauser. Gdy założyciel wytwórni Ware Records na dobre rozgościł się, tłum coraz spieszniej wypełniał każdy centymetr kwadratowy. To nie był zwykły Live, których mamy coraz więcej okazji usłyszeć. Mathias zagrał znakomity, wręcz frapujący koncert. Jego muzyka wzbogacona wokalami dopieszczała muzycznie do takiego stopnia, że można było odpłynąć. Ale to nie wszystko czym uraczył nas w sobotnią noc. Pojawiły się tamburynka, grzechotki…. Właściwie od pierwszych sekund Schaffhauser wprowadził w muzyczną ekstazę. Klimat, jaki panował tam, bardziej przypominał atmosferę podczas sporego artystycznego eventu niż klubowe wydarzenie. Oczywiście słynny i po tylu latach, w dalszym ciągu niepokonany utwór „Hey little girl” zabrzmiał sobotniej nocy, co wywołało niemałą euforię na parkiecie. Atmosfera podsycana była wraz z każdym kolejnym numerem. Niezapomniane wrażenia wytworzyły się podczas jego całego występu, a na podgrzanie klimatu dowalił numerem Coincidance, który wręcz rozpłynął się po całej scenie. Zresztą można by tu wymieniać niemalże całą dyskografię. Nie obyło się bez sporych aplauzów. Mathias zebrał pokaźne owacje, las rąk pojawił się w górze, a zadowolone miny oznaczały tylko jedno – wszyscy zostali wręcz „zagazowani” jego muzyką!

Zaraz po Mathiasie radosny i ucieszony przedstawiciel The Mole zaczął dość dynamicznie kontynuować dzieło stworzone przez swojego poprzednika. Mimo późnej godziny rozpoczęcia swojego setu, miał wierną publikę, która dosłownie szalała na parkiecie. Chyba występy w Polsce mu służą, gdyż jak było widać, czuł się bardzo swobodnie. Ci wytrwali tańczyli pod sceną do późnych godzin nocnych, a właściwie wczesno porannych. Colin de la Plant pałał sporą dawką mocy, co niektórym dość mocno udzieliła się w harcach.

Efektami uzupełniającymi występy artystów były z pewnością wizualizacje przygotowane przez Emiko. Przez cały czas przy wtórze muzyki była wyświetlana projekcja niebanalnych obrazów, które ogólnie dodawały całego animuszu. Nie tylko przyjemnie się słuchało muzyki, ale też oglądało ciekawe ilustracje.

Pierwszą edycję oceniam na piątkę. Myślę, że nikt nie wyszedł z Pawilonu Nowej Gazowni rozczarowany. Ci, co nie byli mają czego żałować. Już niedługo będą mogli odrobić straty!