Szwajcaria, to nie tylko sery, banki czy zegary. Jak się okazuje, to także idealne miejsce na festiwal. Magia Alp, 24 h elektroniki, chęć przeżycia przygody, posłuchania po raz kolejny świetnej muzyki – to wszystko zachęciło nas do spakowania kilka niezbędnych rzeczy (kalosze, peleryny, swetry, kurtki) i udania się w góry.

 

Zawsze przed dużym wydarzeniem muzycznym problemem jest znalezienie zakwaterowania. Miejsc noclegowych w Szwajcarii nie brakuje! Polecamy zatrzymać się w hostelach, które są niedrogie i w cenie noclegu oferują „bus ticket”, który uprawnia do przejazdów, do wszystkich ciekawych miejsc w obrębie miejscowości i to za free. Mimo luksusów jakie proponują potocznie zwane „akademiki” ( nasze, polskie koedukacyjne pokoje ze szwajcarskimi nie mają szans!) na pierwszą noc wybraliśmy  ekskluzywny tzw. namiot. Pomijając deszcze, a w wraz z nim porywający wiatr, który o mało nie zwiał nam namiotu – przetrwaliśmy. Miał być survival, więc był! Dziwne, że deszcz wzmagał się wraz z naszymi śmiechami chichami. Hmm…może nie będziemy zdradzać szczegółów  dalszych wojażowych ekscesów (dla dobra naszego i naszych znajomych), ale nasi towarzysze pewnie wiedzą o co chodzi.
 
Można śmiało napisać, że był to dla nas dość nietypowy trip, gdyż nigdy do tej pory nie mieliśmy przyjemności uczestniczyć w przedsięwzięciu muzycznym, umieszczonym na wysokości kilku tysięcy kilometrów (nie wiemy dokładnie ile, gdyż po kilku pętlach wspinania się w górę straciliśmy rachubę). Byliśmy chyba najmłodszymi uczestnikami techno festiwalu. Pewnie w polskich realiach dziwnie byłoby ujrzeć swoją mamę lub dziadka trzymającego pod pachą namiot, na nogach założone treckingowe buty i tańczącego w rytm setu Svena Vätha… ale taki jest zachód! Jest to niesamowite, że elektronika dociera do wszystkich, bez względu na wiek! Baa…wiek tutaj nie ma granic! A Vision swoją historią sięga wiele lat wstecz! Doświadczeni „techno trip’owcy” rozbijali namioty na wzgórzach otaczających główną scenę, dwa namioty i strefę gastro. Pogoda jak to w górach – zmienna, a niekiedy przerażająca. Było dużo deszczu, dużo błota, wiatru i nawet lekkiego mrozu, ale magia atmosfery pozostawała cały czas taka sama.
 
Przed wejściem spotkaliśmy wielu sympatycznych ludzi, trzeba było wznosić toasty, stąd o ile pamięć mnie nie zawiodła zdążyliśmy dopiero na P. Bell. Jak na początek imprezy, pomimo nieciekawej pogody, rozgrzałam się przy jego muzyce. To chyba był ostatni set „w deszczu” całego eventu, więc nie było tak źle. Na kolana powalił mnie za to The Orb. Panowie oscylowali od dubstepu po tech house, ale wszystko oprawione w klimacie ambientu. Niesamowite połączenie stylów i oprawa wizualna robiła mega wrażenie. Żadna Ich płyta nie wzbudziła we mnie takich emocji jak ich Live Act na Vision. Wystarczyło po prostu zamknąć oczy i dać się porwać na orbitę, z dala od codziennych trosk, aby obserwować naszą kulę ziemską z dystansu. Nie wzruszeni nadchodzącym chłodem zostaliśmy, aby posłuchać Manon – szwajcarskiej dj’ki i producentki. Z wielkim entuzjazmem została odebrana przez publikę. Nie mam w sumie do czego się przyczepić, bo mnie się również podobała. Dostarczyła wszystkim dużą dawkę pozytywnych wibracji. Potem wystąpił duet, który fajnie zagrał. Jednak po jakimś czasie byłam znudzona. Nie wiem, czy to moje znużenie zostało wywołane narastającym zmęczeniem, bólem nóg, czy po prostu przedstawiciele tejże grupy zaczynali przynudzać. W tym czasie zwiedzałam namioty, które pękały w szwach serwując tech-house i minimal przez Kalebrese, Gene de Lose, Ezikiel i innych.
 
Na główną scenę wkroczył Sven Väth, jak zwykle zagrał najdłuższy set całodobowej imprezy. Hmmm… cała tracklista jest doskonale znana, więc  można było trochę odpocząć. W tłumie otoczonym rozbawionych ludzi nie odczuwało się chłodu. Jednak spacerując sobie po alpejskich wzgórzach, mroźne powietrze było odczuwalne. Jak dla nas był to czas, aby skosztować specjału w gastro strefie ( wolę jednak chyba „kontynentalne śniadanie” w hostelu nawet z niespodziankami przy śniadaniu). W specjalnym namiocie „chai tent” można było napić się gorącej herbaty. Jeśli nikomu nie przeszkadzało, przespać się chwilkę na workach rozłożonych na błocie.. to proszę bardzo. Brzmi to dość abstrakcyjnie, ale miało to swój urok. I wierzcie mi, że nikt nie zwracał uwagi na ubrudzone czyjeś spodnie. Chwila drzemki „w błocie” wystarczyła, żeby dalej ruszyć po muzyczną przygodę. Z trudem przebiliśmy się pod scenę dużego namiotu, aby posłuchać Ricardo Villalobosa. I tak jak szybko  zakładaliśmy bluzy, kurtki i szaliki przed wyjściem z „herbaciarni”, tak szybko się rozbieraliśmy. Ricardo z uśmiechem, wychill’owany rozbawiał publikę do czerwoności. Pewnie, że dobrze zagrał, ale ile można słuchać Butch – No worries. Mija prawie 12godzina imprezy –  jak długo dam rade  chodzić w kaloszach?! Na szczęście na zewnątrz rozpalono ogniska i na pociętych belkach można było odpocząć. Oczywiście znowu się Wam to wyda nieprawdopodobne, bo co jest takiego  fajnego w siedzeniu na desce szerokości 15cm w błocie, gdy temperatura powietrza wynosi nie więcej niż 3stopnie, a nogi odmawiają posłuszeństwa??!! Na pewno się powtórzę, ale to magiczne miejsce i klimat działa na wszystkich, a wszelkie odczuwalne dolegliwości odchodzą szybko w zapomnienie.
 
Tak rozmawiając, śpiąc na przemian, podrygując co chwile doczekaliśmy pierwszych promyków słońca. Do końca setu Svena została godzina, czas się wreszcie rozruszać. Nigdy nie zapomnę tego widoku wstającego słońca, które powoli odkrywało górskie szczyty oraz budzącej się do życia przyrody. Nie da się tego opisać, tak samo tego, co zrobił Sven w swojej ostatniej godzinie za dekami. Dość obojętnie podchodziłam do jego występów, tak teraz mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Już nie pamiętam, kiedy tak się wyszalałam. Zgodzę się z wszystkimi – to na pewno zasługa szefa Cocoon, że słońce jednak dało się namówić na wyjście z ukrycia! Väth w swoim żywiole fenomenalnie podkręcał atmosferę. Nabrałam mocy, aby przez kolejne 8 godzin „tańcować”. Słuchając jego remiksu Martina Buttricha można było unieść się w obłoki prosto do słońca przedzierającego się przed szczyty gór. Wszyscy nie mogli uwierzyć, że pomimo złych rokowań pogodowych zaczyna się ocieplać, a niebo nasycone jest pięknym błękitnym kolorem. Od tej pory pozostałe dwa namioty pustoszały z upływem czasu. To co gwarantowała główna scena na świeżym powietrzu, zarówno pod względem muzyki jak i baśniowego otoczenia, nie równało się chyba z żadnym klimatem panującym w zamkniętym pomieszczeniu. Elektronika ma swój unikatowy wymiar w otoczeniu Alp – wymiar metafizyczny, magiczny! Na żadnym innym festiwalu tego nie doświadczycie! Pierwszy raz usłyszałam pana o imieniu Styro2000, który „z przytupem” zagrał swój set.
 
Wreszcie przyszedł moment, na który czekałam bardzo długo. Tuż obok swój sprzęt rozkładał Pantha du Prince! Idealnie pasował do bajkowej scenerii z swoimi experymentalnymi dźwiękami. Prawdziwy majstersztyk. Wyglądał jak czarodziej, który za pomocą swoich elektronicznych brzmień wprowadzał w swój  świat. Wykonanie Lay In a Shimmer, The Splendour sprawiło, że momentami czułam się jak „Alicja w Krainie Czarów”. Ostatnie godziny alpejskiego festiwalu należały do rewelacyjnego Richie’go Hawtin’a. A co jakiś czas pokazywał się Sven, który zdecydował się w końcu przeskoczyć przez barierki do publiczności. Zrobił się ogromny tłok i oblężenie wokół artysty, gdyż każdy chciał zrobić sobie zdjęcie z Väth’em.  Po raz pierwszy na żywo byliśmy świadkami występu  Richie back2back Magda. Podobno Magda  miała problem ze sprzętem. Piękna pogoda wypędziła wszystkich z dusznych pomieszczeń i podejrzewamy, że nie widziała sensu grać dla 5 osób. I słusznie! Atmosfera panująca przed sceną była wręcz nieziemska. Było gorąco już nie tylko z powodu panującej atmosfery, ale z powodu wysokiej temperatury powietrza.
 
Może i niektórych z Was przeraził charakter imprezy, dla nas to była niekonwencjonalna podróż śladami szwajcarskich baśni, oprawionych  w piękną muzyczną okładkę. Podkreślę, że żaden inny festiwal, nawet Time Warp czy Love Family Park nie zapewni Wam tak niesamowitych doznań jak Vision Open Air Festival. Vision, to więcej niż festiwal z rewelacyjnym line up’em. To miejsce, gdzie na skraju wzgórza, czy przy ognisku można zagłębić się w świat mistycyzmu. Widoki zapierają dech w piersiach, a w tle słysząc swoich ulubionych artystów można się nieźle zapomnieć. Z pewnością za rok Szwajcaria stanie się dla nas muzycznym przystankiem i wpisana zostanie do kalendarza jako obowiązkowy festiwal elektroniczny.
 
 P.S.  Do rozpoczęcia naszej kolejnej audycji Kluboterapii jeszcze trochę zostało, a reszta naszego „surivalowego” towarzystwa koniecznie chciała, aby ich pozdrowić… a to niech mają – Pozdrawiamy Rafała C. i Marcina J.:)