Angielska publiczność na pewno nie bawi się tak samo jak ta berlińska, a  co za tym idzie na imprezach nie ma też takiego klimatu jak w stolicy naszych zachodnich sąsiadów czy w  Amsterdamie. Takie opinie można najczęściej usłyszeć od większości osób, z którymi do tej pory rozmawiałem na temat muzycznych wydarzeń w Wielkiej Brytanii.

 

Tak to już jest, że dopóki człowiek sam czegoś nie doświadczy na własnej skórze, to tak naprawdę nie przekona się jak jest naprawdę. W moim przypadku inaczej nie było.Dlatego też postanowiłem osobiście sprawdzić jak wyglądają imprezy w angielskich klubach. Na swój cel nie wybrałem ciekawego miejsca w dawnej stolicy „clubingu” – czyli Londynu. Zrobiłem jeszcze bardziej przewrotnie i wybrałem się do Szkocji, gdzie w centrum Glasgow odbyła się urodzinowa impreza Pressure.

Cykl imprez, który od 1996 roku na stałe zapisał się piątkowe (raz w miesiącu) wieczory w klubie The Arches pod czujnym okiem Slama, w ostatni weekend października obchodził swoje trzynaste urodziny. Podczas tego wieczoru na trzech scenach zagrali Vitalic (live), Chris Liebing, Radio Slave, Sebo K, Surgeneon oraz The Black Dog. W klubie taki line up? A jednak!

Szkocja słynie nie tylko z dobrych line upów (patrz wyżej), ale także z „dołującej” pogody, która i tym razem przywitała mnie niestety obfitym deszczem, który trochę utrudniał zwiedzanie miasta. No, ale dobrze, to ma być przcież relacja z imprezy, a nie przewodnik turystyczny, więc odpuścimy sobie szczegóły topograficzne.

Klub Arches, w którym odbyła się impreza mieści się dosłownie 200 metrów o stacji kolejowej. Z dotarciem na miejsce nie było absolutnie żadnego problemu. Natomiast przed wejściem zobaczyłem ogromną kolejkę do wejścia. Nie ukrywam, że trochę mnie to przeraziło. Na zegarze 23:00 a do wejścia jeszcze trochę czasu. Na szczęście wszystko przebiegło bez zbędnego czekania. Po krótkim dostaniu się do klubu zobaczyłem surowe wnętrze, które w Polsce można zobaczyć np. klubach CSG w Gdańsku albo 1500 m2 w Warszawie. Dla mnie absolutna bomba!

 Świetne miejsce, pozytywnie nastawieni ludzie, a jak muzyka? Rozmieszczeni na trzech scenach artyści zaczęli swoje sety. Na pierwszej z nich swoje muzyczne możliwości prezentuje Radio Slave, którego jestem ogromnym fanem. Artysta bardzo spokojnie rozkręca zbierającą się pod sceną publiczność. Umiejscowiona w przejściu między barem a sceną główną pomimo dobrych brzmień serwowanych artystę chyba najmniej jest klimatyczna. Z jednej strony ludzie przechodzą, z drugiej idą oddać kurtkę do szatni. Nie wiem jak innym, ale mi trochę to przeszkadzało.Dlatego też udaję się do drugiego pomieszczenia, gdzie właśnie grają panowie z The Black Dog.

Angielscy producenci sprawili niemałą frajdę miłośnikom dobrej elektroniki. Ich mroczne, techniczne numery idealnie wpasowały się w klimat ciemnego, zadymionego pomieszczenia, w którym ludzie entuzjastycznie reagowali na ich muzykę. Przy okazji odsyłam do ostatniego albumu The Black Dog, który oddaje ich granie na żywo. Podczas tej nocy dało się usłyszeć kila numerów z nowego krążka.

Wydawało mi się, że nic mnie nie zaskoczy. Jednak idąc do ostatniej sali zobaczyłem tak naprawdę klimat tej imprezy! Na scenie kończył swój set Slam, który tylko narobił smaku przed gwiazdą tej nocy Vitaliciem, który za pięć minut zagrał na największej scenie i najbardziej oświetlonej, nagłośnionej i jednocześnie najbardziej zaludnionej.

Wizualizacje, światła oraz znakomite (dosłownie bez przesady i cukrowania) nagłośnienie (lepszego w innym klubie nie słyszałem) idealnie współgrały muzyką wydobywającą się z głośników.

Klimat jaki panował tutaj bardziej przypominał atmosferę podczas eventu niż klubowego wydarzenie. W końcu to urodziny, więc jak szaleć,to na całego. Tak też się stało! Swojego liv’a rozpoczął Vitalic, który od pierwszych sekund wprowadził muzyczną ekstazę wszystkich zgromadzonych. Oklaskom, piską, gwizdom (pozytywnym) nie było końca. Dawno nie wiedziałem takiej atmosfery podczas występu kogokolwiek. Podczas godzinnego występu artysta zagrał takie numery jak: „My Friend Dario”, „Anatoles”, „One Above One”, „Second Lives”. Jednak największa wrzawa nastąpiła gdy Vitalic sięgnął po swoje klasyki „No Fun” czy „La Rock”. To co się działo podczas tych numerów przeszło chyba moje najśmielsze oczekiwania. Jeszcze trochę a by zabrakło sufitu, gdyż ludzie skakali i może to głupie co napiszę … ale bardzo wysoko.

Godzinny live upłynął tak szybko, że publika domagała się więcej, ale niestety nie udało się „wyprosić” bisu. Ogromna szkoda, bo kolejna okazja na posłuchanie włoskiego DJ-a oraz producenta nie tak szybko może się natrafić. Na moim zegarku wybiła godzina 2. Czas więc wreszcie uzupełnić płyny. Minęły dopiero trzy godziny, a ja czuje się jak po długim maratonie na festiwalu.

Na pozostałych scenach w tym czasie grali Sebo K oraz Surgeon. W związku z tym, że zostało mi mało czasu musiałem podarować sobie słuchanie tych panów, gdyż moje oczy i uszy skierowane były w kierunku Chrisa Liebienga, który zagrał zaraz po Vitalicu.

Uśmiechnięty od ucha do ucha artysta został niemniej entuzjastycznie przyjęty. Jego dwugodzinny set, „dopieszczony” również interesującą oprawą wizualną zachęcił do dalszego celebrowania. Jego „pompujące” brzmienia nie pozwoliły nikomu na chwilę odpoczynku. Liebienga miałem okazje posłuchać wcześniej, ale to co zrobił tutaj zaskoczyło by wszystkich tych, którzy wielokrotnie go słyszeli. Znakomity set i tyle! Reakcje publiczności docenił sam artysta, który po otrzymanych oklaskach od wszystkich zgromadzonych przedłużył swoj seta o … 10 minut.

I tak w bardzo szybki sposób o 4:10 nad ranem zakończyła się urodzinowa siesta w klubie The Arches. Dla wielu mieszkających w Szkocji jest już normą, że imprezy kończą się tak szybko. Dla mnie to była nowość, która nie do końca mi się podoba. Klub wypełniony po brzegi, obroty za barem, wczesna godzina i nagle koniec. Ajj ogromna, ogromna szkoda. Do dziś pozostaje mi mały niedosyt. Nie zmienia to faktu, że ten wieczór mogę zaliczyć do jednych z lepszych na jakich miałem okazje ostatnio być. Jeżeli będziecie w okolicy, to bez zastanowienia wpadajcie do The Arches. Może zabrzmiało, to jak tanie hasło reklamowe, ale co ja poradzę na to, że było ZAJEBIŚCIE!