Wiecie po co są relacje i recenzje? My chyba nie wiemy, ale zdaje nam się, że po to, by inni poznali subiektywne zdanie opisującego i znaleźli odpowiedź na pytanie: warto czy nie warto coś zobaczyć, gdzieś zaimprezować czy w naszym przypadku coś poczytać. Choć teraz ni z tego ni z owego przypomniał mi się przypadek, kiedy agencja promocyjna się na nas obraziła, bo jako jedyni z czterdziestu ośmiu portali wytknęliśmy jej karygodne błędy organizacyjne.

Wszyscy inni dziennikarze bawili się świetnie… Dziwne? Stojąc więc jak zawsze na straży moralności i obyczajowości klubowego świata walimy prosto z mostu i już na dzień dobry – cieszymy się, że przeczytaliśmy książkę „Zagubieni w dźwięku” Tobiasa Rappa i uważamy, że każdy klubowicz powinien ją sobie poczytać. Jeśli jest zaangażowany, uważa, że clubbing to coś więcej niż tylko dragi i alkohol i przede wszystkim utożsamia się chociaż z samą kulturą i jej historią. Bo opisywany na łamach książki Berlin jest zdecydowanie kawałkiem naszej klubowej historii. I być może opowieść o wszystkim i niczym bez konkretnej fabuły spodobała się nam dlatego, że w kilku opisywanych miejscach byliśmy osobiście, ale bardziej prawdopodobne jest to, że historia miasta, w którym kluby odegrały znaczącą rolę jest trochę dla nas Polaków… utopijna. A jak się okazuje to w Berlinie powstało kiedyś stanowisko w radzie miasta (jakkolwiek się ona nie nazywa) osoby odpowiedzialnej za clubbing, to z tej książki dowiadujemy się, że techno w jakiś sposób ze swoją społecznością może być nawet polityczne.

Gdzieś wyczytujemy, że życie dja jest bardzo trudne i to do tego stopnia, że co jakiś czas grajkowie przechodzą transfuzję krwi, a potem znowu mogą ćpać i imprezować noce i dnie… Ciekawa jest także koncepcja, że klubowy Berlin rozwinął się dzięki tanim liniom lotniczym. I tak dalej i tak dalej… Kilka rzeczy naprawdę może zainteresować. Serio. Najogólniej rzecz ujmując, „Berlin. Techno. I technoturyści” to zbitek opowiadań, półwywiadów i relacji z kilku statutowych miejsc Berlina. Możecie więc zakotwiczyć na chwilę w klubie Watergate, w Bar25, Berhain czy Panorama Bar. I to nieważne, czy te kluby istnieją czy nie. Możecie na chwilę porozmawiać z Ricardo Villalobosem czy dowiedzieć się, że Pantha Du Prince kiedyś założył szalik bo mu było zimno. A w weekend wszyscy w takich szalikach przyszli do klubu. Możecie też poznać postacie, które tworzyły klubu i ich nierealne historyjki o nielegalnych imprezach w bankach, które trwały po 7 minut… Ale to wszystko obrośnięte jest jakąś magiczną otoczką i historią, nawet rzec by można aureolą. Ja uśmiechałem się pobłażliwie czytając jakieś bzdury o narkotykach, błogostanach po euforii czy o tym, że dj ten i ten grając tu i tu ma nieskrępowaną wolność, która pozwala mu rozwijać wcześniej nie poznane ble ble horyzonty. Ale naprawdę – o dziwo – to nie o to tutaj chodzi. We wszystkim jest jakaś legenda, a ja milion razy powtarzałem słowa Marka Hłaski, że „nie liczy się prawda, tylko siła opowiadania”. A Berlin jest legendą, a berlińscy dje legendami.

To przypomina ta właśnie książka, która nakręca czytelnika, by poszukał taniego lotu I po raz pierwszy (albo po raz któryś) “zjednoczył się ze światem I poczuł błogostan” jaki może dawać muzyka odbierana nie przez pojedynczą jednostkę, ale całą społeczność. Choćby była ona najbardziej babelowa na świecie. Przeczytałem tę książkę podczas podróży na Dimensions Festival. Czytałem w niej o Dixonie, Efdeminie czy Pantha Du Prince – których kilkadziesiąt godzin później usłyszałem na żywo. I byłem dumny, że taką książkę przy sobie mam i poczułem się wtedy fragmentem społeczności. Tym inteligentniejszym. Bardziej zorientowanym. Który chce znać historię tej muzyki, która nie przyszła do nas w 2009 i nie odejdzie w 2014. Owszem. Jestem technoturystą.