Ilu już znajomych pisało mi w ostatnich tygodniach, że ma depresję? Ośmiu, dziewięciu?
Znam ich na tyle, by się problemem nie przejmować i zrzucić to na kark stycznia. Bo też w styczniu czuję się kiepsko. Nie dość, że zimno, ciemno, psia kupa spod brudnego śniegu wystaje, to jeszcze w głowie pytania o sens życia i ogólnomiastowe zmęczenie. Podobno ostatnio (w sobotę!) zamknęli w mojej okolicy jeden klub o 24:00, bo było osiem osób. A normalnie hulają do 5 i jeszcze wyganiają kijem najbardziej opornych.
W takiej atmosferze jadę do Poznania. Chcę się rozerwać. Zapomnieć. Najeść dobrych rzeczy w hipsterskich knajpach, skosztować cieciorki, zagryźć jarmużem, popić lemoniadą z jarzębiny, wypić osiem piw w ośmiu knajpach dookoła rynku i pójść na dobrą, techniczną imprezę.
Wybór pada na SQ. Nigdy nie zawiodłem się na tym lokalu. Fakt, że wpadam tam raz na pół roku / raz na rok, tylko na artystę, który mnie interesuje. Odpowiada mi jednak klimat, wystrój, trochę lansu i bansu, ale tak nie za dużo. So so. Fyfty fyfty. Zaletą tego klubu jest też to, że znajduje się na poziomie powiedzmy -2 i żeby się do niego dostać, trzeba przejść przez piętro -1. A tam jest dyskoteka i jak słyszysz Pitbulla to masz w głowie „o matko, matko, szybko zbiegnijmy na -2 i schowajmy się na wieki na SQowym parkiecie”.
Niestety tym razem, w ten piątek, w którym odwiedziłem Poznań, nie było się gdzie schować. Tliła się w oczkach nadzieja, że zaraz się wszystko rozkręci, bo jednak Dapayk może się pochwalić, że teoretycznie jest ze Stil Vor Talent od tego Koletzkiego, co w SQ raz gra techno, a raz puszcza melodyjki od Franowej. Czyli, że Dapayk to dobrze. Dobre referencje. I co chwilę gra w Watergate i Ritter Butzke i kręci gałkami jak Master Chef łyżką w cieście.
Sączę sobie bez kolejki. Czekam(y). I przepraszam się w myślach za te wszystkie złe słowa, kiedy narzekałem na kolejki do baru, kolejki do szatni, kolejki do toalety, kolejki na schodach i brak miejsca na parkiecie i brak miejsca przy kanapie. Kolejek tego dnia nie było.
Z opóźnieniem zaczyna grać An On Bast, która zastąpiła nagle nieobecnego Piotra Bejnara. Dawno Bejnara nie słuchałem, ale „Bastowa” dała radę. Rozumiała też ideę „warm-upu”, bo kiedy za gałkami pojawił się Dapayk, można było odczuć różnicę. Słodko nie było. Głośno, mocniej, szybciej. Nieco inaczej niż podczas nagrywanych przez niego i wrzucanych do sieci filmów. Festiwalowo grał. Wszystko pasowało. Rozkręcał też te swoje gałki. No i grał z gałek, a nie z płyt cd, włóż jedną tu, a drugą tam. W dobrych klubach moim zdaniem powinny być grane tylko live’y. To esencja tej muzyki. I nie jest ci przykro, że nie znałeś żadnego numeru, bo to przecież live.
Tylko w tej całej beczce miodu zanurzyła się ta łyżka dziegciu. Klub SQ jest w stanie pomieścić więcej osób. Jak dobrze Dapayk by nie zagrał, jak bardzo by mi się nie podobało, to ciężko o klimat, kiedy nie czujesz się ziarenkiem piasku na plaży parkietu. Ja się muszę zgubić! W ludziach, w kolejce, w dźwiękach i myślach. Nie mogłem się zagubić w dźwięku, choć kilka osób obok mnie udawało trochę nachalnie, że to ich impreza życia (mówią: „Z pustego i Solomun nie naleje”), ale to nie była impreza życia. Dlatego w tym miejscu kończę i kupuję bilety na Kollektiv Turmstrasse w marcu w SQ. Styczniowa depresja wszystkim minie, dzień będzie dłuższy, duet powie „przepraszamy, jesteśmy spóźnieni” i będzie orgazm. Na pewno.
P.S. W kebabie było sześć osób. W Poznaniu z nocy z piątku na sobotę. Wiem, że kebab jest teraz passe, ale bez przesady! Moje styczniowe hipotezy zamieniły się w tezy.