Laptop w piątek zamknięty po robocie, spóźniony wpadam do autobusu, korek na moście, na dworzec na ostatnią chwilę, ale się udało.

PKP Poznań Główny 19:26. Pierwszy prawdziwie wiosenny piątek. Rynek w Poznaniu pęka w szwach. Stoliki, drinki, jedzenie, picie, gwar, hałas, tłumy obcokrajowców. Tak sobie pomyślałem, że taki city break w Poznaniu to dla Niepoznaniaka może być nawet atrakcja. Jest co robić. Wchodzę do hostelu i na recepcji daję dowód.

– Wy pewnie na Półmaraton Poznański?
– Yyy… (I co mam odpowiedzieć? Że to bieg na „melanż”?)

Wchodzę do pokoju, otwieram okno, słyszę gwar z rynku i dwóch gości, co kłócą się pod Żabką, które akurat w Poznaniu powinny mieć napis: „Mały, wielki pub”.

– Chodź idziemy do Czekolady.
(ok, niech sobię idą, co mnie to?)
– Niee… Do Czekolady nie. Chodź do SQ.
(proszę jaki awans! nie wiem czy to dobrze czy źle)
– Niee… Choć idziemy do Pijalni Wódki i Piwa i tyle.
– Dobra, tam najlepiej.
(proszę jaka parabola… jestem pod wrażeniem. „Chciałem posłuchać Davida Guettę, ale jednak wybrałem Kollektiv Turmatrasse, ale w sumie Zenon Martyniuk jest the best”).

Koniec historii z Poznania. Jest 2:00. Jesteśmy w SQ. Kollektiv Turmstrasse jeszcze na miejscu nie ma, ale (brawo!) na stronie wydarzenia pojawia się informacja o opóźnionym locie KT. Taka komunikacja nam się podoba, bo nie musimy robić zgaduj zgaduli co się stało. Myślimy więc, że co jak co, ale gdyby zagrali „Sorry I’m late” na dzień dobry, to potraktowałbym jako wytłumaczenie.

Tymczasem ich set był trochę taki jak rozmowa tych gości pod hostelem. Parabola. Kilka numerów z techhousowym bujnięciem i wyraźnym hi-hatem (ja akurat lubię!), potem spadek napięcia, potem znowu dokręcony bassline, potem spadek napięcia. Grali chyba z 5 godzin, więc może to był ich pomysł na granie? Momentami tupałem bardzo, momentami (o zgrozo!) zagłuszała ich muzyka z „chillout” roomu.

Z imprezami też jest jak z parabolami. Pisałem o tym porównując imprezy do piłki nożnej (czytaj Blog #5: Techno liga mistrzów). Tutaj parabola (jak dla mnie) leciała raczej do góry, mimo przestojów i trochę nie pasujących tracków do 4:00 w klubie – mowa np. o Atlasie, który lubię, ale który mnie zaskoczył.

Rozmawiam o imprezie z  Michałem, który KT słuchał rok temu w SQ, słuchał ich w 2011 w SQ, słuchał dwa razy w Prozaku i w Berlinie. Zna temat. Mówi, że momenty były, ale bez polotu. Czyli parabola! Parabole tańczą, tańczą tańczą tańczą… Coraz mniej jednak (i według niego) i według mnie Diynamic w Diynamic, nawet Solomun robi jakieś dziwne wycieczki.

Słuchałem kiedyś maniakalnie Defected, ale coś mnie zniechęciło. Słuchałem potem Stil Vor Talent, ale coś mnie zniechęciło. Dwa lata temu słuchałem Diynamic, ale coś mnie zniechęciło. Cóż, sentymenty pozostają, ale sztafeta jedzie dalej. Dzisiaj czas na Ninja Tune czy Pampę.

Więc KT nie zachęcili mnie bym maniakalnie wrócił do Diynamic. Mimo to, ta impreza stanowiła najważniejszy punkt tego udanego wiosennego weekendu w Poznaniu. Tak nawet sobie pomyślałem, że mógłbym pod koziołkami zamieszkać! Klubowo jest w Poznaniu coraz lepiej… Jest Lab, jest Tama, są techno schrony i forty, jest SQ co to zaprosi a to Agorię, a to Ame, a to Kollektivów…

Poznań na city break jak najbardziej tak.