Chwila przerwy? Przewijam, przewijam, przewijam. Tu i tam. Wszyscy przewijają. Świat się przewija. Nawet na plakacie. Przestałem z tym walczyć dawno. Znajomi, reklamy, dje, zdjęcia, imprezy. Tak wygląda moja tablica, na której przewinęło się także zdjęcie promujące festiwal. Ta legendarna sosna w Pieninach, która gościła na wszystkich pocztówkach i folderach, a teraz już jej nie ma. Przed chwilę się zastanawiam, czy plakat z sosną powstał przed jej złamaniem w tym roku, czy później? Najpierw chce się dowiedzieć. Za chwilę już nie chce. Bo to zarówno mógł być przypadek, jak i nie mógł. Przewijają się słowa w głowie takie jak symbol, los, zrządzenie, zagadka. Nieważne czy plakat powstał przed czy po. I w tym i w tym przypadku przecież można dookoła tego stworzyć nową, inspirującą historię.

Unsound w Krakowie to na moje oko taki festiwal, który właśnie zadaje pytania. Nie wiem, czy organizatorzy od nas oczekują odpowiedzi. Prawdopodobnie nie. Jak z tą sosną. Zatrzymałem się, zastanowiłem, a mogłem przewinąć. Jak z imprezą FOMO. Można było na nią pójść i tyle. Można było sprawdzić, czym jest Fear Of Missing Out. Można było w ogóle pójść tu i tam i być. Można było szukać we wszystkim drugiego dna.

Presence. Obecność. Hasło przewodnie tej edycji. Przyznam od razu i nie będę czarować, że nie przestudiowałem w stu procentach jak organizatorzy tłumaczą ten tytuł. Nie studiowałem, bo nie chciałem. Tak samo jak z sosną. Myślę, że wytłumaczenie popsułoby mi odkrywanie. Obecności szukałem podczas mojej wizyty w Krakowie. Swojej obecności, która pozwoliłaby mi zdefiniować Unsound po swojemu. W zasadzie nie cały Unsound, a jego część. Nieuczciwie byłoby napisać, że byłem na Unsoundzie. Zwiedzałem za to wzdłuż i wszerz cykl imprez w Hotelu Forum. Pewnie gdybym był z Krakowa, pojawiłbym się tu i tam. Dla mnie jednak Kraków sam w sobie ciągle jest atrakcją. Festiwal był truskawką na torcie.

Hotel Forum to stary falowiec z tysiącem pokoi i kolos nad Wisłą. Widać go spod Wawelu siedząc na ławce przy smoku. Opuszczony, smutny w dzień, wspominający starymi tynkami „jak to kiedyś było”. To nie jest jednak typowa industrialna przestrzeń, zapomniana przez lata. Tak zapewne wyglądają pokoje, ale nie parter i piwnice, gdzie przez weekend przewinęły się zapewne tysiące osób. Czuć jeszcze obecność PRLowskiego konsjerża, który prowadzi gości po luksusowej wtedy wykładzinie. Po wykładzinie, która dzisiaj służy za prawdopodobnie najprzyjemniejszy parkiet jaki czułem pod stopą w życiu. Czuć obecność pięknych dam, które z koralami na szyi siedziały przy ekskluzywnym barze dzisiejszej sceny The Secret Lodge. Wyglądającej na Unsoundzie jak z najstarszej części Gwiezdnych Wojen. Nie wiem stąd skojarzenie. Część kosmicznych wojowników śpi w lożach, część siedzi na okrągłej wykładzinie i oddaje hołd artystom. Strażnikom galaktyki w okrągłym pomieszczeniu. W którym można kupić tylko trzy czy tam cztery przygotowane na te okazje drinki. I oczywiście część publiki bierze udział w tym rytuale, część jest wyraźnie rozczarowana. Jak w życiu. Jak w sztuce.

Ciekawe o czym debatowano w konferencyjnych salach Forum w takim 1990 roku. Jak wyglądali ówcześni PRowcy, planiści, taki brand menadżer albo projekt menadżer. Nawet nie wiedzieli jak ich stanowiska mogą być przeceniane za 30 lat. Przecież to czasy, w których pirackie płyty sprzedawano na giełdzie bez cienia zażenowania czy konspiracji. Oni byli wtedy ekskluzywni w Forum i podziwiali ekskluzywne żyrandole dzisiejszej sceny „Chandelier Room”. Byłyby śmichy chichy gdyby matka pokazała Wam zdjęcie z takiej ekskluzywnej narady producenta proszku Polena 2000 na służbowym zjeździe. Wszyscy popijają kawę z ekspresu, który promuje kobieta z włosami jak w Dynastii. Czuć obecność czasu. Jego przemijanie. Nie ma jednak obecności bez tego przemijania. Wszystkie piękne mieszkania z deweloperki kupowane dzisiaj za pół miliona za te trzydzieści lat będą wyglądały jak dzisiaj hotel Forum. Choć wydaje nam się to dzisiaj nieprawdopodobne. „Przecież czasy się zmieniły”. Gówno prawda. Kolej rzeczy.

Czuć obecność kelnerów noszących 30 lat temu tace z jedzeniem. W białych rękawiczkach. Możemy poczuć się jak oni idąc do sali „The Kitchen”. Możemy stanąć tam, gdzie kiedyś smażono schabowe, możemy stanąć tam, skąd szef kuchni wydawał polecenia. Zamiast garnków i patelni i wielkich pieców, mamy konsoletę, stroboskopy i głodną publikę i gar dźwięków.

Wychodząc z pokoju żyrandolowego, jemy jakże tradycyjne pierogi. Ruszamy do drugiego baru, a potem niczym na akademickiej uczelni, przez podwójne drzwi wychodzimy znowu na wykładzinę „Ball Roomu”. To już jest po prostu hala, w której o tamtych czasach przypomina jedynie ta wykładzina. Tam jest dużo miejsca i wrażenie halowego eventu.

Zaznaczam swoją obecność na tej części Unsoundu. Wiedząc, że to tylko urywek, przerywnik całego ponad tygodnia muzycznych wydarzeń. Nie można mieć w życiu wszystkiego, więc wyłapuję tylko to czy tamto, boleśnie uświadamiając sobie w hotelu Forum jak bardzo czas szybko mija. Jak w życiu. Hotelowi goście z 1990 słysząc muzykę Unsoundu potraktowaliby to jako ukrytą kamerę. Ich kamery VHS wielkości piekarnika zamieniły się dzisiaj w małe smartfony w jakość 4K. Co mnie tak naszło? Mogę walczyć, szukać innych skojarzeń, ale po prostu nie potrafię będąc tam po raz pierwszy. I czytam w internecie, że hotel oddali w 1989 roku. Miałem wtedy roczek.

Co uświadomił Unsound? Że w Polsce jest jeszcze wiele do okrycia. Że w Polsce można spędzić city break w Krakowie i może być atrakcyjny, ciekawy, inspirujący. O godzinie 12:00 możesz być na grobie Kazimierza Wielkiego w Katedrze Wawelskiej, a o 12:00 w nocy słuchać Bena Ufo w starym hotelu.

Unsound uświadomił mi także jak bardzo moje osobiste zmysły pobudzają uderzenia cztery na cztery. Jak ich podświadomie szukam i na nie czekam, przekopując galaktyki obcych dźwięków. Jak naiwnie czekałem, żeby Deena Abdelwahed zagrała jakiś śródziemnomorski numer z afrykańskim wpływem, oparty na czwórkach. Wiedziałem jednak, że muszę zmienić ją na Blawana. I to była ta godzina Unsoundu w hotelu Forum, którą po prostu oceniam jak na to miejsce przystało: pięciogwiazdkowo. Serce mocniej zabiło też w sobotę, kiedy DJ Storm puściła „Gatecrasher”. To numer stary jak świat. Ona puszcza numery stare jak świat. I dziękuję Jej, że w Krakowie było tak samo. Na tych dwóch występach było mi na wykładzinie najprzyjemniej.

Można rzec, że to najbardziej mainstreamowe nazwiska. I będzie to prawda. Kłamstwa w dzisiejszym świecie jest już tyle dookoła (zwłaszcza na kilka dni przed wyborami), że kłamać nie będę. Unsound uświadomił mi, że jestem trochę mainstreamowy. Taka muzyka mnie rusza. I nie będę tego zmieniał i silił się na fałszywe fascynacje.

Niemniej jednak Unsound to faktycznie wydarzenie nieszablonowe i jedyne w kraju traktujące z takim rozmachem muzykę, która gości ułamkiem ewentualnie w jakimś Centrum Sztuki Współczesnej.

Nieważne jakie opisy do festiwalu stworzymy, jakie hasło przewodnie wymyślimy, jakiej ideologi będziemy szukać. Każdy w sztuce szuka tego, co sprawia, że czuje się lepiej. Biada jedynie tej sztuce, która nie budzi emocji. A emocji mi w Forum nie brakowało. Siedziałem w hotelowym lobby, rozmawiałem, spoglądałem, kontemplowałem, słuchałem, poznawałem zagubione miejsca, siedziałem na patio z widokiem na Wawel. Mówi się, że Kraków to „miasto mówiących kamieni”. Dzięki festiwalowi mówią także stare ściany, od których odbija się muzyka z przyszłości choć w teraźniejszości.