2006 rok. Z głośników płynął u mnie house masowej produkcji wytwórni Defected. Tysiące pozytywnych melodii, okraszonych dużą ilością wokalu, pianinkiem i fletem, od czasu do czasu przełamywało coś bardziej deepowego.
Byłem wtedy na bieżąco z każdym numerem wypuszczanym przez label Simone’a Dunmore’a, znałem każdy set. Dlatego tak bardzo wyrwała mnie ze strefy komfortu jedna pętla, która totalnie nie pasowała mi do wyżej opisanego, malowanego durową nutą obrazka.
Syntezator wkraczał nagle, jakby minimalnie za szybko, burząc mi poukładany świat wewnętrznego metronomu. Pętla powtarzała się w nieskończoność, była euforyczna i niepokojąca jednocześnie, a za każdym razem po ośmiu taktach, budowała jeszcze większe i większe napięcie. Nie nudziła ani na moment.
Czy ten numer odmienił postrzeganie muzyki house? Na pewno przebranżowił mój gust. Wydanie numeru „Rej” napisanego przez Âme było wydarzeniem roku w wytwórni Defected, choć tak naprawdę, to track ukazał się rok wcześniej nakładem Innervisions. „Rej” otrzymał katalogowy numer IV02.
Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że historia IV rozpoczęła się od numerów Isao Kumano i Alexa Prata. Duet Tokyo Black Star przepadł w odmętach elektronicznej historii, ale imprint wytwórni Sonar Kollektiv, czyli właśnie Innervisions, poprowadzone przez Dixona i duet Âme przetrwało próbę czasu i szybko wybiło się na niepodległość.
Po IV02 wcale nie stałem się psychofanem labelu. Przeskakiwałem po wytwórniach raz na kilka lat, maniakalnie słuchając wszystkich nowości spod jednego szyldu, potem kolejnego. To nie jest jednak historia mojej przygody z elektroniką. To jest felieton o historii elektroniki z mojego punktu widzenia.
Niezależnie od gatunkowych, zazwyczaj dość krótkich fascynacji, zawsze ze strefy komfortu wybijały mnie pojedyncze rzeczy od Innervisions. Dopiero rok temu zdałem sobie sprawę, że to trwa od… dwudziestu lat.
IV to jeden z okrętów flagowych branży. Nikt nie potrafi utrzymać uwagi i dryfować po trendach i eksperymencie tak odważnie jak Berkhahn, Beyer i Wiedemann, jednocześnie trzymając się głównego szlaku handlowego elektronicznej flotylli, która chce też zarabiać i organizować imprezy dla tysięcy ludzi.
IV wydawało przez lata zupełnie klasyczne house’y , takie jak „Headache” Point G (IV20, 2009), ale nie omijały go minimalistyczne wpływy. Posłuchajcie „Chicago” Henrika Schwarza, podbitego podczas występu live przez Âme i Dixona. To był 2010 rok.
Minimalistyczne sznyty ze świata techno w tym samym okresie zaczęły się mieszać z… falą afro house’u. Kto by pomyślał, że gatunek wróci po piętnastu latach na wielkie hale za sprawą keinemusikomani. „Kuar” Emmanuela Jala w remiksie Schwarza (IV29) jest grany i przerabiany do dzisiaj i ciągle brzmi zaskakująco świeżo. To też był 2010 rok. Jak mi się to wtedy podobało!
IV nigdy nie traktowało afrohouse’u jako mody, chętnie wracało do gatunku, nie pomijając go np. w 2015 roku, kiedy to jako IV62 pojawił się track „Too Much Information”, wykonywany przez Dele Sosimi Afrobeat Orchestra, a lubiany przeze mnie najbardziej w remiksie od Laolu. Będąc szczery, natknąłem się na ten numer prawie 10 lat później, kiedy zafascynowany stylistyką Keinemusik, zacząłem kopać głębiej i głębiej. Dotarłem do „To Much…” i… byłem w szoku, że to Innervisions.
Takie mam wrażenie, że Innervisions zawsze „przed czasem” wydawało coś, co potem mogło być hymnem kolejnej mody. Zaburzając trochę chronologię, mam przykład tej naciąganej hipotezy. „Lost In A Moment” od Matthew’a Dekay’a & Lee Burridge’a w reworku Dixona z 2012 roku jest moim zdaniem stylistycznym organic house’m. W 2013 mało kto używał tego określenia, o ile w ogóle istniało. Fala fame’u przyszła później.
Nagle na salony wpada Trikk, którzy narzucił światu swoją nieoczywistą stylistykę, a jego „Kunu” (IV75) często gościło w moich głośnikach. Zaraz Portugalczyk poprawia swój efekt równie hipnotyzującą „Vilarą” (IV79). W tym samym czasie Âme wypuszcza swój longplay „Dream House”, z którego „No War”, szczególnie w remiksie Rampy (2019) może być pacyfistycznym hymnem dekady.
Na moim profilu streamingowym zakładam sobie playlistę zatytułowaną „berliński house”. Tak zaczynam wtedy rozumieć wszystko od IV, wszystko czego nie umiem wrzucić do jednego worka. Wszystko co jest house’m, ale nim nie jest, bo burzy poukładany świat prostego beatu, basowego groove’u, pętelki z melodią i ewentualnie dwóch zwrotek przedzielonym czterema refrenami.
Wytwórnia rozkręca się, nakłada na tracki nową numerację, by uporządkować katalog, chociażby wspomniane „No War” Rampy to już IVLP09X1 czyli pierwszy remiks z dziewiątego albumu.
Skoro o Rampie mowa, IV nie może przejść obojętnie obok hype’u, który ponownie zaczyna się kręcić wokół nowej fali wolniejszego house’u. W 2019 ukazuje się „Tell Me Are We” nagrany wspólnie z trio WhoMadeWho, a Marcus Worgull częstuje nas chwilę wcześniej numerem „Love Song”. Ten track zagrany przez Solomuna (w secie z Tulum, granym przez Solomuna codziennie), wybija się na czoło miłosnych hymnów sezonu i elektronicznych przeróbek dekady, a fani house’u dowiadują się o takim zespole jak The Cure.
Ja też docieram do „Love Song” przez „efekt Solomuna” i… znowu przeżywam szok. Taki cukiereczek wmieszał się w katalog obok „wykrętów” Trikka? Fascynacja IV rośnie. Pamiętam, że lato było wtedy gorące i słuchałem tego numeru na balkonie spocony jak Mladen w Meksyku.
Wybucha pandemia. Nagle mam dużo więcej czasu na słuchanie muzyki, nie muszę się spieszyć, porządkuje swoje foldery, kupuję więcej winyli. Odświeżam wszystkie kanały każdej z wytwórni i zaczynam chłonąć wszystko co w tamtym czasie wydają w IV. Numer po numerze.
A było w czym wybierać… Wytwórnia poczęstowała mnie kolejnymi przełomowymi EPkami z „Tears On The Dancefloor” (od Franka Wiedemanna i Romana Flügela). Rozkręcają się kariery Jimiego Julesa („My City’s On Fire”, 2021), wspomnianego Trikka czy Echonomista z „Our Last Night” (IV97, 2021) oraz później „Secret Places” (2023), które tak formalnie uznawane jest za… indie dance. Myślę sobie, jak trafiłem w te rejony elektronicznego świata?
W międzyczasie nakładem IV pojawia się genialny track Nandu czyli „Forever In Our Favor”, który robi na mnie olbrzymie wrażenie. Duet Âme wypromował go w secie nagranym w sklepie Muting The Noise w 2020 roku. Trzygodzinny miks „Saturnation” połączony z wizualizacjami to zresztą według mnie jeden z najlepszych i najbardziej artystycznych videosetów, które możesz znaleźć w sieci. Trwa chyba ósmy lockdown, a my w domu w ciągu weekendu jesteśmy w stanie „obejrzeć” całe „Saturnation” po 5 razy.
Pandemia się kończy, śledzę nowości, słucham nowego Trikka, Echonomista i nagle wychodzi numer, którego na początku nie rozumiem. Numer, który przewraca w głowie mój obraz dotychczasowej działalności Âme. Numer, który nie podoba mi się do dziś, ale obok którego nie można przejść obojętnie. „Shadow of Love” (2024) jest jednocześnie chyba takim słodkim opozycjonistą tego, co przynosi nowy projekt TRI/XON tworzony przez Dixona i Trikka.
Tutaj rozpoczyna się nowy rozdział nie tylko labelu, ale też muzyki. Jest jednak za wcześniej by analizować jego wpływ na scenę. Tak mi się wydaje. TRI/XON-owe rzeczy też nie trafiają w moją strylistykę. Dzisiaj. Może kolejne zmiany przyjdą z czasem? Może czekam na kolejny pomost?
Kończę więc małym powrotem do 2025 roku, kiedy zaczarował mnie z kolei numer Âme i Trikka „Don’t Waste My Time”. To podsumowanie moich 20 lat z elektroniką. Ze stylami, sposobem imprezowania, wiekiem, jakąś mentalną mimo wszystko dojrzałością, docieraniem do sensu numerów, które kiedyś były po prostu nudne.
Boys running with the girls
Searching for a reason to believe in sound
Slip inside the underground
Girls running with the boys
Melting like a creature sliding through the crowd
Meet me at the underground
Analizować jak na maturze? Że muzyka to coś więcej niż dźwięk? Że bawimy się od lat ramię w ramię, tu i tam, pod ziemią i nie tylko? Że nie zna elektroniki ten, kto nie poczuł wspólnoty parkietu, która udziela się rzadko, ale czasami masz dziwne poczucie, że uczestniczysz w czymś ważniejszym niż impreza?
Tomorrow is the answer, but the question’s going to shine.
Don’t waste my time
Nie udawaj, nie żyj przeszłością, bądź z nami tutaj, obecny, zostaw ego w domu, a w mojej nadinterpretancji: wyrzuć telefon, nie kupuj biletów VIP, tylko po to, żeby stać za DJ-em, pięknie pachnieć i patrzyć mu na ręce jak sroka w gnat.
Wracaj do nas: na parkiet, do wspólnoty, a DJ niech robi swoje.
(epilog)
Ten tekst miał powstać na 20-lecie wytwórni Innervisions (w 2025 roku), ale miałem tyle naczyń do pozmywania, że spóźniłem się o rok. Ale! Obchodzimy właśnie 20-lecie Audioriver, a AR pamięta o ludziach spod szyldu IV. Zawsze są w line-upie, więc można znaleźć pomost między historią elektroniki ukrytą w EP-kach Innervisions, historią Audioriver i historią samej wytwórni.
Widzimy się w tym roku pod sceną na setach Jimiego Julesa i na live Âme z Trikkiem.
(okładka: Cover Artwork by Willem Stratmann / StudioAnti™)