Relacja z Instytut Festival 2018

Unity. Extasy. Voltage. Love. Rave.

Zasypiałem w tym zielonym namiocie i przesuwały mi się przed oczami te pojedyncze słowa z wizualizacji. Tych samych, które drylowały głowę na trzech scenach Instytut Festivalu.

Z jednej strony była to pierwsza edycja nowego wydarzenia. Z drugiej strony wiedzieliśmy przecież po kilku wizytach w oryginalnym Instytucie przy ulicy Mory w Warszawie czego się spodziewać. Obaw o poziom organizacji nie było. Niewiadomych, związanych z muzyką, miejscem czy festiwalową otoczką było z kolei tyle, że wydarzenie elektryzowało już od początku tego roku. Nie mogło być innego wyboru jak spakować namiot, śpiwory, wpisać w nawigację „Brama Kadetów Nowy Dwór Mazowiecki” i ustawić się w godzinnym korku na wylotówce z miasta. W pierwsze popołudnie wakacji.

Dojeżdżamy bez problemu. Kilku stewardów mówi co, gdzie, jak. Zsuwamy się autem z piaszczystej górki robiąc przy okazji tyle kurzu co wytwornica dymu na secie Niny Kraviz. Jesteśmy ewidentnie w wielkim, fortecznym dole. Tam właśnie znajdował się jeden z parkingów i trawiaste pole namiotowe. Można było auto zostawić tuż przed wejściem, co dla wielu (w tym dla nas) jest dość kluczowe, kiedy samochód jest Twoją szafą, a w namiocie masz tylko śpiwór.

Pobłogosławmy namioty „2seconds”, bo dzięki nim można było wyruszyć na festiwal jeszcze za jasnego. Kolejne zaskoczenie… Z pola namiotowego do wejściowej bramy idzie się… 4 minuty? Mimo, że teren jest olbrzymi, to wszystko jest obok siebie. Tak jak na festiwalu (o czym zaraz).

Pierwsze kroki do biura prasowego i już pierwszy znak zapytania w głowie. Czy nam się zdaje, czy na samym szczycie wieży stoi samobójca w stroju Batmana? Z dołu sytuacja była oczywista. Później okazało się, że na szczęście były to (odważne jak nie wiem co) działania artystyczne części „art”, na które można było natknąć się później na festiwalu. Nie dominowały. Nie narzucały się. Były gdzieś obok. I to było fajne, bo można było z tą sztuką obcować, żeby dopiero po chwili uświadomić sobie, że to przecież ta część „art”. W pewnym momencie grupa ludzi zaczęła „grać” wielką kulą, która jak nic było częścią performance’u. Czy ucieszyło to twórcę? Podejrzewam, że jednak trochę. W końcu nie było to muzeum, a np. twarze w chillout roomie (takie jak ta poniżej) przyciągały uwagę i znalazły się jako zdjęcia w niejednym telefonie. Wiem, bo godzinę siedzieliśmy tuż pod tym obrazem.

Przeprowadzamy wywiad z Manoidem. (wkrótce na stronie) Okazuje się, że jego ojciec służył kiedyś w modlińskim garnizonie. Trochę hit! Spodziewał się, że jego syn zagra tam na festiwalu techno?

Czy kiedy w 1920 roku toczyły się tam walki polsko-bolszewickie, żołnierze spodziewali się, że w miejscu, w którym ustawiali się na apele o godzinie 4:00, za prawie dokładnie 100 lat o tej 4:00 dziki tłum będzie tańczył do miarowego uderzenia dźwięków serwowanego przez najpopularniejszą techno Rosjankę? Mózg… eksplodował.

Muzyczną przygodę rozpoczęliśmy jednak od występu Randomera w namiocie Rave. Namiocie malutkim, ale klimatycznym i zupełnie „wystarczającym”. Randomer przywitał nas numerem Doug Cooney – „Riflekt” i skupił naszą uwagę na dobrą godzinę. Set był taki jak ten numer. Dynamiczny, ale jak na nasze ucho nie za mocny. Grająca po nim Melania już wykraczała poza naszą wizję, choć patrząc na reakcję tłumu, nikt nie narzekał! Zarejestrowaliśmy więc kilkadziesiąt sekund jej grania i ruszyliśmy dalej.

 

Obok sceny „namiotowej” znaleźliśmy fosę. Tam znajdowała się scena underground. I w tej fosie pomyśleliśmy: „hej! czujemy Dimensions Festival”. To chorwacka impreza odbywająca się w forcie Punta Christo. Scena „underground” na Instytucie przypominała trochę scenę „Moat”. Wtedy skojarzyły nam się także powieszone na drzewach lampki, które także obok sceny „Moat” świeciły gdy byliśmy w Chorwacji. Może trochę w tym przypadku, ale jeżeli była to inspiracja, to trafiona.

Te oświetlone żarówkami drzewa pokazywały drogę do strefy chillout. To po prostu koszary, a w nich naprawdę dużo leżaków, kanap, artystów, instalacji, oświetlenia… Przez chwilę poczułem się tam jak w… poradni psychologicznej? Może to brzmi pejoratywnie, ale to głębokie przeczucie było świdrujące. Leżałem na leżaku, tak jak inni, którzy rozmawiali o rzeczach przeróżnych, od szamańskich rytuałów, przez mundialowe nowiny po licytacje o wyższości Coca-Coli nad Pepsi. Wszystko w tym niebieskim świetle, z obrazami twarzy nad głową, a za oknem niosło się jak przez mgłę rytmiczne uderzenie sceny głównej. Wszyscy tacy nad wyraz spokojni, rozmowni, rozentuzjazmowani. Z telefonami w rękach jako atrybutami nowej fali.

Tak właśnie wyglądała cisza przed burzą. Ostatnie minuty Oscara Mulero mijały już trochę na wyczekiwaniu. Słyszeliśmy Ninę dwa razy i dwa razy nas zawiodła. Było nudno, rozciągliwie, bez fantazji. Ale jak mówią: do trzech razy sztuka.

No i Nina Kraviz o tej drugiej w nocy sprawiła, że wysypał nam się system w głowach. Fatal Error Fare. To był najlepszy set jaki słyszałem w ciągu ostatniego roku. Zaczął się niewinnie od Shackletona i „Negative Thoughts”. Shackleton pojawił się jeszcze raz w numerze Powerplant. Czekaliśmy na pierwsze uderzenie w 4 x 4.

Hm… I cyk dwójeczka.

Jak wrzuciła drugi bieg to mimo suchości w gardle, głodu, innych potrzeb to nie szło opuścić choćby minuty. Byliśmy całe dokładnie 120 minut na „parkiecie” zaskakiwani numerami, których nie znamy. Były dziwne okrzyki, damskie, męskie, były zawsze (nieco creapy) rosyjskie wokale w tle, wychwyciliśmy pokręcony numer „Locked” Claude Young, który w tamtej chwili, tamtej nocy, przy tamtym nagłośnieniu i tańczącej na scenie Ninie brzmiał ekscytująco i tajemniczo. Nie szło się zatrzymać! Zaskoczyła nas ta Nina i jak to się mówi: „zrobiła nam noc”. Na koniec wkroczyła na teren na 180 bmpów, dorzucając drum’n’bassowy motyw, by skończyć trackiem w iście hardstylowym stylu, który sprawdziłby się na imprezie Q-dance. To akurat nam nie podpasowało, ale nikt nie powie, że skończyła ot tak byle jak, bo każdy to „do widzenia” zapamiętał na sto procent. Technicznie zresztą zrobiła to pysznie, więc nikt jej umiejętności grania nie odmówi.

I pod koniec przygody z Niną zaczęło się robić jasno. W takich okolicznościach wchodził na scenę Marcel Dettmann, ale dla nas królowa tej studniówki była już wybrana.

5 minut i byliśmy w namiocie, gdzie uzupełniliśmy swój eco-kubek. To w ogóle rozwiązanie, które z początku wydaje się dziwne, trochę hipsterskie, ale po jakimś czasie dochodzisz do wniosku, że zadomowi się na festiwalach tak jak żetony, bez których nie wyobrażamy sobie dzisiaj dużych imprez. (Chodzi o to, że „wynajmujesz” plastikowy, sztywny, solidny kubek, który jest „twój” przez całą imprezę).

W kwestiach organizacyjnych z mojego punktu widzenia było wszystko elegancko. Zero kolejek do toalet, duże strefy, jedzenie zawsze wchodziło przy stoliku, przez całą noc nigdzie na nic nie czekaliśmy. No, można się było „zabić” idąc ze sceny Rave na scenę Underground, bo teren był tam niedoświetlony, nierówny i z jakimiś dołami, ale latarki z komórek wystarczały, by rozwiać mroki nocy.

Sama scena główna wiadomo, że mogłaby być większa, bardziej spektakularna, mogłaby być blokiem jak na Awakenings, ale to już naprawdę szukanie dziury w całym. Wiadomo, że wtedy bilety musiałyby kosztować z 500 złotych, a to co było w tej cenie karnetów i biletów to było perfekcyjnie skrojone i może nawet jeszcze trochę „na górkę” biorąc pod uwagę line-up.

O poranku zajrzeliśmy jeszcze na Day Stage, gdzie już o 10:00 trwała nowa zabawa i nowa misja techno. Karkówka skwierczała na grillu, a miejscówka była jeszcze inna i ciągle blisko wszystkiego choć trochę z boku. Pomiędzy twierdzowymi elementami wypiliśmy ostatnią colkę i z bólem serca ze względów rodzinnych zostawiliśmy imprezowiczów na kolejne 24 godziny rave’u.

Kto wie, jak rozwinie nam się Instytut Festival! Trzymamy kciuki, bo zaserwowano nam pyszny słodki torcik w miejscu równie wyjątkowym jak Instytut Energetyki.