Pod koniec czerwca jeden z najpopularniejszych (globalnie) portali poświęconych elektronice, opublikował ranking 10 najlepszych imprez lipca na świecie. Resident Advisor w tym zestawieniu umieścił także wydarzenie z Polski. Jak się domyślacie, chodzi właśnie o Audioriver Festival w Płocku. Ciężko nie zauważyć tego wyróżnienia i ciężko się dziwić takiej selekcji redakcji RA. Miejsce, klimat, muzyka, progres.

Audioriver. Miejsce

Sporo jest festiwali umiejscowionych nad wodą, ale nie kojarzę wielu imprez ciągnących się prawie kilometr równolegle do linii brzegowej. Audioriver to impreza rzeki, która przez trzy dni jest tłem dla wszystkich wydarzeń. Patrząc na artystów ze sceny głównej, w dali majaczą ledwowidoczne silos, kominy, dźwigi. Cały teren to tak naprawdę wielka plaża, której rzeczny, ale przyjemny piasek od razu kojarzy się z wakacjami, urlopem, słońcem, nawet jeśli w nocy jest siedemnaście stopni.

Za nami Audioriver.(fot. Artur Aen Nowicki dla https://www.facebook.com/audioriver)

Nieważne z jakiego wejścia skorzystacie, otrzymujecie dodatkowe emocje. Wchodząc od strony Starówki, czujecie się jak dron, patrzący na świat z wysokości kilkudziesięciu metrów. To na Google Maps powinno mieć swoją nazwę: „Punkt Widokowy na Audioriver”. Patrzycie na świecące się tysiącami lampeczek miasto, które… powstało tylko na dwa dni. Tętniące w rytm muzyki, kręcące się w rytm stroboskopów, tańczące na piasku i na wysuszonej ziemi. Ci, ktorzy chodzą po górach znają zasadę, że z każdym odcinkiem wspinaczki w górę, spada temperatura powietrza. Tutaj z każdym schodkiem zejścia z punktu widokowego temperatura rośnie, a beaty uderzają coraz bardziej intensywnie.

Jeżeli wchodzicie z kolei z poziomu ziemi, to albo mijacie malowniczą przystań, albo mieszkacie na polu namiotowym, które jest oddalone od festiwalu o „żabi skok”. Z każdej strony beat za beatem przybliża nas w kierunku muzycznej przygody.

Samo pole jest na pewno opcją godną rozważenia. Jeżeli niestraszne są Wam poranne kolejki pod prysznice, tosty na śniadanie (choć kawa z ekspresu, a piwo z nalewaka!) i piach, który wejdzie w każdą szczelinę waszego plecaka. To jednak miejsce społeczne, ciekawe, położone nad rzeką, blisko scen i tętniące własnym życiem, dzięki któremu na festiwalu jest się przez „cały czas”. Czy mogłoby być nieco bardziej… hmm… eleganckie? Z pewnością, ale wtedy cena odstraszyłaby pewnie obozowiczów. „Na dwoje babka wróżyła”.

Klimat.

Dużo jest na Audioriver takiej ludzkiej życzliwości. I ciekawości jednocześnie. Nie zdążyliśmy jeszcze rozłożyć namiotu, a już poznaliśmy sąsiadów, rozpoczynających namiotowe before party. Audioriver to miejsce, gdzie możesz się wystroić (wolność Tomku!), ale równie dobrze możesz iść w bluzie (bo w nocy będzie bardziej jesiennie niż letnio) i w kurtce przeciwdeszczowej (bo będzie padać). Śmiało możesz zabrać żonę na szalone „rodzice na wychodnym” i śmiało możesz zorganizować tam dwudzieste urodziny w gronie przyjaciół. Możesz być kim sobie chcesz i wierzyć w co sobie wierzysz. Takie mam wrażenie, bo nie spotkałem tam nigdy ani grama jakiejkolwiek niechęci. Nie tutaj.

Każdy znajdzie coś dla siebie, każdy zakotwiczy w innej części potężnego terenu całego festiwalu. Dla każdego znajdzie się miejsce i ta pralka osobowości wiruje w kierunku niepodrabialnej atmosfery. Atmosfery ludzi, którzy tańczą przez całą noc do upadłego, ludzi, którzy wolą siedzieć na piasku lub licznych pagórkach oraz ludzi, którzy się po prostu szwendają.

Za nami Audioriver.

(fot. Artur Aen Nowicki dla https://www.facebook.com/audioriver)

Muzyka.

Główna część festiwalu składała się w tym roku z siedmiu scen (w piątek i sobotę) oraz trzech scen nazwijmy to barowych. Czy słuchający muzyki elektronicznej nawet największy laik, może nie znaleźć dla siebie miejsca do tańca na dziesięciu scenach? Pozostawimy to jako pytanie retoryczne.

Organizatorzy zaprosili w tym roku 150 artystów, od tych grających szybkie techno, przez melodycznych wirtuozów, po śmietankę polskich wyjadaczy i osoby aspirujące do tego miana. Przez zespoły, orkiestrę, headlinerów topowych tegorocznych festiwali, po gwiazdy z nurtów house i prawie disco, nie zapominając o fanach połamanych dźwięków i bassowej linii, którzy (gdzie jak gdzie), ale na Audioriver mogą czuć się rozpieszczeni. Przede wszystkim dlatego, że dedykowane były im aż dwie sceny: Impact i Pulse. Grały w rytm klasycznego drum’n’bassu i klasyków znanych od lat, ale także w rytm nowej gwardii, która rozpycha się łokciami po bassowej scenie, a mam tu na myśli np. ekipę Świętego Bassu nakręcającą publikę „po swojemu” czy dnb kolektyw 175 BMP.

Miłośnicy house’u, wolniejszej elektroniki i organic house’u mogli bujać się pośród drzew i kolorowych dekoracji umieszczonych w lesie na strefie Chill. Disco, również house, ale momentami także jego szybsze i mocniejsze odmiany serwowało Studio. Tańczyliśmy tam do numerów sprzed lat granych przez Palm Traxa, rozkręcaliśmy sobotnie pląsy z Lulu Maliną, sprawdzaliśmy co aktualnie prezentuje Oliver Koletzki, który rozpieszczał fanów niewydanymi jeszcze trackami. Na swoim Instagramie zdradził potem, że zagrał między innymi przygotowane do wydania na wrzesień numery.

Spodziewałem się, że w takim miejscu Koletzki wybierze repertuar bardziej z A Tribe Called Kotori, ale jednak zdecydował się na bardziej imprezowe Stil Vor Talent.

Fani techno mieli do wyboru Kosmos, gdzie grali m.in. 999999999, LSDXOXO, VTSS czy Skin On Skin. Łagodniejsza wersja techno (na papierze) serwowana była w Circusie, gdzie w sumie momentami wręcz dyskotekowe numery puszczał Colyn, ale szybko i bezkompromisowo, a wręcz kosmosowo, festiwal zamykał Chris Liebing. Mocnymi punktami Cyrku byli też: Alan Fitzpatrick, Dubfire (wyciskający z nagłośnienia co się dało) czy będąca w szczycie formy Anfisa Letyago.

Punktem skupiającym uwagę wszystkich festiwalowiczów był jednak Main Stage, w tym roku będący półkolistym hangarem, którego skrajne części wypełnione były dwoma olbrzymimi telebimami. Subiektywnie jako top topów oceniliśmy koncert zespołu Moderat. Wiedzieliśmy, czego się spodziewać, a jednak tego dnia, w tym miejscu, w tej atmosferze trio zabrało nas do innej rzeczywistości, uderzyło jakby mocniej na początku, bezkompromisowo, wizualizacje dopełniały dzieła, zapominaliśmy gdzie jesteśmy, głos Apparata był głęboki jak nigdy, jamowe wycieczki w numerach, powracające potem do przewodnich motywów smakowały jak pierwszy raz, świecące paski na monitorach i napisy wprowadzały w hipnotyczny trans, a „Bad Kingdom” z oryginalnymi motywami wizualnymi było jak ostateczny akord tej symfonii.

Znajomi przekonywali nas, że koncerty Moderat są takie patetyczne i widowiskowe. Coś w tym jest, ale całość ma ten niemiecki porządek harmoniczny i wszystko urywa się w idealnym momencie. Tego wyczucia zabrakło naszym zdaniem Woraklsowi i jego Orkiestrze. Ale. To był zdecydowanie fantastyczny występ. Spodziewaliśmy się, że kilkanaście instrumentów wypchnie swoją duszą w głośniki i dotrze w kieruku skarpy zarażając festiwal symfonią. Projekt Woraklsa jest na maksa festiwalowy, pasjonujący i widowiskowy z tymi bębnami, wokalami, skrzypcami i djem, który w tym przypadku jest swego rodzaju dyrygentem. Mamy jednak wrażenie, że zawsze grali finał o nutę za daleko, że tej ekspresji było tyć za dużo, a ten znakomity występ momentami był… zbyt patetycznie przesadzony.

Nie mogli narzekać w tym roku przedstawiciele i miłośnicy melodic techno, które wręcz… z mojego ucha prawie zdominowało festiwal. W piątek na głównej scenie świetnego seta zagrał duet Artbat, w sobotę jeszcze bardziej tajemniczo i majestatycznie wypadł duet Mathame, czarując muzyką i wizualizacjami, zatrzymując się na niezbadane breakdowny. W namiocie Circus grał dzień wcześniej Kevin De Vries, który zaserwował (wiadomo) hit poprzedniego sezonu czyli „Dance with me” oraz swoje nowe „Metro”. Dzień później, także w Cyrku grał jeszcze Colyn, o którym wspominaliśmy. Zaskoczył nas na przykład wokalną i romantyczną wycieczką w kierunku „Great Southern Land” od Cassiana.

Niedzielę w rytm „melodiców” zamykała ekipa Mind Against grająca zdecydowanie dłużej niż przewidywał time-table (szukamy cały czas świetnego remiksu numeru TSHA) i choć set był przez wielu chwalony za dobór numerów, to słyszeliśmy także opinie że sporo spójności w trakcie gry zachowała nieformalna rezydentka sceny „Theather in the woods” czyli Brina Knauss.

To wszystko to jednak tylko wycinek muzycznego Audioriver, o którym można pisać godzinami. W wielu remiksach w tym roku królował numer „Fine Day”, o którego pytało wielu. Odświeżony po latach track (z 1998), ma nowe życie, a skoro ludzie go nie znają, to znaczy, że elektronika zatacza koło. Wchodzimy w kolejny cykl muzyczny, w gatunku, którego różnego rodzaju przeróbki nie skończą się nigdy i to jest zdecydowanie interesujące.

Tutaj muszę jednak podzielić się swoim spostrzeżeniem dotyczącym melodic techno, skoro poświęciłem gatunkowi tyle miejsca. Wiele melodii  robi już tak absurdalne wycieczki przez oktawy i jest zbudowanych w tak skomplikowany sposób, że momentami zahaczamy o harmoniczne grafomaństwo.

W wątku tego muzycznego szału, trzeba jednak przyznać, że dobrze było słyszeć także w Płocku te wszystkie niewydane numery, które doprowadzały do szaleństwa publiczność np. Tomorrowland.

Audioriver i progres

To czwarty element składowy sklejający się trochę z „elementem zaskoczenia”. Do tej pory pisałem o Audioriver, jak gdybym był tam pierwszy raz, a to była moja dziewiąta edycja. Myślę jednak, że Audio właśnie zasługuje na nowy „narybek”, na Audio trzeba spojrzeć na świeżo.

Zakopałem się przed festiwalem w opiniach weteranów, że „kiedyś to było”, scena mała, wszędzie daleko, że to i tamto. Weterani zawsze na Audio będą mieli swoje muzyczne święto i Boże Narodzenie w środku lata. Ale bez nowych ludzi festiwal jednak nie będzie mógł istnieć, a w trakcie jego trwania spotkaliśmy całą masę ludzi, którzy byli tam pierwszy, drugi raz. Nawet tych, którzy byli dopiero drugi, organizatorzy mogli zaskoczyć. Podświetlili płocką jaskinię, która zawsze niedoceniona interesowała ludzi jedynie z boku. Wypchnęli festiwal daleko poza dotychczasowe strefy, umieszczając scenę Studio „na końcu świata”, na końcu długiej ścieżki prowadzącej między lasem, a zalewem Sobótka. Wepchnięty między drzewa namiot robił wrażenie jakby wyciętego z zupełnie innego festiwalu. Zamykasz oczy i nie wiesz, gdzie jesteś. Może gdzieś na Kaszubach?

Było dużo więcej niż w poprzednich latach miejsc odpoczynku, strefy barowe patronów alkoholowych miały… mocne line-upy i grały jak pełnoprawne kluby plenerowe.

Festiwal rozciągnął się tak bardzo, że nagle zrobiło się na nim więcej przestrzeni (nie było sold outu, co może zaburzać jednak odbiór tej tezy), ale wszędzie można było spokojnie dospacerować, stanąć, tańczyć, nawet przejść bliżej w kierunku dja. Do nagłośnienia ciężko się było przyczepić, a Funktion One’y ze Studia przelatywały daleko przez zalew. Scena główna ciągnęła kanały elegancko po całej szerokości (choć przy breakdownach klimat zaburzały… beaty z pobocznego grania). Dwie sceny bassowe rozdzieliły dwa bliskie nurty, ale jednak mogące gryźć się pod jednym dachem.

Za nami Audioriver.

(fot. Artur Aen Nowicki dla https://www.facebook.com/audioriver)

Tych, którzy przybyli po raz pierwszy, zaskakiwała scena na rynku, która grała co prawda tylko w piątek i w niedzielę (serwując klasyki jak „We’ve lost dancing” czy zapomniany numer Jorisa Voorna „Sweep the floor”), ale przenosiła festiwal daleko poza jego ramy. W tym roku po raz pierwszy, część Audioriver była bowiem otwarta w sobotnie popołudnie, a Studio i Pulse grały już od 14:00. To kolejna nowość, zaskoczenie, progres. Jak to rozwinie się w następnych latach? Czy rozwinie się w następnych latach?

Jakby tego było mało: niedzielne afterparty to składający się z dwóch scen minifestiwal w innej części Płocka, ciągle oddalony jednak o kilkunastominutowy spacer od centrum wydarzeń. Minifestiwal, który dwa lata temu pokazał, że sam jest w stanie pociągnąć markę Audioriver. Sceny między drzewami i na kolejnych schodach ciągle udostępniają widok na rzekę i schowany między konarami most. Zaskakująco dobre granie Pablo Bozziego, potem jedna z międzynarodowych gwiazd Avalon Emerson i deepowe house’y, przynajmniej w pierwszej części seta idealnie podawane przez Job Jobse’a.

(fot. Ania Rawa dla https://www.facebook.com/audioriver)

Jak więc można się nudzić lub nie znaleźć swojego miejsca na tak rozbudowanym wydarzeniu? Trzeba się pogodzić, że nie zdąży się posłuchać każdego i zobaczyć wszystkiego. Audioriver robi wrażenie, choć musi mierzyć się z podstawowym problemem, że na Płock jest już za duży. Ciężko jednak wyhamowywać tak rozpędzoną machinę, więc rok po roku wracają plotki na temat logistycznych problemów organizatorów.

Pod względem techniki, terenu, rozwiązań, line-upu i oprawy – Audioriver w zestawieniu (od którego zaczęliśmy relację) wylądował nieprzypadkowo. Nam zostaje tylko gratulować dopięcia tego na taki guzik elektronicznej koszuli.