Od 2013 roku zapoznawaliśmy się z jej twórczością. Ma na swoim koncie wiele udanych produkcji, jednak wydany w zeszłym roku album “Take Me Apart” przyniósł jej rozgłos.
Nie znam chyba ani jednej złej recenzji wspomnianego krążka i ani jednej osoby, która by się nie zachwycała głosem i muzyką Keleli. Sukces krążka przyczynił się do tego, że artystka wyprzedaje swoje koncerty. Dla tych, którzy nie będą mogli usłyszeć jej w klubie, pozostają festiwale, podczas których zaśpiewa, a trzeba przyznać (patrząc na line-upy), że trochę ich odwiedzi.
Na kilka dni przed warszawskim koncertem, postanowiłem wybrać się do Manchesteru, gdzie w niedzielny wieczór wystąpiła w towarzystwie dwóch chórzystek i DJ -a.

Miejscem wydarzenia było Manchester Academy, które jest w stanie pomieścić 300 osób. Tak też się stało. Na kilka dni przed koncertem organizatorzy poinformowali o wyprzedaniu wszystkich biletów. Pomimo tego na miejscu można było swobodnie się przemieszczać i w spokoju posłuchać artystki.
Nie będę za bardzo rozpisywać się na temat poszczególnych utworów, ze względu na moją ogromną sympatię do jej twórczości.
Spodziewałem się fajnego kameralnego koncertu czy nawet napiszę… bardzo seksownego jak muzyka Keleli. Tak niestety się nie stało. Miejsce przypominało salę gimnastyczną, a sama artystka wydawała nie śpiewać na żywo. Wiele osób twierdziło, że śpiewała większość utworów z playbacku. Stojąc przy samej sceny bez problemu to dostrzegałem. Niestety dało się zauważyć kilka zdenerwowanych osób, które wychodziły z koncertu. Zresztą Kelela na scenie sprawiała wrażenie jakby dopiero uczyła się na niej występować.

Szkoda, że obdarzona znakomitym głosem nie może zaczarować mnie na żywo, tak jak robi to w swoich utworach. Miało być magicznie, zmysłowo, tajemniczo, a wyszło amatorsko, bez klimatu i niestety z playbackiem. A szkoda.
Choć pamiętajcie, że Kelela na płycie w domowym zaciszu… no jak najbardziej.