Instytut. Dla Warszawiaków to miejsce ma podobno szczególne znaczenie, bo wiele osób – z tego co dowiedzieliśmy się podczas tego weekendu – traktuje to jako sentymentalną wycieczkę do przeszłości. Tego obawialiśmy się najbardziej. Że to będzie sentymentalna wycieczka do przeszłości dla kilkuset, może tysiąca osób, a my jako niewarszawiaki i tym bardziej osoby uciekające od przeszłości i szukające przyszłości, nie odnajdziemy się w Instytucie.
Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale w tym konkretnym przypadku ciekawość była pierwszym stopniem do odwiedzenia Warszawy. Pod względem klubowym trochę ją już znamy, ale Instytut potraktowaliśmy raczej pod względem eventu halowego. Na takim, nie byliśmy już w Polsce od lat, takie eventy wyginęły jak Chio chipsy. Były na każdym rogu, a teraz ich nie ma. Baw się razem z Chio! Pamiętacie? My też nie. Koniec off topicu.
Len Faki też przyciągał nas do Warszawy. W końcu z Berlina do Warszawy nie jest daleko, ale tuzy świata z Kreuzberga częściej grają chyba w Tokio niż nad Wisłą.
Przed wyjazdem oglądaliśmy z poprzednich Instytutów zdjęcia, filmy, wszystko wydawało się na swoim miejscu. Wyglądało ciekawie. Inspirująco. Zachęcająco. Len Faki, Instytut, Warszawa. 3:0 żeby jechać. Podróż do stolicy w piątek do pracy okazała się jednak dłuższa niż można było się tego spodziewać, a Instytut Energetyki nie znajduje się jednak obok stacji metra. Nie oszukujmy się, czuliśmy się trochę jakbyśmy jechali na festiwal. Aplikacja Jakdojadę uraczyła nas trzema przesiadkami! Stolica…
Podjeżdżamy pod budynek. Wysiadamy z samochodu. I tutaj właśnie okazało się, że te wszystkie filmiki, zdjęcia i wizualizacje z internetu nie oddają w żaden sposób tego, co znajdujesz na miejscu. Pośrodku prawie niczego stoi nagle ni z tego ni z owego olbrzymi ul. Jeszcze nie byłeś w środku, a już wiesz, że nikt nie skręcał voltów, że nikt nie boi się sąsiadów, że nikt nikomu nie zabrania rozkręcać potencjometrów w maksymalne położenie. Ziemia się trzęsie, ściany z zewnątrz się trzęsą, zadajesz sobie pytanie: „czy to się przypadkiem nie zawali?”.
Wchodzimy do środka, Len Faki właśnie zaczyna grać, a kilkaset pokręteł jego maszynek świeci w pełnej gotowości. Szeroka, olbrzymia djka, mnóstwo miejsca dla gości i parkiet, który żyje własnym życiem. Ludzie są już rozgrzani, wchodzimy w imprezę w najlepszym momencie.
Instytut to miejsce chyba jedyne w swoim rodzaju. Te opowieści o burzach i zamianie naukowej miejscówki w techno mekkę robię wrażenie nawet na rodzicach. Na mnie wrażenie robi to, że na samym środku parkietu stoi olbrzymi, podświetlony słup do nie wiem czego. Wysokość kilkunastu pięter od parkietu do sufitu jest regularnie przemierzana przez stroboskopy, pod sufitem kręci się niebieskie ufo świateł. Ta impreza tworzona jest z prawdziwym rozmachem i ku mojemu szczęściu, sentyment osób, które były tam w piątek któryś raz z rzędu, może rywalizować z przyszłością. Nie jest tylko mrzonką i wspomnieniem czegoś, co kiedyś było fajne, ale dzisiaj to już w zasadzie faux pas, wręcz nawet czasami wstyd. Ten sentyment jest czymś uzasadniony, a Instytut ma nieograniczone wręcz pole rozwoju. Mogę pobujać w obłokach? Na Fakim parkiet z jego perspektywy był zapełniony i rozgrzany do czerwoności, a przecież zmieściłoby się w hali jeszcze raz tyle osób. Nawet trzy razy tyle. Przez moment na imprezie stwierdziłem, że gdyby pod sufitem zamontować jeszcze jedną, dwie kraty takich stroboskopów, za djem dać mapping 3D, to Instytut mógłby być jedną ze scen Time Warp PL i co więcej, bylibyśmy nawet dumni z takiej miejscówki. Nie wiem, czy w okolicach Warszawy istnieje lepsze miejsce na imprezę techno. Klimatyczne lokale na pewno znajdziecie, ale hali, w której można zrobić piorun, o takiej przestrzeni i tak industrialnym klimacie – ze świecą szukać. To jedna z tych „porąbanych” (w dobrym względzie) imprez, pozwalająca przez chwilę poczuć moc muzyki techno.
Organizacyjnie? Chapeau bas. Time-table podany na dwa dni przed imprezą i powyklejany wszędzie, gdzie się dało. Wychodzisz od razu na dwór się przewietrzyć lub zapalić, jesz żarcie z food tracków, patrzysz jak nad jakimś polem wschodzi słońce, patrzysz jak zahipnotyzowany w dwunastopiętrową ścianę bez okien, by za moment wejść przez drzwi i zniknąć w jaskini techno.
Domyślamy się, że koszty organizacji takich eventów właśnie tam, mają swoje ograniczenia. Wiemy, że Time Warp nigdy nie zagości do Polski. Że festiwal z piętnastoma gwiazdami nawet na jednej scenie, zabiłby biletami naszych rodaków. Ale o takich wielkich rzeczach marzyliśmy tańcząc na parkiecie w Instytucie. Ciągle nam mało i życzymy organizatorom, by im też było mało. Feeling był znakomity. Faki chyba też był zadowolony, bo dodał w piątek o 6:00 zdjęcie na Facebooku stojąc w tych swoich pomarańczowych trampkach przed betonowym potworem. Myślę, że był tam samo pozytywnie zaskoczony tą miejscówką jak my.
Relacja: Michał Mrozek
