Bywałem na imprezach w magazynach, na plaży, statku, dachu, ale nie przypominam sobie bym bawił się w lesie.

Była końcówka maja, sezon letnich festiwali zbliżał się wielkimi krokami, a większość ludzi już miała zaplanowane swoje eventowe podboje. Wyjątkowo nie ja. W tym roku byłem festiwalowym wyznawcą „last minute” i całkiem przypadkiem natrafiłem na Lost Village, który kusił nie tylko znakomitym doborem artystów, ale także miejscem densów.

Przenosimy się na Wyspy Brytyjskie. Miejscowość Lincolnshire brzmi trochę jak z Władcy Pierścieni. Zwłaszcza, że całkiem niedaleko na mapie znajduję Norton Disney. Oddalając się nieco dalej, jesteśmy gdzieś na północ od Londynu, na wysokości Manchesteru czy Liverpoolu, ale bardziej na wschód, choć nie nad morzem.

W swoim życiu bywałem na imprezach odbywających się w opuszczonych magazynach, na plaży, statku, dachu, ale nie przypominam sobie bym bawił się przy muzyce elektronicznej w lesie, a taka lokalizacje przygotowali organizatorzy Lost Village. Po krótkim namyśle, spakowałem preparat na kleszcze i udałem się w wyżej niedoprecyzowane tolkienowskie miejsce we wschodnim Śródziemiu.

Przyzwyczajony do tłumów, kolejek, ścisku czekałem na zatłoczone uliczki, których w nieodległej miejscowości Newark jest pełno. Jednak zamiast dobrze znanego widoku ujrzałem kilka drzew, samochodów i pusty autokar zaparkowany z boku dworca, który stał w miejscu, gdzie raczej bociany mają pętlę, niż gdzie znajduje się miejsce docelowe tysięcy ludzi spragnionych muzyki.

Zdziwiony, przestraszony i zaniepokojony  nie widziałem do końca czy wysiadłem na właściwej stacji, czy pomyliłem weekend, pociąg czy po prostu jestem głupi i źle zaplanowałem podróż.

Po krótkiej chwili moje wątpliwości rozwiała sympatyczna dziewczyna, która niczym diler sprzedający dragi wyłoniła się za moich pleców i cichym głosem spytała: Jedziecie na Lost Village?

Tak.

To proszę kierujcie się do autokaru.

Uffff… Dalej pozostaje pytanie: dlaczego nikogo nie ma? Festiwal trwa w najlepsze, jest sobota, środek dnia. Czyżby wydarzenie mające w swoim line upie same gwiazdy, okazało się frekwencyjną klapą? A może po prostu wszyscy są tak zachwyceni, że od samego rana czekali po bramami?

Po dziesięciu minutach jazdy pustym autokarem wysiadłem w środku lasu, gdzie moim zmęczonym ciągłym zdziwieniem oczom ukazała się droga do muzycznej rozpusty jaka właśnie dla mnie się zaczyna.

Zanim to jednak nastąpi, czas na odebranie akredytacji prasowych, miejsc na polu namiotowym i kilku innych spraw organizacyjnych, które jak się za chwilę okazało przebiegły szybko, sprawnie i bez problemu. Wszystko z sprawą bardzo dobrej organizacji, z którą nie zawsze potrafią sobie poradzić inne festiwale. Jeżeli chodzi o Lost Village, to nie mogę przyczepić się absolutnie do niczego.

Chyba pierwszy raz w życiu będąc na festiwalu bez przerwy zachwycałem się dosłownie wszystkim co mnie otaczało. Przystrojone drzewa, jezioro, wymalowani ludzie, kolorowe stroje oraz teatralna oprawa całego festiwalu sprawiała wrażenie, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym, w czymś coś przenosi nas w inny wymiar do innego świata. Do tego trzeba dodać o scenach rozmieszczonych w różnych częściach tego niezwykłego miejsca.

Oprócz sceny głównej, było również takie, które wyglądały jak stare opuszczone szopy w których grali artyści. A tych było wielu. Ogarnąć wszystkich nie wchodziło w grę.

Bez kombinowania, wyliczania i dzielenia setów po połowie wybrałem Forgoten Cabin, gdzie mieli zagrać Mind Against, Ame, Mano Le Tough. Oj działo się, działo.

Na pozostałych również było interesująco: Jackmaster, Joy Orbison, Levon Vynehall czy na scenie głównej Catz N Dogz, których z obywatelskiego obowiązku musiałem usłyszeć. Muszę przyznać, że chłopaki zawładnęli sceną główną i pomimo wczesnej godziny przyciągnęli tłumy, po których było widać zadowolenie. Kolejny raz  brawa i szacunek dla tego duetu.

Bez wątpienia ten wieczór należał do Mano, który znakomicie zakończył wieczór. Podczas jego setu było wszystko, to co lubię. Wstęp, rozwiniecie i zakończenie skleiło się na znakomitą muzyczna podróż.

Zreszta wszyscy artyści wywiązali się ze swoich zadań wzorowo i tak naprawdę nikomu nic zarzucić nie można. Klimat, ludzie, dobre nagłośnienie, mnóstwo dobrych numerów, pozytywną energia czy Ame grający live swój znakomity numer Mortoon II… Na sama myśl mam ciary na swojej skórze. Zdecydowanie za dużo emocji jak na jeden dzień. Wybiła druga nad ranem, czas wracać na pole namiotowe – spać. Światła zgasły, sceny opustoszały, kolejny festiwalowy dzień dobiegł końca, ale nie na polu namiotowym. Tam impreza trwa najlepsze. Wszystko w przyjaznej i bezpiecznej atmosferze. Kolejne potwierdzenie na to, ze Lost Village jest czymś wyjątkowym.

Chce się napisać, ze poranek był cudowny, ale tak nie było. Wszystko za sprawa zbyt dużej ilości muzyki zeszłej nocy, dlatego bez koloryzowania przejdę do niedzieli, która była niestety ostatnim dniem tego muzycznego szaleństwa.

Tego dnia nie było czasu na narzekanie czy zmęczenie. Z godziny na godzinę słońce wychodziło za chmur, w lesie zbierali się ludzie, a na scenach swoje sety prezentowali Maribu State, Robag Wruhme, Fatima Yamaha, Kink, John Talbot, Roman Flugel oraz artysta, którego miałem usłyszeć pierwszy raz w zyciu – Dj Koze. Schowany między drzewami, na scenie przypominająca opustoszałą szopę, zagrał jeden z najlepszych setów, jakie miałem okazje usłyszeć w swoim życiu.

Patrząc z perspektywy czasu, właśnie on zaprezentował się najlepiej podczas całego Lost Village. Cały set był bardzo dobrze przemyślany, że stojąc, bawiąc się pośród tylu kolorowych ludzi zapominało się o całym świecie i nie chciało się wracać do rzeczywistości.  Nie wiem czy to magia tego miejsca czy DJ Koze zawsze wprowadza taki klimat podczas swoich setów, ale jeżeli będziecie mieli możliwość go usłyszeć, to nie zastanawiajcie się.

Podniecony  setem Koze, wpatrzony niczym krasnoludek w Królewnę Śnieżkę dotrwałem do końca festiwalu.

Lost Village jest wydarzeniem wartym odwiedzenia, pomimo tego, ze trzeba wydać na niego trochę pieniędzy… Jednak przy odpowiednio wczesnym zaplanowaniu można finansowo dać radę. Zresztą warto. Jeżeli tylko czas mi pozwoli, to w przyszłym roku obowiązkowo tam się pojawię. Nie jest ważne kto tam zagra, bo atmosfera na miejscu wynagradza wszystko. Gorąco polecam!