Ciekawa promocja, nieco enigmatyczna koncepcja i rezygnacja z szerokiego line-upu kosztem gwiazdy. Po prostu One Man Show. Niewiele jest elektronicznych gwiazd, które mogą pozwolić sobie na taki cykl, ale jedną z nich jest ochrzczony wielokrotnie po prostu „Ryszardem” czyli stary wyjadach… Richie Hawtin. Jego cykl „Close” bardzo nas interesował. W końcu udało się nam złapać Richiego w Glasgow.
O2 Academy to jedna z dwóch sal koncertowych w tym szkockim mieście. Druga to 02 ABC. Ta, w której zaplanowano występ Hawtina to wyremontowane i przebudowane w 2003 roku kino. Na miejscu pojawiliśmy się już o godzinie 19:00 szkockiego czasu, by posłuchać co ma do zaproponowania support czyli TM404. Chłopak rozgrzewał parkiet, początkowo brzmiało to jak próba dźwięku, ale z chwili na chwilę parkiet zaczynał powoli się bujać… Z minutę na minutę przybywało zainteresowanych Hawtinem. Co nas akurat pozytywnie zaskoczyło to średnia wielu w O2 Adacemy… Szacujemy, że publika Hawtina miała od 30 do 55 lat.
Organizacja w hali? Wszystko w porządku. Nie było kolejek, choć sala jest stosunkowo mała. Bar główny był przy wejściu, dwa bary boczne w połowie danceflooru. Kupowanie szkockiego piwa (oczywiście na pinty!) szło całkiem nieźle. Szkoda, że w plastiku, ale za to lane do pełna po brzegi. Jak to wszędzie w Szkocji. Musi lać się po rękach.
Około godziny 21:20 zgasły światła. Puszczono dym. Sala była już wypełniona bo brzegi, a Hawtin ruszył bez sentymentów z grubej rury z mocnym basem. Było bardzo głośno w porównaniu z supportem, choć uszy na szczęście nas nie bolały. O2 Adacemy to dobrze nagłośnione miejsce, było wrażenie, że stojąc na dancefloorze muzyka otaczała Ciebie z każdej strony. Były ciarki. Ludzi powariowali. Momentami podłoga drżała od basów i to sklejało ten event w jedną spójną całość. Dla nas bomba.
Na scenie Hawtin miał swoje podium z deckami po obu stronach. Momentami grał na dwie ręcę albo skakał z jednej strony na drugą. Tu pokręcił, tam pokręcił… W kilku miejscach zamontowano małe kamerki, które jak się później okazało, pokazywały na wielkim ekranie za Hawtinem i czasie rzeczywistym, cóż też Ryszard rogi na scenie, gdzie przekręca, co naciska. W czasach Boiler Roomów wydaje się to czymś naturalnym i dobrze, że publiczność może na własnej skórze przekonać się, że każdy sprzęt jest na tej scenie potrzebny.
Całość tego obrazu tworzyła wizualizacje i świetnie pasowała z muzyką. Do tego jego „ołtarz” był otoczony wielkimi głośnikami, po 10 z każdej strony i po kilka małych dookoła. Momentami wydawało się, że Hawtin bawi się w tym epicentrum wszechświata sam i przeżywa swoją muzykę bez nas. Momentami jednak przypominał sobie o publice, odwracał się w jej stronę i skakał… trochę jak ze szczęścia. Całe show to jednak rzecz fenomenalna.
Przez półtorej godziny nikt nie ruszył się z miejsca, nikt nie biegał po kolejne piwo, bo nie było na to czasu. Wszyscy byli jak w amoku. Było głośno i dynamicznie. Jak grał sam Hawtin? Trudno powiedzieć. Na początku przypominał styl Gaisera z numerem Stamina, a sample były lekko znajome. Ogólnie było jednak dużo wszystkiego… Do tego pasował album „Closer”. Potem trochę jakby się uspokoiło, Richie wszedł w swoją skórę Plastikmana z alubum „Ex”. Całość zakończyła się po prawie dwóch godzinach. Ludzie skandowali „One more tune!”, ale Hawtin tylko się ukłonił i wyszedł.
Cena? £29.50 to dla przeciętnego fana za czterogodzinną imprezę wygórowana sprawa, ale tak czy siak warto było tam być.
Relacja: Michał Gasiński