Tegoroczny Sonar Festival już za nami. Ciężko było tego nie zauważyć… Prawie wszyscy topowi DJe wstawiali zdjęcia z Barcelony, telewizje transmitujące imprezy prześcigały się w publikowaniu setów, Sonar to, Sonar tamto. To jeden z największych festiwali na świecie. I najdojrzalszych, bo w tym roku event obchodził swoje dwudzieste czwarte urodziny.

Podczas kilku dni na kilku festiwalowych scenach mogliśmy usłyszeć takich artystów jak: Moderat, Nicolas Jaar, Vitalic, De La Soul, Marcel Dettmann, Eric Prydz, The Black Madonna, Nina Kraviz, DJ Shadow, Little Dragon, Justice, Arca, Forest Swords, Dubfire i wielu, wielu innych.

Sonar by Day

Atmosfera dziennego Sonar, kolejny raz nadała festiwalowi niesamowitego klimatu, bo oprócz dobiegającej z każdej strony muzyki, można było spotkać również … rodziców ze swoimi małymi dziećmi, które przez najbliższe dni miały lekcje muzyki jakiej można im tylko pozazdrościć. Całość dała mi obraz znakomitego pikniku.


Po całodniowym obijaniu się na słońcu przyszedł czas na rozprostowanie kości i udanie się do SonarHall gdzie o godzinie 18:30 wystąpił powracający z nową płytą Forest Swords. Była to jedna z niewielu okazji usłyszeć tego znakomitego artystę. Podczas swojego show artysta zaprezentował materiał ze swoich dwóch krążków. Całość utworzyła bajkowy klimat, który przez bardzo długo był komentowany przez publiczność. Szczerze mogę napisać, że był to najlepszy koncert tego dnia .


Po bardzo wciągającym Forest Swords, przyszedł czas na austryiacki zespół HVOB, który chyba sam nie spodziewał się takiego przyjęcia przez publiczność. Klimatyczna i hipnotyzująca muzyka grupy idealnie sprawdziła się na świeżym powietrzu i co bardzo ważne na scenie głównej. Swoimi niepozornymi i nastrojowymi kompozycjami doprowadzili licznie zgromadzonych do czerwoności. Były brawa, wrzaski i nie wiadomo skąd przy błękitnym niebie…chwilowy deszcz. Godzina z grupą, to zdecydowanie za mało.



Kolejne festiwalowe dni w ciągu dnia przyniosły występy takich nazwiska jak: Suzane Ciani, River Tiber, Marie Davidson, Optimo , Shon, Nico Muhly, Veronica Vasicka czy Nonotak.

Pomimo bardzo dobrych występów, należy wyróżnić duet, który od jakiegoś czasu szturmuje festiwalowe sceny – Floorplan. W skład projektu wchodzą Roberd Hood wraz z córką Lyric. Podczas ich występu dopchać się bliżej sceny graniczyło z cudem. Ten komu się udało, należy się medal.

Niemniejszą popularnością cieszył się koncert grającego na scenie głównej z Fat Freddy’s Drop. Energia jaka biła od grupy i show zaprezentowany przez jednego z członków zespołu na pewno przejdą do historii. Dlaczego? To trzeba było zobaczyć, bo opisać chyba nie dam rady.

Jeżeli komuś było mało , to na pewno mógł wyszaleć się podczas setu Damiana Lazarusa. Kolejny raz potwierdził swoją klasę. Nie znam ani jednej osoby, która po jego secie wyszła niezadowolona. Damian zadbał bowiem nie tylko o muzykę ale o wystrój. Jego stół był ozdobiony morzem kwiatów, oraz świeczek.


I na sam koniec dziennej części warto wspomnieć o dwoch koncertach odbywających się w SonarHall. Właśnie tam w piątek pojawił się Clark, którego fanem na płytach nie jestem, ale to co usłyszałem i zobaczyłem na żywo wprawiło mnie w zachwyt. Znakomite show, mocna muzyka i ciemna hala dało niesamowity efekt końcowy. Po tym występie na nowo zapoznałem się jego twórczością.

Dla wielu ludzi Sonar by day jest wystarczającym powodem by pojawić się w Barcelonie, ale w tym roku dało się usłyszeć krytyczne uwagi na temat line upu, który według wielu w porównaniu ze wcześniejszymi edycjami nie miał wielu wielkich nazwisk. Patrząc wstecz, to faktycznie da się zauważyć , że na tle poprzednich lat nie było aż tak bogato. Jednak należy pamiętać, że podczas trzech dni można nadrobic nie tylko muzyczne zaległości i odkryć nowych artystów, ale także zapoznać się nowinkami technologicznym. Do tego należy dodać leżenie na trawie i popijanie drinków w słońcu. Nudy nie ma! Było co robić.

Sonar by Night

O ile Sonar by Night był czymś relaksującym rodzinnej atmosferze z biegającymi dzieciakami, to nocna część tego wydarzenia była już zarezerwowana dla dorosłych dzieci. Po szybkim dostaniu się autokarem do drugiej części miasta, gdzie odbywa się nocna część Sonar, przyszedł czas na inną odsłonę festiwalu. Na miejscu oprócz kilku scen możemy nie tylko zjeść, napić się ale także pojeździć elektycznymi samochodami (stąd nazwa sceny SonarCar)

Piątkowy wieczór przyciąga jednak początkowo na scenę SonarClub, gdzie swój koncert zaczyna DJ Shadow. Niestety w moim odczuciu nie odnalazł się w tak wielkim miejscu i gdzieś nie potrafił zainteresować mnie swoim występem, pomimo tego, że lubię bardzo jego muzykę. Niestety wiało nudą.

Czego nie można napisać o grającym po nim Jonie Hopkinsie. Jego albumy hipnotyzują i mogę ich słuchać i słuchać. Tak samo bylo podczas jego setu. Idealnie wprowadził i bardzo nakręcił na Moderat, którzy mieli pojawić się już za chwilę na tej samej scenie.

Zespół słyszałem na żywo już kilka razy i za każdym razem było podobnie. Myślałem, że tym razem czymś zaskoczą. Jednak ich koncert praktycznie nie różnił się od tego co grają na swojej trasie. Te same wizualizacje i zerowe zaskoczenie. Jednak dobrze było usłyszeć na tak dobrym nagłośnieniu „Rusty Nails’, „A New Erroor”, „Bad Kingdom” czy „Running”. Grupa na żywo wypada znakomicie i jest stworzona do grania w takich warunkach. Tym razem również było genialnie, ale ile można oglądać to samo. Jeżeli kotś słyszał trio pierwszy raz albo po kilku latach, to na pewno zaliczył koncert do udanych.

Po 45 minutach musiałem opuścić Moderat, by udać się na najbardziej wyczekiwanego prze ze mnie artystę – Nicolasa Jaara. Po kilkuletniej przerwie producent, wokalista i DJ wrócił do Barcelony i dał najlepszy koncert podczas tegorocznej edycji. Ci, którzy liczyli na spokojne , melancholijne brzmienia mogli być zaskoczeni. Samotny na scenie ze znakomita oprawą wprowadził w trans. Jego koncert nie był kolejnym na Sonar, był podróżą jakiej nie doświadczyłem wcześniej. Podczas tej podróży usłyszeliśmy numery z ostatniego albumu m.in. „Killing Time”, „Three Sides of Nazareth” czy rewelacyjny „NO”.

Ostatnią w kolejce do wysłuchania została Nina Kraviz. O jej umiejętnościach technicznych krążą legendy. Miałem okazję usłyszeć kiedyś rosyjską piękność i nie mogę zaliczyć tego wydarzenia do udanych. Tym razem miało być inaczej. Niestety tak się nie stało. Nie wiem czy to stres czy może liczna publiczność, ale przez prawie dwadzieścia minut grała numer za numerem, nie mogła poradzić sobie ze sprzętem. Obserwując na spokojnie miałem przed sobą obraz… Nina swoje, muzyka swoje i publiczność swoje. Nie było do dobre zakończenie tej dobrej nocy. A szkoda.

Sobotnia noc zaczęła się dla mnie o północy. Wtedy udałem się posłuchać duetu, który tej nocy grał aż sześć godzin. Panowie Seth Troxler & Tiga wypełnili po brzegi SonarCar. Udało mi się posłuchać ich 1,5 godziny i przyznaje, że była to przyjemność dla ucha. Gdybym mógł zostać dłużej, to bym tak zrobił, ale inne sceny wzywały.

Headlinerem bez wątpienia byli chłopaki z Justice. Nigdy nie byłem fanem ich twórczości, ale słyszałem, ze na żywo są niesamowici. A skoro ludzie zachwalają, to poszedłem sprawdzić. Tylko na chwilę. Jednak moja chwila zamieniła się w godzinę. Takiego tłumu nie widziałem dawno. Francuski duet podczas swojego koncertu nie miał ani jednego słabego momentu. Całość została dopieszczona znakomitymi wizualizacjami i hitami „D.A.N.C.E”, czy „We Are Your Friend”. Teraz osobiście mogę podwierdzić, że są rewelacyjni.



Na zakończenie zostawiłem sobie scenę SonarPub. Przedostatnim, który uświetlnił mój pobyt był Vitalic z którym mam tak samo jak z Moderat. Słyszałem go już wiele razy i zasze pojawiają się te same numery. Podczas godzinego live dostaliśmy m.in. „La Rock”, „No Fun”, „Stamina”, „Second Lives” wzbogacone o „Lightspeed” i „Waiting For The Sun” z nowego albumu. Muszę przyzanć, że pomimo tego, ze wspomniane kawałki znam już na pamięć, to tym razem całość skleiła się w najlepszy występ artysty jaki widziałem. Nie wiem czy to magia miejsca, ale dobrze było go usłyszeć włąśnie na Sonar. Jak dla mnie jeden z lepszych występów podczas Sonar 2017.

Ostatnią na tej samej scenie była kobieta, która w ostatnim czasie pojawia się wszędzie. The Black Madonna, lansowana jest przez portale czy magazyny tak samo jak Nina Kraviz. Z tą różnicą ze pierwsza pani jak się okazało potrafi nieźle grać i porwać ludzi. Nigdy nie miałem okazji jej posłuchać, ale to co otrzymałem w zupełności mi wystarczyło. Dynamiczy set był idealnym zakończeniem maratonu z Sonar.

Zbliżała się 7 nad ranem, słońce zaczynało grzać, festiwal dobiegał końca, a ludzi nie ubywało. To jest właśnie Sonar. Była to moja czwarta edycja i mogę śmiało polecić każdemu. Bez względu na line up i tak wyjedzie się zadowolonym. Ani zdjęcia, ani relacja, ani filmiki nie oddadzą klimatu jaki tutaj panuje. Strach pomyśleć co będzie dziać się za rok podczas 25 edycji.

                                                                                                                                                                                                        Relacja: Łukasz Stodulski
                                                                                                                                                                                                        Zdjęcia: Michał Gasiński