Znowu? Kolejny raz jedziesz na Sónar? Jeden z redakcyjnych kolegów wydawał się zdziwiony, gdy oznajmiłem, że w tym roku ponownie wybieram się do Barcelony by wziąć udział we wspomnianym wydarzeniu, które powróciło po wielu perypetiach (spowodowanych wiecie czym) na dobre.

Czy tegoroczna edycja różniła się od wcześniejszych w których brałem udział? Na samym wstępie mogę napisać, że z Sónar Festival jest jak z dobrym filmem. Oglądało się wcześniej, wiemy czego się spodziewać, jednak dalej bawi, cieszy i zachwyca. Testy? Maski? Nie. Wszystko było jak za starych dobrych czasów.

Tak jak w latach poprzednich festiwal został podzielony na dwie części odbywające się w różnych miejscach Barcelony: dzienną oraz nocną. Pierwsza obfitowała nie tylko w koncerty czy sety djskie. Ważnym elementem były również debaty z artystami, możliwość uczestniczenia w wielu artystycznych projekcjach czy nowościach technologicznych odbywających się w ramach cyklu Sónar +D.

Program był bardzo bogaty i wcale bym się nie zdziwił jakby ktoś przegapił występy swoich ulubionych artystów dla wymienionych wcześniej atrakcji. Dla wszystkich, którzy chcieli wziąć udział w części nocnej organizatorzy podstawili tradycyjnie autokary. Podróż zajmowała 20 minut, a na miejscu czekała masa występów do 8 nad ranem.

Sónar Festival to zdecydowanie niesamowite widowisko wizualne. Każdy występ obfitował w bogatą oprawę graficzną, której nie można doświadczyć na innych wydarzeniach. Nie wiem jak organizatorzy dobierają artystów, ale bez względu czy ich się zna czy nie – muzyczne doznania gwarantowane. Praktycznie każdy występujący pozytywnie zaskakiwał i nie można było zatrzymać się na chwilę by posłuchać. Tak jak w latach poprzednich tak i w tym było w czym wybierać. Kogo nam udało się usłyszeć?

Pongo. Bez bicia. Nie wiedziałem kim jest artystka. Jednak pierwsze spotkanie z jej muzyką mnie zaciekawiło. Zgromadzona publika pod sceną znała jej numery. Ja kojarzyłem brzmienia, ale dalej nie widziałem kim jest, jak się okazało Pongo jest autorką największego hitu Buraka Som Sistema – „Wegue Wegue”. Jej koncert był miksem kudro, EDM, dancehall a nawet bym napisał dobrego pop. Zdecydowanie jeden z lepszych koncertów. Sónar dopiero się zaczął, a ja już byłem muzycznie spełniony.

Jayda G. W ostatnich kilkunastu miesiącach artystka była bardzo promowana w mediach. Nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać po jej występie. Jayda była gwiazdą pierwszego dnia, gdzie zagrała na największej scenie SónarVillage. Ulokowana na świeżym powietrzu scena była najbardziej okupowaną. Od pierwszych granych dźwięków producentka miała publiczność w garści. Nawet nie wiem czy to było house, disco czy tech – house. To po prostu była dobrze dobrana muzyka w odpowiednim miejscu w odpowiedniej godzinie. Dawno, ale to dawno nie spędziłem dwóch godzin słuchając jednego seta. Coś wspaniałego i wartego powtórzenia. Zdecydowanie najlepszy występ podczas Sonar by Day.

The Chemical Brothers. Przed rozpoczęciem tegorocznej trasy duet zapowiedział premierowe show. Znakomita wiadomość dla kogoś jak ja, kto w ostatnich latach słyszał grupę wielokrotnie i za każdym razem wychodził znudzony. Wszystko przez fakt powielania tego samego widowiska. Chemiczni bracia nie zmieniali absolutnie nic. Jak było tym razem? Niestety na zapowiedziach się skończyło. Już po pierwszych dźwiękach „Block Blokin” wypełniona po brzegi publiczność otrzymała znane wcześniej wizualizacje. Wyglądało to tak, jakby duet odwrócił kolejność prezentowanych utworów. Najnowsze show było wzbogacone o nowe numery, ale niestety było to zdecydowanie za mało. Były znane z poprzednich występów wizualizacje, roboty czy wyrzucane w publiczność dmuchane piłki. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Jednak chcę zaznaczyć, że jeżeli ktoś widział duet pierwszy raz, to mógł wyjść zachwycony.


Arca.
Sporym zaskoczeniem było umieszczenie artystki w części nocnej. Dotychczasowe występy za dnia były bardzo teatralne i idealnie wpisywały się w klimat. Jednak część nocna, to „wielkie” wydarzenie. Wydawać by się mogło, że Arca nie jest tak „wielka” by przyciągnąć tłumy. A jednak nie było tak źle. Występ zaczął się od kapitalnego „Time” i w sumie wielu się zdziwiło, że nie mogliśmy usłyszeć zbyt wiele jej śpiewu. Po kilku utworach Arca skupiła się na swoim secie, który trochę w moim mniemaniu sprawdziłby się idealnie na wielu polskich wiksiarskich dyskotekach. Publiczność była zachwycona. Ja? Powiedzmy, że też.

Moderat. Grupa jest częstym gościem wielu wydarzeń muzycznych. Wielokrotnie słyszeliśmy ich w naszym kraju. Gościli również kilka razy na Sónar. Tym razem pojawili się by promować swój ostatni album. Tak jak w latach poprzednich usłyszeliśmy ich hity: „A New Error”, „Bad Kingdom” czy „Rusty Nils”. Cały koncert był znakomity. Trio kolejny raz zaskoczyło swoim widowiskiem. I nie zanudzili jak The Chemical Brothers. Znakomity występ.


The Blaze. Duet był jednym z headlinerów festiwalu. Jestem fanem ich twórczości. Nie miałem pojęcia, że są aż tak popularni. Dostać się na ich występ było nie lada wyzwaniem. Poprawne show niczym nie różniło się od tego co nie można było zobaczyć internecie. Miałem tego świadomość. Jednak fajnie było usłyszeć ich na żywo pierwszy raz.

Helena Hauff. Ja widziałem, że to będzie jeden z lepszych setów. Helena jest jedną z tych artystek, której się chce i dużo wkłada w swoje występy. Nie znam jej osobiście, ale takie można odnieść wrażenie słuchając jej na żywo. Gdy większość artystek gra nudne i przewidywalne techno, Helena która zaskakuje i pokazuje jego ambitniejszą wersję. Nie przesadzę pisząc, że rozniosła sonarowych poranek zaskakując doborem granych numerów. Chciało by się więcej. Zdecydowanie.

Richie Hawtin. Czy Hawtin potrafi zaskoczyć? Zdecydowanie tak. Artysta udowodnił to swoim występem. Nie wiem czy to magia festiwalu, ale słyszałem Richiego wielokrotnie i odnoszę wrażenie, że za każdym razem jak pojawia się na Sónar to gra inaczej niż na innych festiwalach. Znakomite show jednego artysty, które trzeba zobaczyć, bo opisać się tego raczej nie da. Riche Hawtin dalej w formie i słusznie nazywany ikoną techno.

I na sam koniec, krótkie podsumowanie. Czy warto wybrać się na Sónar Festival? Zdecydowanie tak. Nawet bez znajomości line up’u. Panująca atmosfera na miejscu robi swoje. Do tego znakomita pogoda i niezliczona ilość naprawdę dobrej muzyki. I strach pomyśleć co wydarzy się za rok podczas jubileuszowej trzydziestej edycji.