Nie będziemy wklejać tutaj oklepanych tekstów w stylu „winyl wraca do łask”, ale oprzemy się na twardych danych z rynku brytyjskiego! Co prawda cyferki z tabelki dotyczą całej branży ogólnie, ale jako fanatycy elektroniki nie ukrywamy, że płyta winylowa to też część „klubowego kultu”. Jak się okazuje, na Wyspach sprzedaż płyt winylowych przynosi większe zyski niż… nabijane w setkach tysięcy sztuk wyświetlenia na YouTubie!
Spójrzmy na sprawę z poetyckiego punktu widzenia: 127 lat temu niejaki Emil Berliner uzyskał patent na technikę utrwalania dźwięku na pięciocalowych płytach z twardego kauczuku, obracające się z szybkością 70 obrotów na minutę. Minęło wiele lat, powstało wiele udoskonaleń, ale idea pozostała wciąż taka sama – analogowe nagranie dalej zostaje utrwalone w spiralnie poprowadzonym rowku na powierzchni okrągłej płyty.
Dane z brytyjskiego rynku, podane przez szefa stworzyszenia producentów Geoffa Taylora o dziwo obalają czysto ekonomiczne spojrzenie na sprawę, bo z punkty widzenia producenta: można by stwierdzić, że najważniejsze w muzyce to szybka i łatwa dostępność, a także ochrona praw autorskich. Tymczasem rynek pokazuje zupełnie coś innego.
Analitycy wyliczyli, że w 2013 roku globalna sprzedaż wyniosła ok. 218 mln dolarów, a w 2014 może sięgnąć nawet 400 mln dolarów. W Grejt Brytyn w ubiegłym roku sprzedano podobno aż milion i trzysta tysięcy płyt winylowych, na których zarobiono więcej pieniędzy niż na 14 miliardach wyswietleń na Jutjubie.
Na początku XXI wieku, można było spokojnie stwierdzić, że jakość dźwięku jest kwestią wtórną. Ludzie przyzwyczaili się do słuchania dźwięku na głośnikach laptopów, czy tanich słuchawkach telefonów. Powstała także masa urządzeń z dźwiękiem wysokiej rozdzielczości. Ale w cyfrowym świecie dźwięku zauważamy wielkie zmiany. Ludzie powoli przestają się zachwycać nowinkami technicznymi i coraz częściej sięgają po „oldskul”, a twórcy oferując to co najlepsze, dorzucają na przykład muzykę w cyfrowym formacie, którą można np. pobrać na telefon.
