Usiedliśmy przy malinowej herbacie i w związku z pierwszym dniem jesieni zbliżającym się przerażająco szybko postanowiliśmy przejrzeć nasze letnie wspomnienia. Co nas zaskoczyło? Kto jest ciągle na topie?

„Jesień gruchnęła przez grzejnik” jak nawija Łona. Może jeszcze nie ta astronomiczna, ani kalendarzowa, ale na pewno imprezowa. Nie byłbym takim szaleńcem, żeby gdzieś jeszcze w tej części Europy pojechać pod namiot. Karimata schowana w piwnicy, a halowe eventy rozpoczynają agresywną promocję. Czas zaszyć się w tłumie ciemnych przestrzeni. Ja tam jesień lubię. Pachnie deszczem, a on pachnie świeżością, zmianami, nowym rozdaniem. Flop. Turn. River.

Sezon rozpoczął się dla nas pod gołym niebem. To była pierwsza edycja Instytut Festivalu w Twierdzy Modlin. Koniec czerwca. Znana marka, znany temat, dobre techno. Nina Kraviz według naszej opinii udowodniła, że bierze udział w „Grze o tron” i ma co najmniej osiem smoków w kejsie. Ostatnio ktoś publikował jej zdjęcie w dresie na rosyjskim podwórku jak miała kilkanaście lat. Z tego kaczątka wykluła się już chyba ikona.

Sam Instytut Festiwal oceniliśmy wysoko. Lokalizacja niebanalna, miejsca dużo, line-up bardzo dobry. Jeszcze jakaś refleksja? Nina grała, bawiła się, pojechała. Na drugi dzień wstawiła na Facebooka zdjęcie z Decibel Open Air we Włoszech.  Nina w szpileczkach i – no lekką ręką dziesiątki tysięcy osób na zakurzonym polu. Tydzień późna była grała na Awakenings i też wrzucała zdjęcia z tych scen wysokości PRLowskiego falowca.

 

I znowu przypomniało mi się wtedy, że Polska jest cudowna, ale pewnych rzeczy nie przeskoczymy.

 

W lipcu hipstersko stwierdziliśmy, że potrzeba nam wyrwać się z rutyny. To była spontaniczna i odważna decyzja, ale… zamiast na Audioriver polecieliśmy do Porto na RPMM Festival. Stosunkowo niewielki event nad rzeką Douro i w kilku klubach zgodnie ze znaną już formułą: „całe miasto żyje muzyką”. To było wydarzenie akurat dla trzydziestolatków (hahaha), wszystko blisko, pięknie i to co najbardziej zaskakujące to wino z nalewaka.

Jeżeli chodzi o wnioski z Portugalii to… optymistyczne podejście organizatorów, którzy nawet nie zamontowali nad sceną dachu BO PO CO. (Trochę to dziwne, przecież nie tylko deszcz potrafi zniszczyć sprzęt, palące słońce jest równie problematyczne).

Drugi wniosek. Tak jak Nina udowodniła dominację na scenie techno, tak jednym z królów sceny house jest Kristian z Âme. Profesor. Choć nawet się nie uśmiechnął, to jednak profesor. (Może właśnie dlatego się nie uśmiechnął, bo profesor). Przyszedł, pograł dwie godziny, poleciał dalej. RPMM? Przyjemne, z potencjałem, ale szacujemy, że nigdy nie będzie legendarnym eventem. Za duża konkurencja.

Byliśmy też w Szkocji. Na Platform 18. Koncepcja z kosmosu. Po prostu konsoleta pod mostem, ludzie na ulicy, kilku djów i tyle. Nie było laserów, balonów i świecących rogów. Klimat i wręcz niezrozumiałe szaleństwo „na parkiecie” udzieliło się wszystkim. Muzyka i miejsce broniły się same.

To byliśmy już pod Warszawą, byliśmy zagranicą, teraz jeszcze bardzo lokalny rynek festiwalowy. Zaskoczył nas w tym roku event Ko:bity 2, który odbył się na ruinach Zamku Dybowskiego w Toruniu. (Znowu niezbyt mainstreamowo). Impreza zorganizowana przez grupę zapalonych pań. Chodziło o klimat i ten klimat był (choć zupełnie inny klimat niż na Platform. Wiadomo.)

Olbrzymie wizualizacje na ruinach, scena-namiot na przedzamczu, ciemno dookoła jak w lochu. Prowadząca na zamek kamienista ścieżka w lesie pod mostem oświetlana tylko pojedynczymi telefonami. Dawno nie czułem się jakbym szukał rave’u w puszczy. Zwłaszcza, że ravem to pachniało z kilometra, biorąc pod uwagę jak ciemno było nawet na samym evencie. Dodam, że była to impreza… za darmo. No drogie Ko:bity! Dzięki Wam można mówić jeszcze o undergroundzie. Komercja tego nie zjadła, najbardziej komercyjna była chyba Perła, którą popijało się po marchewkowym cieście i burgerach z buraka (no dobra, zjadłbym tam karkówkę z grilla jednak).

Polecam przy okazji: Ko:bity wywiad

(fot.Adrian Chmielewski)

Wnioski z tego lata? To była miła odmiana od dziesiątek tysięcy osób na masowych eventach. To było kameralne lato Kluboterapii. „Gwiazdy” postanowiliśmy zostawić sobie na deser. Na jesień. Plany na nasze podróże posnujemy jak już się ta jesień faktycznie zacznie.