Przygotowaliśmy recenzję książki „Noc jest życiem”.  To autobiografia Svena Marquardta, legendarnego bramkarza berlińskiego klubu Berghain.

Zacznijmy od początku. Z czego znany jest Sven Marquardt? Z czego chce być znany? Z czego ma być znany, bo tak sprzedają to wszystkie media? Z tego, że jest bramkarzem w berlińskim Berghain. Że to on decyduje kto wchodzi do klubu, a kto nie. I jest w tej selekcji dość surowy i jest legendą dla tych co nie wejdą. To mamy to ustalone. Ok.

Jego autobiografia ma 239 stron. Historia o byciu bramkarzem w Berlinie rozpoczyna się na stronie numer 199. Spodziewacie się więc  długiej rozbiegówki i 40 stron „mięsa” i anegdot? Czegoś, o czym jeszcze nie słyszeliście?

Pierwsza myśl? Oczywiście fajnie, bo Berlin, techno, Berghain, mur komuny, punk, niezależność, tatuaże i bunt. Druga moja myśl? Chłopie, męczyłeś tę książkę jak dawno żadnej nie męczyłeś.

Czego się spodziewałem? Prozatorskiego opisu teledysku do numeru Westbama „You need the drugs” (najlepiej w remiksie). To czarno-białe urywki, które nic nie znaczą. Splatają się jednak z rytmiczną, porąbaną całość. Niemniej jednak, te urywki, już trzy lata temu dostarczyły mi większych emocji i informacji o Berlinie i narkotycznej kulturze klubowej niż 239 stron biografii Marquardta. Gość po prostu chce zwrócić na siebie uwagę i ubić jeszcze interes na swojej osobie, skoro powstają nawet kartonowe atrapy bramki w Berghain. Większość książki poświęca swojemu dorastaniu w Berlinie Wschodnim. Może i byłoby to pasjonujące, z tym, że Marquardt, oprócz fotografowania… nie wyróżnia się niczym. No jeszcze tym, że jest gejem. I punkiem. Ale tak się składa, że jestem fanem biografii (z tego względu, że moja pewnie bestsellerem nie będzie) i Sven nie jest jedyną osobą za wschodnim murem Europy. Z tej samej strony muru jest też na przykład Michał Urbaniak, którego biografia rozdziawia gębę. Nie wiem, czy chodzi o sposób narracji, czy po prostu o prawdziwie artystyczne życie. Sven – jak wyczuwam z książki – artystyczny dryg połykał od innych i to inni go kształtowali, a nie on innych. A to nie świadczy dobrze o artyście. Bo na artystę kreuje się przez 239 stron.

Pozostawię teraz czytelników z dwoma pytaniami otwartymi. Po co gość z tatuażami rzucił się na autobiografię? Czy bycie „bramkarzem” naprawdę może być tak społecznie niesamowite?

Sven – przez te 40 stron opisujących karierę bramkarza – ocenia ludzi. Pachnie trochę jak zemsta za to, że musiał jako punk uciekać przed policją i że go wyrzucili z roboty i że stracił kolegę, gdy okazało się, że jest gejem.

Tak czy siak chciałbym podziękować Fundacji Kultural Kolektiv za stworzenie szansy czytania po polsku o książkach, które ukazują się „na zachodzie” i choć stykają się z naszą kulturą klubową. Niech fakt, mocno ekshibicjonistycznej (nazywajmy po imieniu) książki, nie zniechęci was do dalszych działań. Nawet jeśli kolejne przekłady mają się ukazywać z trzyletnim opóźnieniem, przeczytam wszystko. Co po polsku, to po polsku. Ciężko jednak unikać porównania do innej książki od Kultural Kolektiv. „Berlin, techno i technoturyści” to był strzał w dziesiątkę, który wyostrzył apetyty. A „Noc jest życiem”? Cóż… Tyle tam tej „nocy”, co „opowieści” z Berghain.