To już chyba naprawdę ostatnia okazja, żeby zrecenzować dla Was film T2. Wyczekiwany w klubowym światku od dwóch lat. Kultowy, choć w sumie nie wiadomo dlaczego, bo ktoś kiedyś komuś powiedział i tak już zostało.

Premiera filmu odbyła się tak dawno, że sam już nie pamiętam, ale nie miałem czasu by usiąść i napisać ten tekst i nagle patrzę, a tu w Empiku premiera płyty winylowej z muzyką do T2. Serduszko się ucieszyło, bo to ostatni moment, żeby opublikować taką recenzję i nie wyjść na idiotę. A tak mamy akcent aktualności, mimo, że Trainspotting 2 grają już w studenckich kinach, gdzie bilet kosztuje 10 złotych. Zaraz będzie na DVD w Biedronce.

Ależ ten film zebrał różne reakcje! Bańkę pompowano wiele miesięcy przed premierą. Że ruszyły zdjęcia, że aktorzy, że muzyka, że to i tamto. Jedni film zrównali z ziemią zarzucając mu powielanie schematów, a nawet nudę. Ja jestem z drugiego obozu. Choć ta produkcja nie zmieniła mojego życia, to pozytywnie wpłynęła na mój dzień.

Po pierwsze. Na taki film trzeba się wybrać z rozmysłem. Nie można skorzystać z taniej środy w Cinema City, albo zabrać na niego przypadkową dziewczynę. Trzeba ze sprawdzoną osobą wybrać piątkowy seans, najlepiej o 22:15. I tak też zrobiłem. Wcześniej trzeba się dobrze nastawić, najlepiej zamiast Coca-Coli z popcornem wybrać w kinowym barze piwo z piwem. To nie opera, to Trainspotting 2! I tak nastawiony stwierdzam, że ten film był zajebisty. Tylko to słowo pasuje do całej sytuacji. Proste, ocierające się o prostackie, słowo, stopniujące coś pomiędzy zbyt patetycznym „znakomity”, czy przestarzałym „extra” tudzież „super”. Uśmiałem się, powspominałem, kilka spraw przemyślałem, bawiłem się świetnie, po czym po północy skoczyłem na drinka, dwa, osiem. Dlatego ciężko mi mówić coś złego o T2.

Ten film pokazuje, jak łatwo pod wpływem impulsu cofnąć się do tyłu. „Choose life” to tak naprawdę zachęta by iść do przodu. I tylko taki jest sens każdej naszej działalności. Główny bohater T2 pod wpływem chwili znowu wrócił do punktu wyjścia, do swojego miasta, do swoich znajomych. Wydaje mi się, że chwila zwątpienia czy refleksji zawsze prowadzi do złych decyzji. Refleksyjnie można spędzić sobie weekend czy tydzień na urlopie na starych śmieciach, ale nigdy nie można się cofać. Choose life. P.S. Akurat opcja, że poukładane życie Marka w Holandii nagle się drastycznie popsuło było słabym wyjściem na łatwiznę. Ale nieważne.

Bardzo fajną rzeczą jest fakt, że muzyka dążyła przed tym filmem. Muzyka była tutaj tak samo ważna jak sam film. Nakręcanie się na ścieżkę dźwiękową, na wykonawców, a to na Prodigy, a to High Contrast, a to „Slow Slippy”, to ten czy tamten coś tam nagrali i do tego Boiler Room w stylu T2, to zabiegi, które powinny wejść do porządku dziennego. Nie na odwrót. Że jest film, więc wrzucają do niego płytę ze ścieżką dźwiękową i Anią Dąbrowską zawodzącą coś o zdradzie. Muzyka jest dla nas jak tlen, jak podstawowa wartość i przywilej człowieka. Do muzyki robi się filmy, a nie na odwrót. Za to brawa dla T2.

Kolejna rzecz. Aktorzy. Ci sami aktorzy. Co dwadzieścia lat temu. To pokazało głównie upływ czasu, symboliczną moc więzi międzyludzkich i magię mijających lat. Pierwszą część T1 oglądałem na starym komputerze stacjonarnym, na płycie CD, która wędrowała po (sic!) szkole i to dobrych kilka lat po oficjalnej premierze… Drugą część T2 oglądam jako trzydziestolatek, z dość ugruntowaną życiową ścieżką. Aktorzy się postarzeli, my dorośliśmy, krąg życia trwa. I dlatego warto sobie obejrzeć drugą część T2 w piątek przy drinku. A że bańka była nadmuchana do granic możliwości, jakby miał to być film roku? Cóż. Czysty marketing, powinniście to wiedzieć.

Zobacz inne wpisy na naszym blogu:

Blog #1: Ranking DJ MAG po raz ostatni…

Blog #2: „Noc jest życiem”?

Blog #3: Depresja z Dapaykiem w tle