Cztery lata minęły odkąd Kluboterapia zawinęła na imprezę z Vitaliciem i Chrisem Liebingiem na czele. To było w Szkocji, w listopadzie 2011 roku. Zachwycony wtedy klubem The Arches redaktor Stodulski narobił wtedy smaku pozostałym członkom naszej załogi. Bo kiedy w kiermanie pojawi się kilka złotych, to zazwyczaj wydajemy je na gruby festiwal bądź wizytę w Londynie czy Berlinie.

Do głowy, by mi nie wpadło, że na clubbing można pojechać na przykład do Glasgow. A że nie zawsze wierzę redaktorowi Stodulskiemu (jego archiwalna już relacja tutaj), to postanowiłem samodzielnie sprawdzić, czy pieniądze na wyjazd do Szkocji nie okażą się błotną inwestycją.

Nawet gdybyście zdecydowali się lecieć do Szkocji jutro, to na połączenia lotnicze nie ma co narzekać. Wszystko z Polski lata nawet trzy razy dziennie czy to z Warszawy, Wrocławia, Gdańska, a nawet Bydgoszczy na zarówno Glasgow International, Glasgow Pretswick czy do Edynburga – stolicę być może opiszę kiedyś w przyszłości, bo tym razem na weekend stacjonowałem właśnie w Glasgow, które udało mi się w miarę poznać od tej klubowej strony…

Piątkową, pierwszą wiosenną noc – 20 marca – razem z ekipą rozpoczęliśmy od naturalnej i jakże chyba zrozumiałej szklaneczki whisky. Tutaj pojawiła się pierwsza uwaga od tak zwanych „lokalsów”, by uważać z dozowaniem alkoholu. Jak się bowiem okazuje, stosunkowo łatwo podpaść lokalnym ochroniarzom, którzy potrafią stwierdzić, że jesteś pod wpływem alkoholu i że… zabawy dzisiaj nie będzie. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby tak restrykcyjne opowieści krążyły po polskich klubach… Blady strach, pożoga, zniszczenie! A tak przy okazji, jeżeli chodzi jeszcze o alkohol, warto też wspomnieć o innym zabawnym, kulturowym elemencie. Jeżeli bowiem nie zaopatrzycie się w alkohol w sklepie do godziny 22:00 to… koniec przygody. Napijecie się tylko w klubie i pubie. Mimo iż sklepy są otwarte, to półki z alkoholem specjalnie są przyciemniane, a kiedy przez przypadek zatrzymałem się przy piwkach na 30 sekund, od razu przybiegł do mnie ochroniarz i poinformował, żeby nawet w tym kierunku nie spoglądał… Przez myśl przeszło mi, jak bardzo w naszym pięknym i wyzwolonym kraju, przy takim prawie pojawiłoby się nielegalnych sklepów, piwnicznych interesów i piwnych domokrążców. Klimat jak ze stanów w czasach prohibicji!

Dość jednak fantazji i przejdźmy do rzeczy. Na pierwszy ogień piątkowej nocy poszedł wspomniany już dzisiaj klub The Arches. Przyznaję się bez bicia, że do lokalu zajrzeliśmy trochę jednak za wcześnie… Około godziny 23:00 w klubie nie działo się za wiele, żeby nie powiedzieć, że nie działo się nic. Na bocznej scenie dj grał do pustego parkietu, a na głównym stejdżu stała garstka ludzi popijając piwo. I tutaj otrzymuję kolejną ciekawostkę od lokalsów, którzy opowiadają mi o tym, jak organizatorzy imprezy potrafią zabookować na przykład takiego Ame na całą noc i zaczyna on od swojego seta grając tylko dla barmanek i ochroniarzy, a parkiet zapełnia się dopiero z czasem. Kolejna rzecz nie do pomyślenia!

Sam klub The Arches utrzymany jest w stylu dużej hali, hangaru, momentami przypomina świętej pamięci warszawskie 1500 metrów kwadratowych, momentami imprezy w Stoczni Gdańskiej. Przestrzeń jest duża, do baru dostać się nietrudno, a cały lokal znajduje się w samym centrum miasta zaraz obok głównej stacji kolejowej. W klubie, jak to w klubie, zaciekawił mnie jednak ogólnodostępny dzban wody i kilka szklanek, postawionych z boku przy barze. Każdy spragniony (If you know what I mean…) mógł podbić i zagasić Saharę w ustach. Z wizyty w Arches wyciągnąłem także wnioski – nie znam języka angielskiego, albo widać, że go nie znam i nie będę się wykłócał… Kiedy o godzinie 2:00 pojawiłem się w barze i zamówiłem małą coca-colę, otrzymałem… duże piwo. Cóż. Kłótnie w szkockim akcencie języka angielskiego w głośnym klubie po alkoholu o drugiej nad ranem nie miały sensu. Pozwoliłem się ukarać i dobić jednocześnie.

Przejdźmy jednak na chwilę do muzycznej warstwy piątku, bo tego dnia w The Arches grał nie kto inny jak nasz sąsiad zza wschodniej granicy czyli Ten Walls. Kiedy wkroczył za konsoletę, klub był już pełny, a parkiet szczelny. Pierwszą część jego live’a, przesłuchałem stojąc tuż pod barierką i rzuciły mi się w oczy dwie kwestie. Pierwsza taka – że włodarze Arches fenomenalnie operowali światłem, co zdarza się naprawdę rzadko. Momentami widać było wszystko, momentami tylko Ten Wallsa, momentami było widać wszystko, tylko nie Ten Wallsa. To pierwsza rzecz. A druga? Druga jest rodem z Pudla, ale wybaczcie. Ten Walls na scenie pojawił się w rybaczkach, co skrupulatnie zauważyła cała nasza ekipa. W Szkocji, w marcu, w rybaczkach. Nie ukrywam, że był to motyw przewodni całego wyjazdu, a każde mijanie sklepów odzieżowych zawsze kwitowaliśmy zdaniem: „o, mają rybaczki, pewnie Ten Walls tu kupuje”.

Muzycznie (bo ciągle coś innego odwraca moją uwagę), Walls zagrał zgodnie z przewidywaniami wszystkie swoje hiciory takie jak „Gotham” czy „Requiem”. Grał solidnie, ciekawie, momentami mocno, ale nie wyczuwałem jakoś faktu, że to live, zresztą ostatnio pisze się, że tam live, tam live act, tam dj set, a finalnie znam tylko kilku artystów, u których można poczuć różnicę. Cała reszta po prostu bierze pewnie więcej pieniędzy za cztery literki przy nazwisku. A przecież każdy gra finał finałów LIVE, bo jak się domyślam nie puszcza wcześniej nagranego seta i nie pozdrawia nas z hologramu.

Wszyscy myśleliśmy, że Walls będzie katował nas jak podczas holenderskiego ADE samplami z „Walking with Elephants”. Tam publika już myślała, że czas wariować przy tym numerze, ale po kilku taktach nutka znowu się zmieniała (Robert Janowski nie byłby zadowolony). Kiedy w końcu zagrał cały track, ludzie szaleli, ale… mieliśmy wrażenie, że byli już tym zmęczeni. W Glasgow – Walls z takiego rozwiązania zrezygnował i po prostu na koniec o godzinie 2:52 pospacerował ze słoniami, ludzie zawyli, komórki poszły w górę, łapki się wyciągnęły… (krótki filmik znajdziecie na naszym facebooku! Kliknijcie tutaj).

I kilka minut trwała ta euforia, gdy nagle… NAGLE. Wybiła godzina trzecia. W Szkocji oznacza to mniej więcej tyle: „KONIEC. DO DOMU”. Po ostatnich taktach „Walking…” światło się zapaliło, gość w rybaczkach poszedł na backstage, a ochrona… zaczęła po prostu wyganiać ludzi z klubu. Podobno czasami można jeszcze skandować „one more tune”, ale tego dnia nie było takiej opcji. Ochroniarze zrobili kordon i w taki oto sposób w ciągu… dwóch minut (!) z pakietu zostaliśmy wyrzuceni bez kurtek (bo numerki miał inny kolega) na ulicę przed klubem. Kilka set osób nagle znajduje się przed klubem, gdzie z kolei są rozganiani przez pozostałych ochroniarzy i policjantów. I w taki oto sposób po piętnastu minutach była impreza i… nie ma imprezy. Zupełnie jak głośna domówka w polskim bloku, bo godzinie 23:30 po 10 minutach od przyjazdu policjantów. Tylko w nieco większej skali. Koniec muzy, koniec picia, do domu. No właśnie! Koniec picia. O trzeciej zamykają się wszystkie kluby i puby, więc idziesz do domu, a jeżeli nie pomyślałeś o czymś na after już dzień wcześniej do godziny 18:00 to nie pozostaje ci nic innego jak iść lulu.

Sobota….

Moim sprawozdaniem Ameryki nie odkrywam, ale po rozmowach z wieloma osobami, zaskoczonymi panującymi w Szkocji klubowymi zwyczajami, postanowiłem podzielić się garścią przemyśleń. Z garści wyszło wiadro i to tak olbrzymie, że podzieliłem je nawet na dwie części.

Generalnie w Glasgow nie ma za bardzo co zwiedzać, albo inaczej – nie ma czegoś, co by mnie zainteresowało, dlatego kontynuowałem swoją muzyczną podróż i postanowiłem wyruszyć na poszukiwania ciekawych winyli do swojej kolekcji. W Szkocji, czarny nośnik jest równie populany jak płyta kompaktowa i jak się okazało, natrafienie na placki nie jest tak niespotykane jak u nas (choć temat ostatnio prezentuje się coraz korzystniej!). W zasadzie każda księgarnia typu „Empik” do zaoferowania miała kilka półek z winylami. Wśród nich bez problemu można było znaleźć całe albumy tych nieco bardziej komercyjnych, ale w Polsce i tak niszowych artystów. Uwagę przyciągał między innymi czy to Burial, czy to Caribou, Bonobo, Nina Kravitz, ale całe albumy mają to do siebie, że kosztują nawet 20 funtów, a to przy przeliczniku zbliżającym się wtedy do sześciu złotych… nie lada wydatek. Zwłaszcza w podróży. Zwiedzając więc cztery duże księgarnio-muzyczne lokale i marząc sobie o tym, co mógłbym mieć w kolekcji, postanowiliśmy udać się do kilku sklepów, w których winyle, liczące na tysiące, pojawiały się i znikały z dnia na dzień. Jednym słowem odwiedziliśmy winylowe lumpeksy. A tam nietrudno trafić na czy to Prodigy czy to Laurenta Garniera w śmiesznych cenach. Aktualności nie uświadczysz, ale akurat fanatykom winyli nie muszę tłumaczyć, co jest najbardziej w cenie i czego najbardziej wszyscy pożądamy… Klimatu!

Największe wrażenie zrobił jednak na mnie sklep Rubadub. A to dlatego, że był w całości poświęcony tylko i wyłącznie elektronice. W jego pierwszej części można było kupić i przetestować czy to kontrolery, czy to pady czy inne cuda wianki od Native Instruments czy Abletona. W drugiej części znajdowało się kilka gramofonów i kilkanaście skrzyń z winylami. W odróżnieniu do szkockich Empików, wiele płyt było EPkami, stąd ceny też oscylowały wokół kilku funciaków. Zacząłem więc przebierać… Przejrzałem cały dział techhouse, cały dział house, cały dział techno i… ani jednej płyty od Coocon. Ani jednej płyty od Diynamic. Ani jednego placka od Mobilee. Nic od Get Physical. Co jest grane myślę? Niby znasz się na muzycę, ale jak dziecko we mgle przeglądasz tysiące płyt i nic nie kojarzysz! Na przysłowiowy „przypał” wybrałem więc kilka vinyli do odsłuchu i jakież było moje zaskoczenie! Z dziesięciu płyt, osiem mnie zauroczyło. Ostatecznie kupiłem kilka płyt, a z ręką na sercu mogę dziś polecić wcześniej mi nieznanych artystów: to między innymi niejaki Hack czy Pilas. Słyszeliście? Ja nie… a katuje te płyty od przyjazdu do domu i cieszę się, że liznąłem gdzieś underground.

Po czterech godzinach spędzonych na polowaniu na winyle wróciliśmy w końcu na kwaterę, uraczyliśmy się szklaneczką szkockiej, zarobiliśmy zakupy na afterparty (doświadczenie!) i ruszyliśmy zwiedzać dalej! Lokalsi zabrali nas na rozgrzewkę do wyjątkowego pubu La Cheetah. Miejsce nie powalało ani wystrojem, ani szkockim klimatem, ALE… pubik był podzielony na dwa piętra, ochroniarz na dzień dobry grzecznie zapytał nas, czy chcemy iść downstairs czy upstairs? Wybraliśmy opcję upstairs, usiedliśmy grzecznie przy stoliku, który akurat się zwolnił (jak fart, to fart!) i wczuliśmy się w klimat La Cheetah… Mimo wyraźnie pubowej atmosfery, na podwyższeniu znajdował się w bocianim gnieźnie DJ, który na żywo miksował w niezły sposób bliżej nieokreślone techhousy i housy. Tak do piwka. Jak się dowiedzieliśmy, poniżej klub oferował już normalny parkiet i podobne tego typu klimaty muzyczne. Nie zdecydowaliśmy jednak o wycieczce downstairs, gdyż planem na wieczór był Sub Club na Jamaica Street.

Mimo tak tolerancyjnej nazwy ulicy, ochroniarz przetrzepał nas bardziej szczegółowo niż na lotnisku. W końcu jednak zeszliśmy po schodach do podziemi i wzięliśmy udział w sobotniej imprezie. Headlinera tego wieczoru nie było, a to wszystko dlatego, że dzień wcześniej grał tam Ben Klock. My jednak jak już wiecie z pierwszej części relacji wybraliśmy Ten Wallsa w The Arches, nie ukrywamy, że również dlatego, że bilety do Sub Clubu na Clocka sprzedały się w godzinę. Przysnąłeś i koniec. Nie potańcujesz. Z drugiej strony pomyślcie sobie, że Ten Walls i Ben Klock byli gwiazdami dwóch imprez, w klubach oddalonych od siebie o pięćset metrów! Prawie jak w Mielnie!

Przetrzepani, zeszliśmy do klubu, a skoro o trzepaniu i ochroniarzach mowa, to w szkockich klubach chodzą oni po lokalach, zaglądają do toalet i są ubrani jak to ochroniarze – czarne kombinezony, pałki, napisy „security” i glany. A my czasami marudzimy, że Polska to policyjne państwo! A odnośnie toalet jeszcze jedna ciekawostka, w wieluklubach przy lustrach można było spotkać gości z walizkami… co mieli w walizkach? Perfumy. Nie mogłem w to uwierzyć, ale faktycznie, chętnie mogli za funciaka spryskać się ulubioną marką, np. takim Kenzo. Albo Paco Rabane. Poprosiłem o Brutala, ale nie mieli.

Sam Sub Club to średniej wielkości lokal, z trzema barami, kilkoma korytarzami i parkietem, nad którym znajduje się nisko podwieszony sufit. W czasie naprawdę grubej imprezy, publika może wyrażać swoje zadowolenie pukając dłońmi w ten powiedzmy, parkietowy dach. Dwa metry wysokości to naprawdę na oko maks.

Jak już napisałem tej nocy headlinera nie było, a za konsoletą przez całą imprezę stał gość, którego… którego przecież znam! Widziałem go tego dnia w Rubadub! No i to by się zgadzało, bo ten winylowy sklep znany jest nie tylko ze znajomości z klubową bohemą, ale także z organizowania spontanicznych imprez. Nagle za ladą staje dj, zaczyna grać, ludzie przynoszą piwka, oglądają winyle i impreza się kręci! I to w niedzielę o 15.

Jak szybko ustaliłem, znany mi z twarzy gość to DJ Harri, jeden z rezydentów, który grał tam w ramach cyklu „Subculture” – klub przy Jamajskiej ulicy w tym roku obchodzi bowiem swoje dwudziestolecie. Tak jak Ten Walls zrobił dzień wcześniej furorę swoimi rybaczkami, tak Harri mimo gorącej atmosfery całą noc grał w kaszkiecie. Szkocki stajl. Momentami Harri trochę mnie usypiał, momentami porywał i prowokował do walenia łapskami w sufit. Opracowałem więc taktykę – momentami uciekałem do baru, momentami szalałem na parkiecie. I nie znałem żadnego numeru. Przez całą noc. W każdym innym miejscu wpadłbym w depresję, ale po wizycie w Rubadub poczułem, że elektronika na Wyspach ma swój własny wymiar. Zwłaszcza na imprezach rezydentów. Człowiek nie jest w stanie znać wszystkich nurtów, wytwórni, gatunków i tracków. Ja już przestałem z tym walczyć. Oddawałem się muzyce i byłem w szoku, ile jeszcze niepoznanych numerów może doprowadzić do euforii! A potem rozbawił mnie poznany w klubie Polak, z którym przeprowadziłem taki oto dialog:

– Ale tu jest klimat! Gra rezydent, a ludzie szaleją.
– Bo to taki tutejszy Paryss!

Sława naszego organizatora Bułek sięga więc daleko, daleko za Kanał La Manche! Pozdrawiamy serdecznie!

A potem sprytnie o godzinie 2:50 udałem się po kurtkę, czmychnąłem na zewnątrz i chyba pół godziny czekałem na resztę bandy, która tak sprytna nie była. No bo jak już wiecie – punkt trzecia – światła się zapalają, muzyka cichnie, ochroniarze wyrzucają i lulu spać. Chyba, że pomyślałeś wcześniej o zaopatrzeniu…

Glasgow mnie zachwyciło. Krótkie imprezy też mają swój czar. Czerpiesz z każdej chwili i wiesz, że dasz radę do końca i wiesz, że nic cię nie ominie. Szkocja też może klubowicza zachwycić, bo wyjeżdżając spoglądałem na plakaty i kolejne line-upy imprez w Glasgow i Edynburgu. A to Kolsch. A to Henrik Schwarz. A to Ryszard Hawtin. A to Mark Houle. A to Howling. A to Jamie Jones. A to Rodhad. A to Riverside Festival. A to festiwal Electric Frog. I to wszystko na przestrzeni kilku tygodni.

Zawsze gadamy, że w Polsce jest słabe to to i tamto. Ale w Szkocji też coś jest „słabe”. Dzięki temu jest po co gdzieś jechać i jest po co do nas wracać. Niemniej jednak, gdybym emigrował na Wyspy to do Glasgow. Wiecie jakie jest hasło miasto? People make Glasgow. I coś w tym jest.