Po wrażeniu, jakie zrobił na mnie chorwacki Outlook w zeszłym roku, musiałem tam wrócić. Po 1600 przebytych kilometrach, szczęśliwy jak dziecko w Legolandzie, znowu stanąłem na istryjskiej ziemi. Charakter festiwalu i jego formułę szczegółowo opisałem już poprzednio TUTAJ nie będę więc się powtarzał.

Przypomnę tylko że jest to miejsce, gdzie ludziki z całego świata przyjeżdżają cieszyć swoje dusze basem (lub się nim niszczyć – to już jak kto woli). Basem głośnym, czystym i we wszystkich odmianach. Najwięcej można uświadczyć dubstepu i drum&bassu, jungle oraz reggae i dub, ale też sporo innych gatunków, funky house’u, vocal house’u, czasami tech house’u, soulu, jazzu. Nie trzeba dużo zwiedzać by znaleźć coś dla siebie.

Festiwal z założenia jest produktem Brytyjczyków, którzy co prawda u siebie mają niesprzyjające warunki pogodowe, ale przecież co za problem wynająć sobie na tydzień kilkudziesięciohektarowy półwysep i masowo na niego wyemigrować? Przekrój narodowości uczestników jednak zmienia się. O ile 2 lata temu Wyspiarze stanowili około 90% publiczności, o tyle w tym roku tylko 50. Druga połowa to ludzie z całego świata. Usłyszeć tam można nairozmaitsze języki. Australijska ekipa przyjeżdża co roku i oflagowuje swoje obozowisko narodowymi banderami. Wyobraźcie więc sobie jak bardzo można zauroczyć się tym miejscem, skoro ludzie są w stanie wydać na sam przyjazd i bilet z antypodów dobre 8000zł.

W tym roku impreza została rozszerzona o nową rzecz – koncert inauguracyjny w liczącym 1999 lat starożytnym amfiteatrze w Puli. Niestety nie dane było mi na niego dotrzeć, jednak mój outlookowy kolega Piotr – maniak i weteran tego festiwalu, określa ten show jako niezapomniane przeżycie: „Niesamowita sceneria, magiczne oświetlenie budowli, połączone z występami Grandmaster Flash’a i T.O.W. dało piorunujący efekt. Grandmaster Flash to szaleniec za dj’ką. Nie spotkałem wcześniej artysty, który miałby tak doskonały kontakt z publiką. Po prostu dał czadu :)”.

Mnie, kiedy dotarłem nad Adriatyk kilka godzin później – przed 6 rano w czwartek – również czekało miłe zaskoczenie. Na parkingu – dzikim polu namiotowym – na którym rozbiłem swoje obozowisko, działała w najlepsze scena przy plażowym barze, z której zafundowano mi terapię szokową bassowymi połamańcami o cudownej głośności i czystości. Od razu wspomnienia wróciły i zdałem sobie sprawę gdzie jestem.

Kolejna niespodzianka czekała mnie tuż po przebudzeniu w czwartek. Okazało się że zaraz koło sąsiadującego z moim namiotem baru inCider, rozstawiono kolejną scenę. Generalnie miejscówki w której się zatrzymałem lepiej wybrać nie mogłem. Klimat tam panujący powodował, że ciężko było opuścić to miejsce i ruszyć na festiwal. O 10 rano budziła mnie muzyczka z baru inCider. O 12-tej czy 14-tej ruszała scena, na której zawsze początkowo grali reggae. Później zazwyczaj płynnie przechodziło w dub, potem drumandbass, by późnym popołudniem zmiażdżyć dubstepem. Klimat tam panujący ciężko opisać. By zawrzeć ciekawe znajomości wystarczyło stanąć i czekać – przyjdą same już po chwili.

Klimat na polu wciągał do tego stopnia że dość mało czasu spędziłem w tym roku na beach party. Szczerze mówiąc zresztą jakoś wielce nie miażdżyło. Było trochę fajnego house’u i dużo ładnych kobiet, ale też dużo monotonnego reggae. Nie uświadczyłem na plaży dnb, na co czekałem, pamiętając pewne piękne momenty z zeszłego roku.

Niestety pierwszy – czwartkowy wieczór przyniósł serię zawodów. Po pierwsze z powodu problemów technicznych w fortecy impreza zamiast o 20-tej zaczęła się o 22-giej. Przez te dwie godziny działał tylko main stage czyli Harbour w porcie. To jeszcze było do przeżycia, natomiast bardziej się zasmuciłem, gdy ujrzałem brak sceny DockSide, jednej przecież z najlepszych i najciekawszych, która w minionych latach stała prostopadle do Harbouru. Dzięki temu idąc do portu (a odległości plaża-forteca-port są kilkusetmetrowe) miało się do wyboru tylko jedną scenę, zamiast jak zazwyczaj dwóch. Jak się później okazało funkcję Dock Side przejął w tym roku Clearing – scena stojąca na polanie na skrzyżowaniu szlaków, która w zeszłym roku była niewielka, w tym już ogromna. Niestety muszę też zwrócić uwagę na szereg innych detali: brak ognia płonącego na murach fortecy, który robił straszne wrażenie w poprzednich latach, biednie wyglądająca scena Harbour, bez zagospodarowanych „pylonów”, bez kilkunastu ekranów led, z jednym tylko wielkim słonecznym logiem za dj-ką. Do tego kilkanaście lamp. Po tym jak zapamiętałem Harbour z poprzedniego festiwalu – dla mnie słabo. Oprócz tego szereg innych detali: brak długich flag po obu stronach sceny, które zawsze robiły wrażenie i ułatwiały znalezienie się ze znajomymi (flagi wróciły dzień później ale w biedniejszej formie), brak drewnianej konstrukcji na skarpie z widokiem na scenę – miejsca idealnego do zrobienia zdjęć, brak jakichkolwiek miejsc siedzących w strefie gastronomicznej.

Ale oczywiście nagłośnienie, czyli to po co przyjeżdża się na ten festyn, trzymało poziom. No i repertuar tak samo. Po obejrzeniu genialnego występu Capletona i początku Iration Steppas w końcu fortecę otworzono. Podobno część desperatów wdarła się tam siłą forsując ochronę. Rządza bassu była ogromna. Tam już praktycznie obyło się bez minusów. Potężne, ustawiane zapewne długimi dniami systemy nagłośnienia wyjaśniały dogłębnie gdzie i po co jesteś. Courtyard – scena na dziedzińcu była bajecznie oświetlona rzutnikami ze slajdami i szerokątnymi obiektywami. Podobnie Dungeon – scena w lochu, jak i Ballroom, czyli pokój-piłka, okrągła scena, jeden z kolejnych majstersztyków soundsystemowych. Docierasz tam podziemnym korytarzem i dopiero po chwili orientujesz się że nie jesteś w kolejnym lochu, ale pod gołym niebem, 8-10 metrów powyżej widzisz drzewa – cool. No i fosa. THE MOAT. Najlepsze z najlepszych w Europie miejsce do słuchania głośnej muzyki. Dźwiękowcom czuwającym nad ustawieniem tamtejszych monstrualnych głośników chciałbym nie tylko przybić piątkę ale i mógłbym całować po stopach. Co tu dużo mówić… rzucało mną jak budowlańcem po wypłacie. Czułem infradźwięki w klatce piersiowej, żołądku, trzustce, woreczku żółciowym i prawym górnym siekaczu. Ehh… to najbardziej za tym tęskniłem przez ten rok.

Fosa zagłuszyła (dosłownie i w przenośni) lekki zawód odnośnie wspomnianych szczegółów organizacyjnych. Potem jeszcze zajrzałem na Mungos Arenę, gdzie mocny, mroczny, dubstepowy materiał serwował Jubei, po czym przeszedłem się jeszcze raz po wszystkich lokalizacjach i udałem się przespać się z 4 godziny, by ponownie ruszyć do boju. W piątek, obudzony delikatnym drumandbassem z inCider, najpierw podążyłem na imprezę na łodzi. Wybrałem łódkę Pack London (old school garage). Właściwie to wybrałem ją przypadkiem. Na interesującą mnie łódź “Jubei album launch” bilety rozeszły się tak szybko, że pomimo czuwania przy przeglądarce internetowej z palcem nad klawiszem F5, chwila zawahania przy wypełnianiu formularza zdecydowała, że nie zdążyłem. Wybierałem więc na szybko z tego co zostało, ale trafiłem dość dobrze. Hatcha, Artwork i wylegujący się na hamaku MC Crazy D bardzo ładnie rozbujali publiczność w to słoneczne popołudnie. Byłem też pod wrażeniem vocalhouseowych rytmów przy których wystartowała jedna z “konkurencyjnych łódek” (niestety nie pamiętam jak była tytułowana), no i mijanej po drodze Metalheadz. Nie ukrywam, że na tę ostatnią miałem ochotę w pewnej chwili przeskoczyć 🙂 W piątek po południu wraz z redakcyjnym kolegą zostaliśmy zaproszeni na „welcome drinka” dla prasy i artystów. Bardzo przyjemny aspekt całego przedsięwzięcia. Bardzo, oj baaardzo zintegrowaliśmy się z niektórymi z artystów. Potem miało miejsce dośyć ciekawa rozmowa, której fragment z pamięci i w wolnym tłumaczeniu, jednak postaram przytoczyć się jak najdokładniej. Dosiadła się do nas kobieta, która, jak się okazało…

– cześć… Jestem Jasmin…
– Łukasz, Piotr, cześć
– Jesteście artystami czy z prasy?
– Z prasy, z polskiego serwisu kluboterapia. Zajmujemy się szeroko pojętą muzyką i kulturą klubową, m.in. robimy relacje z festiwali.
– Pierwszy raz na Outlooku?
– Drugi. I jak na razie to w zeszłym roku było lepiej.
– Dlaczego?
– Nie ma Dock Side’u, główna scena wygląda co najmniej biednie, nie ma też paru innych rzeczy, np. ognia płonącego na szczytach ścian w fortecy.

– Wiesz, wszystko jest wypadkową zabawy, budżetu i bezpieczeństwa.
– … zaraz… Jesteś z ekipy organizatorów?
– Mój mąż jest managing directorem Outlooku.
– Ooops… zdaje się że niechcący poskarżyłem się na samej górze.
– Nie ma problemu, naprawdę robimy co możemy, trzeba wypośrodkować pewne rzeczy.
– OK. Powiedz mi z czego wynikły wczorajsze kłopoty techniczne.
– Jeszcze nie wiemy. Tu stoi (nie pamiętam imienia) – szef ekipy technicznej, możesz go zapytać. Zarówno mój mąż jak i on są potężnie wkurzeni, wierz mi że znacznie bardziej niż ty.
– Wierzę. Czy jest niebezpieczeństwo że to samo zdarzy się jutro lub pojutrze.
– Nie ma.
– Domyślam się, że tuż po zakończeniu imprezy startujecie z przygotowaniami do Outlooku 2014?
– Nie. Wcześniej. Już je rozpoczęliśmy.

Od Jasmin dowiedziałem się też o strukturze narodowościowej w poszczególnych latach, jak również o wiekowej. Największym problemem są dla nich zawsze najmłodsi festiwalowicze, którzy przyjeżdżają się upić, robią zadymę, dużo niepotrzebnego szumu i problemów. Organizatorzy chcieliby podnieść poziom uczestników ale raczej nie ma na to sposobu. Nie będą przecież robić testów psychologicznych. Czy organizatorzy są dumni z tego co robią? Praca jak praca 🙂

Tak więc całkiem przypadkiem wylałem swój żal o czwartek dość wysoko i przy okazji dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy. Potem powróciłem do mojej ulubionej sceny na parkingu i wraz z kolegami szykowaliśmy się na kolejną noc obłędnego baletu. Po szybkim rzucie okiem na rozpiskę z time-tablem wybór był oczywisty – idziemy na Clearing i raczej się stamtąd nie ruszamy. Clearing był tego wieczoru sygnowany marką Metalheadz. Beaty serwowane przez Lenzmana, Goldiego, Randalla czy Jubei porwały, pamiętam przyjemne dudnienie w uszach i błąkanie się po całej polanie w poszukiwaniu miejsca z najlepszym nagłośnieniem. Słuch zniszczony fosą zaczął już być kapryśny. Nad ranem nieco znużeni monotonną polaną wyemigrowaliśmy jednak na Harbour gdzie zostaliśmy do samego końca, czyli do 6 rano. To żelazna zasada outlooku. 6:00 = koniec. Potem odpalajcie sobie muzę z własnych soundsystemów jeśli sąsiedzi wam pozwolą. Pozwalają. Jeśli o 7:00 odpalisz dobrą muzykę chociażby z samochodu, po 10 minutach masz na głowie solidną gromadkę współimprezowiczów.

Sobota… Dzień jak co dzień. Poszedłem spać o siódmej, o dziesiątej słońce zrobiło mi piekarnik w namiocie, w barze inCider już leciały vocal house’y, w morzu kąpali się ludzie którzy jedni właśnie wstali, inni jeszcze nie poszli spać. I życie utartym już schematem: kąpiel -> reggae -> dub -> drum&bass -> dubstep. Dj, który tego dnia zagrał kilka kawałków The Prodigy podszytych dubstepem do granic możliwości jest dla mnie mistrzem. Sobota to RAM night na głównej scenie – wytwórnia samego mistrza Andy C, który w zeszłym roku zaprezentował się najlepiej. Zagrał swoje od 1:00 do 2:30 i zniszczył nie mniej niż rok temu (choć mi osobiście w odbiorze przeszkadzał MC).  Jeżeli jesteś dj’em i wiesz co to winyl i dwa Technicsy, to wiedz że Andy C potrzebuje trzech gramofonów i człowieka który mu przypala fajki, bo on na to nie ma czasu 🙂 Andy C upodobał sobie wachlowanie się dwoma winylami podczas występu, a jego miksowanie można porównać do kucharza w naleśnikarni na potężnym haju, po prostu majstersztyk. Następnie imprezę w porcie godnie kontynuowali Calyx&Teebee, a tymczasem w lochu (scena Dungeon) grali polscy przedstawiciele Macbeat & DT.  Niestety w połowie występu jakiś MC próbował się wypiąć ze sprzętem i padł prąd na równo resztę występu chłopaków z Wrocławia.

Największy zawód tej nocy to jednak brak Wilkinsona, stosunkowo nowego nabytku RAM, na którego zmęczony okrutnie czekałem do 5-tej rano. Po tym jak wraz z współpodróżnikami katowaliśmy jego mixy w samochodzie od Warszawy do Rijeki strasznie chcieliśmy go zobaczyć na żywo. Niestety coś się nie udało i nie przyjechał. Nadrobimy w Zabrzu 16-go listopada.

W niedzielę ponownie słońce i muzyka obudziła mnie po 3 godzinach snu. Skatowany już niemiłosiernie zaopatrzyłem się na stosownym stoisku w kończące się już festiwalowe gadżety i podążyłem na party na plaży, które znowu nie porwało. Cóż było robić? Wrociłem pod sprawdzoną scenę na parkingu, gdzie namiotowe towarzystwo (po 4 dniach zintegrowane już solidnie) przy dobrych nutach przygotowywało się do ostatniego epizodu festiwalu. Cel na ostatnią noc – Enei. Głodni tego mistrza zza naszej wschodniej granicy wpadliśmy niemal biegiem do fosy już około 22-giej. Do fosy ze względu na jej specyfikę jest osobna kolejka, każdy musi zostać sprawdzony czy ma chociażby odpowiednie obuwie. Wejście tam w japonkach równałoby się raczej poważnym ranom stóp. Poza tym fosa ma swoją pojemność, więc kiedy ją osiągnie, kolejne osoby są wpuszczane dopiero w miarę zwalniania się przestrzeni. A wierzcie, że mało kto chce stamtąd wychodzić. Fosa jak zawsze ostatniego dnia podkręcona była do granic możliwości, wieńcząc (zwłaszcza setem Enei) ten festiwal bassu i nagłośnienia. Dla fanów lżejszych brzmień dobrym zwieńczeniem był z kolei live formacji Mala in Cuba na największej scenie. Jeżeli będziecie mieć kiedykolwiek okazję zobaczyć ich koncert – nie przegapcie tego. Ci ludzie powalają na kolana. Każdy dźwiek wydobyty z bębna, trąbki, czy też z innych przeszkadzajek był idealnie dopasowany do podkładu Mali. Niczym playback, niczym po prostu puszczona płyta Mala in Cuba.

To, że Outlook skończył się oficjalnie o 6:00 rano w poniedziałek nie oznacza bynajmniej, że nastała cisza i wszyscy rozjechali się do domów. Nic bardziej mylnego. Od poniedziałku na plaży zaczynały się już pre-parties do zaczynającego się w czwartek Dimensions Festival. Obie plażowe sceny działały (wejście free).  Wiele osób zostało na cały tydzień i cały następny weekend. My też zostaliśmy jeszcze 2 dni pod naszą, cały czas działającą, sceną inCidder.

Podsumowanie? Nadal najlepszy festiwal na jakim byłem, ale jednak z wielu względów słabszy niż roku temu. Wspomniane wcześniej minusy jak również duże koszty festiwalu zostały skutecznie zagłuszone przez plusy, co do których w przypadku Outlooku zawsze można być pewnym: skład, nagłośnienie i obłędna miejscówka. No i pogoda. Przez te 5 dni słońce prażyło niemiłosiernie i nie spadła ani jedna kropla deszczu. Ten diabelsko głośny, mało znany zakątek Istrii jest idealnym miejscem na spędzenie wakacji. Jak twierdzi jedna z poznanych sąsiadek-namiotowiczek, rodowita Chorwatka, w tym kraju odbywa się obecnie około czterdziestu festiwali rocznie. Z tego kilka na Istrii. Zapytana który jest najlepszy tylko się roześmiała i pokazała niezdejmowany od 2 last wristband z Outlooku 2011. Nie wiem co musiałoby się stać abym któregoś roku się tam nie zjawił.