Dla niektórych osób powrót kultowego Instytutu mógł wydać się przerostem formy nad treścią.

W końcu miejsce samo w sobie może i fajne, ale co z tego, skoro tak daleko od miasta i imprezy nie odbywają się tam regularnie? Jednak wydaje mi się, że każdy kto postanowił sprawdzić to na własnej skórze zmienił zdanie już w pierwszych sekundach po przekroczeniu bramy.

Myślę, że śmiało mogę pokusić się przyrównanie samego eventu do festiwalu. Organizacja, klimat, magiczne miejsce, punkt gastronomiczny i dodatkowa scena Electronic Beats sprawiły, że w powietrzu czuć było jeszcze ten letni klimat, pomimo końcówki września. Sam budynek Instytutu Energetyki robi ogromne wrażenie, a Mory są całkiem nieźle skomunikowane z centrum miasta.

Nie ma jednak imprez idealnych, a dążąc do takich: następnym razem organizatorzy mogliby lepiej zorganizować strefę toalet. Sami uczestnicy imprezy mogliby też nieco bardziej uważać z napojami z kolei w strefie tanecznej i tym samym nie robić bajora rodem z Woodstocku, bo chyba nikt nie miał zamiaru w nim się taplać. Stan butów następnego dnia jednak pokazał, że mimowolnie do tego doszło.

Można było udać się na tę imprezę zupełnie bez żadnych oczekiwań, a można też było nastawiać się od tygodni na piątkowe doznania – niezależnie od podejścia człowiek wychodził zadowolony, zwłaszcza że nagłośnienie i klimat naprawdę po raz kolejny „robiły robotę”. Dla mnie osobiście, wszystko zaczęło się od momentu gdy za djką pojawił się duet Phlegethon. Chłopaków z osobna można było nie raz usłyszeć na warszawskich imprezach, połączenie ich sił oraz pociągów muzycznych dało naprawdę fajny efekt, przygotowując do nadejścia gwoździa programu.

No właśnie. Kto nim był? Chris Liebing czy Marcel Dettmann? Dylemat trudny i tutaj myślę, że nie ma co się silić na wybieranie lepszego. Każdy z panów zagrał po prostu inaczej i z pewnością każdy z nich był numerem jeden dla różnych osób. Godziny spędzone na słuchaniu setów Liebinga zbudowały jednak pewne oczekiwania, które nie do końca zostały dla mnie spełnione. Po tłumie było jednak widać, że byli słuchacze, którzy przeżywali podczas jego występu swój „Time of my life”.

Dettmann za to przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Mam wrażenie, że każdy zagrany przez niego numer był dokładnie tym, czego oczekiwałam w danej chwili. Podczas tego setu nie było mowy o sikaniu, jedzeniu, piciu, ani żadnej innej z potrzeb, tylko dlatego, aby nie uronić ani jednej chwili. Zresztą, jakby nie patrzeć zarówno Dettmann, jak i Liebing ładnie porwali. To dopiero po ich występach można było się zastanowić, co dalej, czy zajrzeć na Electronic Beats, czy „pozwiedzać” trochę teren. I właśnie podczas dalszych poszukiwań muzycznych doznań udało się trafić na lepszy moment Michael’a Mayer’a. Niestety był to tylko lepszy moment i po półgodzinnym objawieniu zaczęły się wędrówki na „maina” i z powrotem. Stimming, który pojawił się w Polsce na kilka miesięcy po wydaniu jego długo zapowiadanego numeru grał niestety wtedy, kiedy Chris Liebing i Marcel Dettmann. Typowo festiwalowy dylemat i dramat dla wielu – nie sposób się bilokować. Mi nie udało się go posłuchać.

Ogólne wrażenie? Chcę więcej, częściej, bardziej. Co prawda dawno nie widziałam na techno większego przekroju różnych ludzi i momentami zastanawiałam się, czy aby przypadkiem nie trafiłam na Mayday, ale miało to swój urok. Co robiło wrażenie? Budynek, światła, poczucie posiadania miejsca wokół siebie i nie stania w ścisku, jak to bywa na większości warszawskich imprez. Co jest najgorsze? Żadna klubowa impreza w Warszawie nie będzie się mogła równać z Instytutem póki co. Co bym dodała? Wizualizacje.

(Aleksandra Czerw)