To była niewiadoma. Nieco inspirująca szczerze powiedziawszy, bo organizatorzy już na początku postanowili nazwać swoją imprezę festiwalem. A to już narzuca pewnego rodzaju zobowiązania…

Poza tym Warszawa jeszcze mam wrażenie nie nasyciła się na dobre line-upami ze światowej półki i z jednej strony jest chłonna nowości, z drugiej strony konkurencja trochę może podbierać publiczności. Bo jestem przekonany, że kilkadziesiąt osób zrezygnowało z Pure ze względu na Jorisa Voorna, który grał kilkanaście godzin wcześniej. Niby inna bajka, ale wciąż taka sama.

Poza tym ostatnio w Warszawie gościło tylko gwiazd, czy to przy Smolnej, czy w Instytucie, że Tiefschwarz, Saytek, Dosem czy Format:B – jak dla mnie – mogli nie wystarczyć. Zaznaczam, że MOGLI. I wracam do pierwszego zdania, że to była niewiadoma. I na tyle inspirująca, że pojechaliśmy do Warszawy. Po raz enty w tym roku.

Start imprezy o 19:30 to założenie optymistyczne jakich mało. Chyba w przypadku halowego eventu, zbyt optymistyczne. Nasza ekipa melduje się przed 23:00 na Rondzie Daszyńskiego, czyli ostatniej stacji drugiej nitki metra. Jesteśmy gotowi na wycieczkę wyższego rzędu, ale przypadkowo złapana taksówka wiezie nas do Expo za niecałe 14 złotych. Pokusiłbym się, że jak na warszawskie warunki, miejscówka jest w centrum. Można się tam dość szybko dostać.
Przed EXPO pusto. Przynajmniej tak nam się wydaje. Ludzie jednak kręcą się po dobrze oznaczonych strefach. Rah ciah i jesteśmy w środku. Wielu z Was na Facebooku pytało jak najęci: „jak frekwencja, jak frekwencja?”. Z jednej strony rozumiemy zdrowe zainteresowanie, z drugiej strony mieliśmy wrażenie, że wielu nie wierzyło w Pure Festival.

Wychodzimy na główny parkiet. Nie chcemy się bawić ani w Urząd Miasta Warszawy, ani w policję, ani w TVP więc nie oszacujemy dla Was liczby imprezowiczów, ale jak na pierwszy raz, to naprawdę nie było źle. Było luźno, bez problemów obsługiwano szatnie, bary (no tutaj barmani mogli się trochę nudzić), żetony, w toalecie kolejka zdarzyła się raz, ale była taka na 82 sekundy. Mogło być dużo gorzej. Sama hala Expo robi pozytywne wrażenie. Bardzo pozytywne. Dużo miejsca, przestrzennie, ciepło. Nowocześnie. No Expo po prostu, nie ma się czego wstydzić, to Warszawa w końcu przecież.

Muzycznie… Przywitał nas techhouse, który był przyjemną odmianą od eventów, w których stopa dominuje nagłośnienie. Jakoś ostatnio za często jeździliśmy na techno i granie Dosema od razu zachęcało do tuptania. Jego „Projection” wjeżdżało nam jak w masło.

A czekała na nas kolejna niewiadoma. Faithless DJ Set. Nie czarujmy się, wiemy, że wiele osób wypatrywało Maxi Jazza. Wiemy, że kilka osób myślało, ze to koncert. Choć organizatorzy pisali wszędzie, że DJ Set, sugerowali, że będzie Sister Bliss (choć nie odważyli się wpisać „Sister Bliss”), no ale jak się okazuje ludzie nie tylko nie czytają książek, ale nawet nie czytają hieroglifów przy line-upie. Słuchaliśmy więc tych głupot, kiedy koncert Faithless, kiedy koncert Faithless.

Gdzieś po drugiej na scenie pojawiła się więc zgodnie z line-upem Sister Bliss w sylwestrowej sukience rzucającej się w oczy z kilometra i zagrała seta, który… wjechał jak w masło. Ja tam przyznam szczerze bez bicia, że nigdy nie wpadłem na to, żeby przy takiej ilości setów do przesłuchania, odpalić sobie set od Sister Bliss w internecie, więc nie wiem, czy zawsze tak gra, czy gra to samo, czy po prostu zaskoczyła, ale… nas zaskoczyła. Zwłaszcza, że nie odpaliłbym w domu Federica Scavo, Kaskade czy Oliviera Raymonda, ale te numery z pogranicza Ultra Festivalu, zmieszane z wszystkim co tam zobaczyliśmy i usłyszeliśmy było na tyle energetyczne, że bijemy brawo. Bawiliśmy się naprawdę dobrze przez cały set.

Ekipy Format:B nie słuchaliśmy, wróciliśmy na Tiefschwarza. O tej 5:30 parkiet był już jednak przetrzebiony. Tak to dyskretnie nazwę. Tiefschwarz przekierował jednak priorytety w cięższe strony i o 6:00 opuszczaliśmy Expo. To teraz łyżka gorzkości. Jak można było wygonić ludzi na foodtracki i nie postawić im tych dogrzewających lamp? Przecież jest grudzień… Po drugie. Tyle w tej hali miejsca i ani jednego leżaka od sponsorów? Hamaka? Pufy? Szukałem strefy chill-out, ale nie znalazłem. Brakowało też jakichkolwiek wizualizacji, jakiejś instalacji, mocnego rzutnika? Dwa logotypy Pure Festiwalu nie nadawały się na scenę główną, wyglądałyby super na elewacji, z boku, z tyłu, ale nie jako dominanta.

Z drugiej strony rozumiemy kwestie ekonomiczne. Dlatego też zdajemy sobie sprawę, że Pure Festival to projekt w początkowej fazie. My na każdym rogu widzimy potencjał. Może być więcej oświetlenia. Może być głośniej. Może być więcej ludzi. A wtedy można zamontować więcej oświetlenia także nad tłumem. Jedno pociąga drugie.

Podoba mi się jednak kierunek. Pure trafiło w czas, kiedy miałem ochotę odpocząć od techno, ale przecież nie poszedłbym na festiwal zdominowany przez muzykę z DJ Mag Top 50 (jeśli wiecie o co mi chodzi). Zachowano złoty środek z tym line-upem, choć przydałby się jeszcze jakiś headliner. Mocny headliner. Ktoś w tym klimacie, może Tanzmann, może Luciano? Ale tutaj cofamy się do poprzedniego akapitu, więc fantazjowanie pozostawmy i powtórzmy, że jest potencjał. Pierwsze koty za płoty, warto próbować. Byle nie stanąć w miejscu i nie zrobić drugiego takiego samego festiwalu. Tylko zrobić drugi taki sam, tylko lepszy.