Berliny to tak, ale żeby tak zajrzeć do Wrocławia? Wędrowali, wędrowali i w końcu im się udało! Mowa tutaj o  członkach Pets Recordings – labelu założonego przez duet Catz ‚N Dogz. Po udanych odsłonach w Sopocie i w Berlinie (relacja tutaj i tutaj) chłopaki przy współpracy C&C Bookings, Suck My Bass oraz Das Lokal zorganizowali imprezę we wrocławskim klubie WZ.

Tym razem dla wszystkich spragnionych dobrych brzmień zaprosili rozchwytywanego w ostatnim czasie Dixona. Patrząc na zainteresowanie na facebooku (1200 zapisanych osób) zapowiadało się całkiem dobrze, bo jak wiadomo – muzyka jest muzyką, ale frekwencja też musi dopisać. Czy internetowi napinacze postanowili jednak pokazać się w klubie osobiście? Postanowiłem sprawdzić to… no właśnie osobiście.

Przekraczając wejście klubu od razu dało się zauważyć, ze to nie będzie kolejna zwykła impreza. Klub był wystrojony i miał od razu dać do zrozumienia, ze jesteśmy na wydarzeniu wspomnianego labelu. Organizacyjnie wszystko dopracowane bardzo dobrze. Brak kolejek przy wejściu, czy szatni, która kosztowała….symbolicznego złocisza. Musze przyznać że tym faktem zaskoczonych było wielu. (Ma się te problemy nie?) I tutaj od razu trzeba przybić piątkę tym, którzy wpadli na ten pomysł. Mała rzecz, a cieszy. 

Bardzo dobrym rozwiązaniem było wprowadzenie bonów na zakup w barze. Dzięki temu nie było absolutnych problemow z zamówieniem i wiecznym czekaniem na wydawanie reszty. W tym wypadku bonem płatniczym były małe, białe …guziki, które były wielokrotnym tematem do dyskusji. Kolejny dowód na to, ze organizatorzy naprawdę przygotowali się do tego wydarzenia tak, by zostało zapamiętane nie tylko pod względem muzycznym.

A skoro mowa o muzyce, to na dwóch salach mogliśmy usłyszeć kilku artystów, którzy w swoich setach zaprowadzili mnie w przeróżne odmiany muzyki. Swoją muzyczną podróż rozpocząłem od głównej sceny, gdzie swoje muzyczne  możliwości odkrywał Mihau. Pochodzący z Berlina Dj od jakiegoś czasu jest na liście osób, które chciałem usłyszeć. Tym razem się udało.  

Bez zbędnego owijania w piękne słowa muszę przyznać, ze Michał idealnie odnalazł się na scenie. Swoją energią nie musiał za bardzo się starać do pozostania na main. Jak dla mnie wariat… oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Myślę, ze wielu nadąsanych dj-ow może się od niego uczyć scenicznego zachowania.

Muzycznie było lepiej niż dobrze. Lubię, gdy jestem zaskakiwany numerami, a nie gdy słyszę set składający się z numerów do siebie podobnych. Kawałki były bardzo dobrze dobrane, no ale bez cukrowania przyznać muszę z bólem, że nie zawsze dobrze zgrane. Choć, dla zacierających ręce hejterów dodam, że to nie wina Mihaua, tylko problemow technicznych… Wybaczam i zapominam. Idźcie w pokoju.

Rozumiem problemy techniczne, ale nie rozumiem repertuaru Michała Zientary, który zagrał zaraz po Mihau. Wydaje mi się, a raczej jestem pewien, że ktoś suportujacy gwiazdę wieczoru powinien bardziej się postarać. Gdzieś kiedyś czytałem, że poprzedzający dje wręcz muszą nieco zamulać, ale po kilku podejściach do jego seta nie dałem po prostu rady. I ten Armand Van Helden pod koniec. Masakra. Jestem ortodoksem.

Czekając na Dixona udałem się na mniejsza salę, gdzie grała Ejmi. Wypełniony ludźmi po brzegi parkiet, bar oraz wypełnione po brzegi… schody potwierdzały muzycznie zadowolenie wszystkich zebranych. Nie ma co się dziwić, gdyż ta nieznana mi dj-ka była dla mnie objawieniem tej imprezy. Czarnym koniem czy jak kto woli asem w rękawie organizatorów. Klimat, który wytworzyła przypominał mi ten, który widziałem i słyszałem wielokrotnie w berlinskich klubach. Momentami zastanawiałem się czy jestem u naszych sąsiadów czy we Wrocławiu. Z każdym nowym dźwiękiem Ejmi zaskakiwała mnie jeszcze bardziej. Ja wiedziałem od zawsze, ze kobiety graja bardzo dobrze, ale od dawna żadna mnie tak nie zaskoczyła. Moim i wielu zdaniem, był to najlepszy set tej nocy. Nie mogę się doczekać kolejnego razu z Ejmi. Naprawdę!

Kolejnym przystankiem na mojej drodze był Dixon. Artysta, którego lubię i którego kilka razy słyszałem już na żywo. Przeglądając tracklisty z jego ostatnich setów dało się zauważyć powtórzenia tych samych utworów. We Wrocławiu usłyszeliśmy kawałki, którymi Dixon katuje od dobrych kilku miesięcy, ale także nowe, których wcześniej nigdy nie słyszałem. Jak dla mnie set artysty nie powalił na kolana ani nie zaskoczył w sumie niczym specjalnym. Po prostu ot tak zagrany set. Nie znaczy, ze było złe, tylko od niego oczekuje więcej. Spoko, ale bez szału. Tak mogę podsumowując jego występ.

Ostatnimi, którzy mieli urozmaicić scenę główną byli chłopaki z Catz ‚N Dogz. Nasz towar eksportowy od dłuższego czasu jest wyczekiwany w naszym kraju. Za sprawą odnoszących sukcesów takich jak np. okładka Mixmaga, set dla BBC czy oczywiście znakomite produkcje, przyciągają jak magnes publikę na swoje imprezy. Tym razem inaczej nie było. Chłopaki doskonale wiedzieli czego oczekują od nich zgromadzeni pod sceną ludzie. Istne szaleństwo udzieliło się nie tylko publiczności ale tez duetowi, który skończył grać po 8. Wymęczyli, oj wymęczyli mnie i to konkretnie.

Byłem przekonany, że o tej porze nic już nie będzie się działo i w podskokach trzeba będzie wracać do domu. Nic z tych rzeczy! Na mniejszej sali impreza trwała w najlepsze. Tłum ludzi, dał mi do zrozumienia, że to jeszcze nie koniec. Szczerze pisząc, to nie wiem o której się wszystko skończyło, ale ja dotrwałem do 9:30 i nie dlatego że było słabo, tylko po prostu nie miałem już siły. 

Wiedziałem, ze Wrocław potrafi się bawić, wiedziałem, że C&C Bookings potrafi zorganizować dobra imprezę, ale nie sądziłem, że aż tak. Oby tak dalej!