Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Tak pod koniec ubiegłego roku organizatorzy Sónar Festival zapowiadali nowy rozdział w historii jednego z najważniejszych i najciekawszych wydarzeń muzycznych w Europie. Festiwalu, który od ponad 33 lat odbywa się w Barcelonie i na stałe wpisał się do kalendarza miłośników muzyki elektronicznej z całego świata.

Nie ukrywam, że zapowiadane nowości przyjąłem z dużym entuzjazmem. Odwiedzam Sónar regularnie od 2012 roku i z każdą kolejną edycją miałem ten sam problem — jak napisać coś nowego o wydarzeniu, które pod względem organizacyjnym i muzycznym od lat utrzymuje niezwykle wysoki poziom. To jeden z niewielu festiwali, na który można pojechać niemal w ciemno, nie znając większości artystów, a mimo to wrócić z głową pełną muzycznych odkryć.

Największą zmianą tegorocznej edycji było odejście od formuły, która przez lata stała się znakiem rozpoznawczym festiwalu. Dotychczas Sónar funkcjonował w dwóch odsłonach — dziennej (Sónar by Day) i nocnej (Sónar by Night), odbywających się w różnych częściach Barcelony. W tym roku organizatorzy zdecydowali się na odważny krok i przenieśli cały festiwal do jednej lokalizacji — tej samej, która do tej pory gościła nocną część wydarzenia.

Jest jednak jedna rzecz, która od lat pozostaje niezmienna i nieodłącznie kojarzy mi się z Sónarem – pogoda. Tak było i tym razem. Jak co roku w połowie czerwca nad Barceloną panował prawdziwy skwar, a słońce od samego rana dawało się we znaki. Choć wysokie temperatury potrafiły dać w kość, trudno wyobrazić sobie dzienną odsłonę festiwalu bez tego charakterystycznego upału. W połączeniu z muzyką dobiegającą ze scen tworzył on klimat, który od lat jest jednym z symboli Sónaru.

Już pierwszego dnia dało się zauważyć, że organizatorzy bardzo chcieli zachować atmosferę, do której uczestnicy zdążyli się przyzwyczaić podczas poprzednich edycji. Powróciły dobrze znane nazwy scen, a jednocześnie pojawiło się kilka zmian, które wyszły festiwalowi na dobre. Szczególnie pozytywnie zaskoczyły mnie odświeżone strefy VIP. Były bardziej przemyślane, oferowały lepszą widoczność dzięki dobrze rozmieszczonym balkonom i pozwalały wygodnie przemieszczać się między poszczególnymi scenami.

Sam układ terenu wymagał jednak chwili przyzwyczajenia. Pierwszego dnia kilka razy łapaliśmy się na tym, że nie do końca wiedzieliśmy, w którą stronę powinniśmy iść. Na szczęście po krótkim czasie wszystko stało się jasne i poruszanie się po festiwalu nie sprawiało już najmniejszych problemów.

Jednak Sónar Festival to nie strefy VIP i nie ciągłe przemieszczanie się między scenami. To przede wszystkim muzyka. A tej oczywiście nie brakowało. Pierwszy dzień rozpoczęliśmy spokojnie. Bez ciśnienia biegania od sceny do sceny, jak to zwykle u nas bywa. Zamiast tego postawiliśmy na zwiedzanie festiwalu i powolne wchodzenie w jego atmosferę.

Pierwszym artystą, którego wybraliśmy, był legenda elektroniki – The Hacker. I śmiało mogę napisać, że był jedną z najmilszych niespodzianek całego festiwalu. Nie jest łatwo usłyszeć go na żywo, dlatego z ogromną przyjemnością słuchaliśmy jego doskonale poprowadzonego seta. Było to jednocześnie ciekawe przypomnienie historii muzyki elektronicznej. Podobnie było w przypadku Cabaret Voltaire, którzy podczas Sónar Festival świętowali 50-lecie swojej działalności. Tak jak The Hacker, byli idealnym rozpoczęciem naszego festiwalowego maratonu.

Na zakończenie pierwszego dnia zostawiliśmy sobie dwóch artystów – Boys Noize oraz Daniela Avery’ego. Pierwszy z nich zaprezentował fenomenalny set na scenie SónarPark. Tutaj panowała już zupełnie inna energia. Wydawało mi się, że tak duża scena nie będzie pasowała do jego stylu, ale na szczęście bardzo się myliłem. Atmosfera była dokładnie taka, jakiej oczekuje się od dużego letniego festiwalu – pełna energii, radości i świetnej zabawy.

Nie inaczej było podczas live’u Daniela Avery’ego na scenie SónarHall. Brytyjski artysta dosłownie zahipnotyzował publiczność swoim hipnotycznym, niezwykle spójnym występem. Lepszego zakończenia pierwszego dnia trudno było sobie wymarzyć.

Piątek i sobota to dni, podczas których odbywają się dwie części festiwalu – dzienna i nocna. Patrząc z perspektywy czasu, nie widzę już między nimi tak dużej różnicy jak kiedyś. W poprzednich latach miałem wrażenie, że uczestniczę w dwóch zupełnie różnych festiwalach i bardzo mi się to podobało. W tym roku nowa formuła była już inna. Być może to kwestia przyzwyczajenia.

Drugi dzień rozpoczęliśmy od koncertu Kelis, która wraz z zespołem wystąpiła na scenie SónarVillage. Amerykańska artystka zaprezentowała godzinny koncert oparty na swoich największych przebojach. Nie zabrakło takich utworów jak „Milkshake”, „Trick Me”, „Millionaire” czy nieśmiertelnego „Caught Out There”. Największym zaskoczeniem okazała się jednak interpretacja klasyka Nirvany – „Smells Like Teen Spirit”.

Koncertów podczas tegorocznej edycji było naprawdę sporo. Na szczególne wyróżnienie zasługuje SBTRKT (który przy okazji udostępnił nasze Instastory u siebie) oraz WhoMadeWho, którzy doskonale wiedzieli, czego oczekuje zgromadzony pod sceną tłum.

Jednak najbardziej wyczekiwanym koncertem był oczywiście występ The Prodigy. I tutaj nikogo nie zaskoczę – ich muzyka nadal broni się sama. Uważam jedynie, że energia płynąca ze sceny nie jest już tak dzika jak przed laty, ale wciąż potrafią porwać publiczność. Było słynne, wielokrotnie powtarzane „All my fucking Spanish people”, a chwilę później również „All my fucking British people”. Przypadek? A może zaplanowany żart? Trudno powiedzieć. Setlista była przewidywalna, ale możliwość usłyszenia tych klasyków na żywo nadal robi ogromne wrażenie. To był koncert dopracowany od początku do końca.

Osobnym wątkiem wartym odnotowania jest SónarCar. To scena, która co roku przeżywa prawdziwe oblężenie. Kolejki do niej są właściwie czymś normalnym. Wizualnie przypomina ogromny namiot cyrkowy ustawiony pośrodku festiwalu.

W tym roku przestrzeń tę przejął Speedy J, który wspólnie z FJAAK, KiNK, Nene H oraz STOOR Crew stworzył siedmiogodzinną muzyczną podróż. To, co tam zobaczyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Dawno nie widziałem, żeby muzyka była tak perfekcyjnie zsynchronizowana z oprawą wizualną. To nie było zwykłe przekazywanie sobie pałeczki za konsoletą. Całość przypominała starannie zaplanowaną muzyczną podróż, w której każdy kolejny fragment wynikał z poprzedniego. Wszystko było dopracowane w najmniejszych szczegółach i nieustannie potrafiło zaskakiwać.

Już wtedy wiedziałem, że będzie to jeden z najmocniejszych punktów całego festiwalu. Dzisiaj wiem już na pewno – dla naszej redakcji Kluboterapia był to najlepszy występ tegorocznego Sónara. Pomimo ogromnej liczby interesujących artystów właśnie oni zostawili całą resztę daleko w tyle. To było autentyczne, odważne i kompletnie inne od wszystkiego, co wydarzyło się przez trzy festiwalowe dni. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję zobaczyć ten projekt na żywo, po prostu idźcie. Nie będziecie żałować.

W tym roku bardzo wyraźnie było widać, że techno przeżywa na Sónarze swój mocny moment. Co ciekawe – w dużej mierze za sprawą kobiet. Śmiało mogę napisać, że główne sceny zdominowały właśnie one. Charlotte de Witte oraz Amelie Lens zaprezentowały kapitalne sety i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Nie tylko poziomem grania, ale również frekwencją. Z moich obserwacji wynikało, że pod ich scenami zgromadziło się nawet więcej osób niż podczas koncertu The Prodigy.

Również mniej oczywiste nazwiska, takie jak DJ Gigola czy Sara Landry, zrobiły ogromne wrażenie. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość muzyki elektronicznej, to zdecydowanie jestem na tak. Zaskoczeń było zresztą więcej. Warto wspomnieć o kolejnym secie FJAAK. Tym razem duet pojawił się na scenie SónarLab razem z kapitalną Miss Kittin. To właśnie z tej sceny transmitowane były również występy Rinse FM.

Czym byłby Sónar Festival bez Modeselektor? Mam wrażenie, że są już stałym elementem tego wydarzenia. W tym roku ponownie pojawili się z live setem. Chyba nikogo nie zdziwi, jeśli napiszę, że ponownie dostarczyli jeden z najmocniejszych punktów programu. To artyści, którzy za każdym razem zostawiają na scenie sto procent. Całość była perfekcyjnie zsynchronizowana z wizualizacjami, a reakcja publiczności mogła być tylko jedna – entuzjastyczna.

Pisałem już wielokrotnie, że Sónar Festival jest jednym z tych wydarzeń, na które można jechać w ciemno. Nawet nie znając większości artystów i bez line-upu wypełnionego największymi gwiazdami, można wrócić zachwyconym. Organizatorzy od lat potrafią dobierać artystów nie tylko pod kątem jakości występów, ale również odkrywania nowych nazwisk przez publiczność. Sónar to nie jest zwykły festiwal. Tutaj sztuka spotyka się z muzyką, a muzyka z technologią.

W tym roku pojawiły się zmiany, do których nie jestem jeszcze w pełni przekonany, ale mimo wszystko festiwal nadal trzyma bardzo wysoki poziom. Bez najmniejszego wahania polecam go każdemu, kto lubi odkrywać nową muzykę, poznawać ciekawych ludzi i interesuje się technologią (Sónar+D). Do zobaczenia w 2027 roku.

I już teraz zapiszcie datę kolejnej edycji – 17–19 czerwca 2027. Barcelona. Oczywiście.