(Michał): „ … i zaraz będziemy za rogiem tutaj za tamtą bramą schodzić schodami i wtedy będzie widać z góry całe Audio! Widzisz? Tam masz główną, obok jest skarpa, tam rzucimy rzeczy, tam są drumy od razu, bary, potem pójdziemy tam, bo to jest Circus, a z prawej strony za drzewami jest to nasze pole namiotowe…”

(rysuję palcem po horyzoncie)

… i tak opowiadam temu kumplowi, co jest pierwszy raz w Płocku, co, gdzie i jak. Uderza we mnie takie gwałtowne przeświadczenie, że po dwóch latach nieobecności schodzę po tych schodach jak do siebie i oprowadzam gości. Jak gdybym wrócił po trzyletniej delegacji do swojego własnego mieszkania. Znacie to uczucie? Mieszkacie tam 10 lat, dokładnie znacie każdy kąt, a jednak czujecie dziwną obcość przez kilkanaście pierwszych sekund i uczucie „wszędzie dobrze…”.

Taki był dla mnie powrót na plażę, bo taki jest Audioriver Festival będący ogólnopolskim zlotem elektronicznych znajomych. Nieważne czy jesteś tam pierwszy raz, bo ktoś zawsze jest już jedenasty i szybko wczuwa się w rolę gospodarza. Nowy gość czuje się gościem tylko do pierwszego tańca.

Widzieliście kiedyś relację ze spisem treści? Proszę bardzo, przecieramy szlaki. (Można kliknąć i się przenieść do wybranego świata).

  1. Co nowego na Audio? Przelot po scenach i pieśń o przestrzeni
  2. Muzyczny przekrój Audio, co się poszerza w dobrym kierunku
  3. Szczegółowa analiza „po jednej nutce” z Hybrid Tent
  4. Muzyczne momenty ze scen różnych, kiedy serce biło mocniej
  5. Techno przygoda w Cyrku i Kosmosie
  6.  Sobota na rynku i fraszka o dominacji Afterlife
  7.  Grzechy i grzeszki Audiocampa
  8.  Co dobrze, co źle, co może inaczej? O strefach i ludziach słów kilka
  9.  Epilog. Niedzielny festiwal na festiwalu

Na przestrzeni lat mapa Audioriver nie zmieniła się w jakichś szalony sposób, ale na pewno można zauważyć bardziej rozbudowaną zachodnią część festiwalowego miasteczka (od strony Sobótki). To Audiomiasto w tym roku udało się jeszcze bardziej przeciągnąć w bok dzięki nowej scenie. Colour Stage ustawiona była pod płocką jaskinią i wyróżniała się swoim (nomen omen) kolorowym i powiewającym na wietrze luźnym designem. To nie był symboliczny punkcik na mapie (jak przewidywało wiele osób), a w zasadzie pełnoprawnie skrojona scena, na której nie brakowało publiki.

Chillout(ować) i słuchać wolniejszej elektroniki można było niedaleko w lasku i oczywiście także w tej okolicy pojawiła się nowa odsłona sceny „na mniejszej skarpie”, w tym roku nazwana mianem Studia (dawny Burn). To  pole z dobrym widokiem z każdego miejsca i idealna przestrzeń na przeciągające się aftery w niekoniecznie zabójczym tempie. Bardzo ładna, przygotowana w kształcie gwiazdy konstrukcja, która wyglądała efektowanie zarówno w nocy jak i w dzień.

Wszystkie te trzy elementy „Mapy Świata” tworzyły już same w sobie taki zachodni Miniaudioriver obok drzew.

I te wspomniane drzewa tłumią idealnie to, co dzieje się przecież niedaleko na Kosmos Stage. Zadaszona konstrukcja sprawiała wrażenie industrialnej, podłużnej technohali z podwieszonymi ekranami. Na mnie robiła wrażenie, podobnie jak morze głów, które było widać za każdym razem przechodząc głównym traktem festiwalu w kierunku Sobótki. Dach był jednak tak wysoko, że publika mogła dowolnie i naturalnie rozlewać się po okolicznym polu w różnych konstelacjach.

Przestrzeń. Tej na pewno nikomu w piątkową (pogodną) noc nie brakowało. Festiwal naprawdę zajmuje już powierzchnię małego miasta i dotarcie wszędzie na choćby godzinę to już ekspedycja. Czy było mniej ludzi niż lata temu? Teraz to naprawdę ciężko stwierdzić.


Nie wspomniałem jeszcze o największym, przyzwoitym Mainie z naturalną trybuną i świetlistą aureolą oraz dwóch namiotach, które wpisały się w historię festiwalu czyli Hybridzie i Circusie. One żyją własnym życiem i zaraz do tego wrócimy…

Pod tym muzycznym względem to dodanie Colour Stage, na której można wrzucić zarówno discogwiazdę jak i kogoś grającego klasyczny house z Defected (było słyszane!) jeszcze bardziej rozwija elektroniczne możliwości Audio. Studio Stage (dawny Burn) to taki Circus pod gołym niebem na o seta do księżyca, seta przy porannych promieniach słońca albo porannych kropelkach deszczu. Kosmos dopełnił technozniszczenia jakby wyciągając też to, co kiedyś było mocniejsze w „cyrku”. Jak do tego wszystkiego dorzucimy eklektyzm Maina to… z czystym sumieniem powiem, że w Polsce Audio prawie najszerzej i najszczerzej oddaje cały świat muzyki elektronicznej głównego nurtu.

Ten line-up w tym roku zdaniem naszej redakcji był naprawdę mocny. Tak mocny, że nagły brak Lena Fakiego, Alana Fitzpatricka, Lsdxoxo, Joyhausera czy Mathame był bolesny dla konkretnych fanów, ale nie rzutował na odbiorze całości. Naiwnością byłoby wierzyć, że w takich skomplikowanych czasach zagra cały komplet kilkudziesięciu DJ-ów. Każdy nurt miał jednak solidną reprezentację i łatwo dojść do sytuacji, że dwóch znajomych uczestników w ogóle się na Audio nie spotka, bo jedna zaszyje się w Kosmosie, a druga kocha d’n’b w Hybridzie na drugim końcu miasta.

Ktoś mówił d’n’b? I już jest z nami Łukasz Dolatowski, który według pradawnych legend spędził w Hybridzie w ciągu ostatnich piętnastu lat łącznie bity tydzień. Dawaj Łukasz:

(Łukasz:) W piątek jednym z występów „must see” był set Kasry, założyciela wytwórni Critical Music. Specyficzny styl artysty, mocniejsze bity, pomielony bas, łączący się nie za często z łagodniejszymi, wokalnymi frazami bardzo przypadł mi do gustu. Set kolejnego z Brytyjczyków Wilkinsona to już klasyczna dyskoteka w połamanym rytmie. Zagrał we właściwy sobie sposób miksując gęsto własne produkcje z innymi bangerami. Nowy numer wlatywał czasami co dwie, trzy frazy. Były momenty kiedy słyszałem trzy kawałki jednocześnie. W setach Wilkinsona przeszkadza mi zbyt duża ilość cukierkowych tracków oraz że zdaje się w ogóle nie zważać jak bardzo odległe (pod)gatunkowo są od siebie sąsiednie numery. 

Następny grał Friction, który podobnie jak poprzednik jest fanem szybkiego miksowania. Double dropy ścieliły się gęsto. Energetyczno-basowa rozróba w towarzystwie MC Linguistica godnie podkręcała atmosferę w namiocie coraz bardziej i bardziej. AMC dalej przechylał balans w stronę mocniejszych brzmień i zagrał mocniejszy set, szybszy, w dużej części neurofunkowy. Dancefloorowych klasyków typu „Desire” jednak też nie zabrakło, podobnie jak ciekawych wstawek z nie-drumowych numerów. Do przetańczenia w całości jak najbardziej.

W sobotę prognozy się pogarszały, miało lać całą noc, więc wybrałem opcję awaryjną: klapki, peleryna i na co najmniej całe sety BCEE, Fred V oraz Fresha postanowiłem zaszyć się w Hybrid Tencie. Zacząłem od drugiej połowy Something Something, która średnio trafia w mój gust, ale i tak fajnie mnie rozgrzała. Na BCEE znalazłem już sobie lepsze miejsce bliżej sceny. Grał w dużym stopniu liquidowo, lirycznie bym powiedział, ale bez zbytniego przesłodzenia. Set zrobiony z klasą i wyobraźnią.

Następny Fred V przewidywalnie, w swoim stylu, trochę liquidu, trochę dyskoteki, trochę tłustszych basowych fraz. W namiocie Hybrid Tent było ciepło i milutko. Mogłem zrzucić pelerynę i nawet w klapkach nie było mi zimno. Czasami jednak trzeba było wyjść na chwilę i wtedy docierało do mnie jak bardzo zła jest sytuacja na zewnątrz. Padało coraz mocniej i było zimno.

Czym prędzej powracałem na moją scenę. Drum-and-bassowa rodzinka za każdym razem przyjmowała mnie serdecznie, uśmiechając się do mnie. Na DJ Fresha, który grał następny, czekałem najbardziej i to jego występ najbardziej mi się spodobał. Prawdziwa uczta zarówno dla tych, którzy chcieli usłyszeć jego największe produkcje „Louder”, „Gold Dust”, „Hypercaine” czy „Hot Right Now” jak i dla tych, którzy woleli nowsze rzeczy, gęsto zmiksowane z eksperckim skillem i wyobraźnią, często z utworami komercyjnymi.

Wątpię by Fresh swoje produkcje kiedykolwiek grał dwa razy w taki sam sposób, musi mieć setki wersji na swoim twardym dysku. Artysta pełny, spełniony, kompletny. Zaskakiwał nas wiele razy, od intro, aż do samego końca. Towarzystwo Messy Mc dopełniło spektaklu. Jeden z najlepszych występów jakie widziałem. Jeden z tych, które przeżywa się długo i pamięta na zawsze.

Jedziemy dalej i słuchamy Harriet Jaxxon, jednego z moich tegorocznych zaskoczeń. Dziewczyna gra szlagier High Contrasta „Kiss Kiss Bang Bang”. Za chwilę jednak numer przeradza się w całkiem inną, Harrietową wersję. To nie jest remix, to nie jest edit, to jest ten sam kawałek zrobiony od nowa, innymi dźwiękami. Zmieniają się dźwięki, zmienia się beat, a potem w ogóle zmienia się klimat, muzyka jest niby różnorodna, ale płynna i nie wiadomo gdzie kończy się jeden track, a zaczyna następny.

Niewiele spodziewałem się po następnym wykonawcy, Zardonicu. Poznałem go już kilka lat temu w jednym z warszawskich klubów. Jest to tzw. mask-artist, podobno jeden z dziesięciu najlepszych na świecie. Zardonic gra ciężką muzę, szybki mroczny drum and bass, inspirowany muzyką metalową, z licznymi gitarowymi riffami. Artysta eksperymentuje dźwiękami. Jego klubowy występ mi nie podszedł, ale tutaj, w festiwalowej odsłonie dopiero zrozumiałem o co chodzi. Ta muzyka plus image stworzyły wrażenie wprost zatrważające, jakby sam belzebub wyzionął z czeluści piekielnych i teraz przed nami występował. Eksperymenty z przerażającymi dźwiękami, wokale, a raczej jęki piekielne i te energiczne ruchy całym ciałem podczas występu plus oczywiście światła i lasery… ZAGŁADA.

Przyznam że lekko sceptycznie podchodzę do mask artistów. Po pierwsze jest ich już wielu, po drugie jakoś stwarza to podejrzenie, że artysta chce się wybić na wizerunku, a nie na muzyce. Szybko jednak zrozumiałem swój błąd. W przeciwieństwie do klubowego występu, gdzie artysta do końca chronił swój wizerunek (został chwilę w klubie, ale miał kominiarkę), tutaj pod koniec seta odsłonił twarz i powiedział kilka słów. Artysta jest po prostu oazą łagodności. Jego oliwkowa, łagodna twarz, postawa, sposób wysławiania się… po prostu ogromnie kontrastuje z tworzoną przez niego muzyką. Stąd zapewne artysta wpadł na koncept takiego, a nie innego wizerunku. Na koniec Zardonic zapowiedział i zagrał utwór stworzony do gry Cyberpunk.

Po takim Armagedonie ciężko było wyobrazić sobie, by ktokolwiek mógł godnie utrzymać tempo i atmosferę w namiocie. A jednak podołał temu zadaniu kolejny, niepozorny duecik który wyszedł na scenę – Burr Oak. Chłopaki również grają szybki i mroczny drumandbass. Mam wrażenie że cały urok niektórych numerów był w jednym dopieszczonym samplu, albo w jednym, dziko wymyślonym beacie, z uderzeniami w losowych, nieprawidłowych wydawałoby się miejscach taktu. Oprócz tego cóż… piły i wiertary.

Dopiero po 5:30 ogień przygasł. Sobotnia noc w Hybrid Tencie była nie tylko wspaniałą podróżą przez niemal wszystkie podgatunki połamanych rytmów. Ona była też LEKCJĄ drumandbassu. Prowadząc mnie za rączkę przez coraz to cięższe gatunki, twórcy tego eksperckiego time-table pozwolili mi lepiej zrozumieć podgatunki dotychczas przeze mnie pomijane.

Uznaję ją za jedną z top 3 moich imprez z drumandbassem, a występ Dj Fresha za jeden z 3 najlepszych występów, które widziałem na żywo.”

Michał: Dla mnie muzyczne momenty nie wiążą się jednak z konkretną sceną, bo w tym roku wybraliśmy opcję „szwendacz”, ale na pewno mocno zabiło serce, kiedy trio WhoMadeWho zagrało „Tell Me Are We” czyli numer stworzony wspólnie z Rampą z Keinemusik, a wydany w Innervisions. To właśnie połączenie najbardziej pasjonujących nas obszarów elektroniki budzi największe emocje, to te dźwięki są połączeniem synaps genialnych muzycznych umysłów o czym szczegółowo pisałem TUTAJ, zapowiadając występ Duńczyków. Wszystko więc zgodnie z wystrzelonymi pod sufit oczekiwaniami.

Na Mainie wrażenie robił oczywiście Bicep, bardziej energetyczny niż bym się spodziewał w takiej mocno festiwalowej wersji. Mimo deszczu, pod sceną zgromadziły się tłumy, a vibe bijący od największych hitów ekipy potrafił osuszyć mokre skarpetki. Ciarki? Ja miałem podczas audioriverowej wersji „Atlasa”, dokręconego jeszcze przez potencjometry do granic zakresu ucha, wszystko wymieszane deszczem z dreszczem i podświetlone kolorowymi… laserami łapiącymi w drodze ze sceny na skarpę kropelki wody z nieba.

Prawie w tym samym czasie pogoda postawiła stworzyć ludzką konserwę w Cyrku. Tłumiasty tłum słuchał z entuzjazmem Yotto, który według wielu zagrał na „życiówkę”, a endorfiny publice wystrzeliły podczas pierwszych taktów motywu „Meet her at Loveparade”, które pojawiały się niedługo po remiksie Yotto dla Jorisa Voorna. Mega festiwalowy set dla poprawy deszczowego nastroju. Na pewno zaskoczył mnie jednak pomruk… niezadowolenia, kiedy Finowi gdzieś tam uciekł jeden numer i się gwałtownie skończył.  Zazwyczaj publika wydaje wtedy radosny okrzyk „nic się nie stało”, a tutaj proszę jaka wymagająca ekipa!

Co jeszcze zapadło w pamięć? Cofam się do piątku. Przepięknie czuć było szczęście i miłość, tak ulatującą w powietrze w górę jak serduszka instagramowego storika, podczas numeru Kevina de Vriesa „Dance With Me”, którą zagrał duet Adriatique. To był piękny closing w afterlife’owym stylu, w jeszcze suchym Płocku, jeszcze pełnym ciepła bijącego od rozdeptanej trawy na scenie Studio.

Potem w piątek włączył mi się brytyjski klimat radosnego festiwalowania, co oznaczało wizytę na imprezowym secie Gorgon City (solidna dyskoteka z hitami i numerami… od Afterlife), niespodziewanej wizycie na Frictionie i zamknięciu (już nie po brytyjsku) w wykonaniu wspomnianych Adriatique.

Nasza muzyczna przyzwoitość każe spędzić jeszcze trochę czasu na dwóch scenach: Circus i Kosmos. Tam rezydował nasz kolega Dawid Janczar, któremu oddajemy technogłos.

(Dawid) Robert Hood live. To chyba jedyny live, od którego oczekiwałem więcej niż dostałem.  Bardzo poprawnie technicznie, bardzo fajnie usłyszeć na żywo maksymalnie podkręconą techno wersję „Save the children (Detroit Mix)”, ale kurczę przez sporą część występu „The Vision” tak intensywnie tłoczył basem, że wszystko zlewało się w monotonną nieczystość brzmienia.

Luke Slater. Chyba nigdy nie miałem tak, żebym był zadowolony z odwołania jakiegoś występu, ale nieobecność Joyhauser i wstawienie w ich slot Luke’a Slater’a spowodowało to, że zrezygnowałem z b2b Pauli Temple i SNTSa. Dobra moja, bo od początku do końca jarałem się tym setem niemiłosiernie. Jeśli w sztuce zgrywania dałoby się zrobić doktorat z profesury, Luke obroniłby się na 5+. Spektrum i głębia brzmień pochłaniały. „Brudny” tribal-acid okraszający surową strukturę brytyjskiego techno to jest to. Piękne sześciany i sztuka wykorzystania ich przestrzeni do świecenia to jest to! Ukłony dla Pushka Studio. Dla mnie te wizualizacje i ta scena wyglądały zajebiście. Kompozycja audio „uszy czyścić” – wideo „oczy przecierać” czyli całościowo palce lizać.

Planetary Assault Systems live. Zmiana dnia, zmiana seta na live, zmiana na inny alias, zmiana miejsca grania – to było na tyle ze zmian, podjarka względem występu pozostała taka sama. Luke jako PAS, PAS jako Luke to jedna i ta sama jakość. Stylistyka grania bardzo podobna, jakość świecenia równie wyśmienita. Ukłony dla Tving Stage Design. Wydaje mi się, że sam Kosmos był przygotowany przeprecyzyjnie w odniesieniu do klimatu jaki tam panował.  Przy teoretycznie wolniejszych live’ach pięknie pulsował, przy szybszych łupankach posuwiście zapier..niczał.

Viper Diva. Co do szybszych łupanek… Shlomo i Hadone to genialny dwupak. Było mi niezmiernie miło nie myśleć o niczym i bez zbędnej analizy wykorzystywać ostatki sił w tańcu na utwardzonym wodą podłożu. Czasami przewidywalnie, czasami mniej, ale cały czas było „właściwie jechane”. Fajnie po dość długim czasie było usłyszeć ich szlagiery „Alice” czy „Born to Be Slytherin (Tbilisi Mix)”. To ten „towar, który nigdy się nie nudzi”.

Tak wyglądała właśnie przygoda Dawida Janczara z techno na Audioriver. Dzięki!

Więcej muzyki? Co, kto i gdzie grał? Jak brzmiały poszczególne sceny? Zamiast tworzyć kolejne akapity odsyłam Was do naszego artykułu, który powstał na gorąco jeden dzień po zamknięciu festiwalu… Muzyka zamiast słów.

(Michał). Ja w całości miałem przyjemność przesłuchać jeszcze seta od Prismode & Solvane. Panowie grali w sobotę na Rynku, a deszcz był wtedy jeszcze deszczykiem i ekipa z Berlina kończyła z pełnym „parkietem”, grając na koniec kilka szlagierów od… Afterlife i zaskakując closing trackiem jakim był „You and Me” od Disclosure w remiksie Flume. Osobiście liczyłem na więcej STV, klimatów ritterbutzkowych czy numerów z Monaberry, ale to Afterlife kradnie ostatnio show. Tracki z wytwórni spadającej głową w dół słychać było w praktycznie… każdym secie, w którym szło się odbić do „melodic techno”.

Oby tylko nie za długo i oby nie za często, bo boję się o taki mocno przehype’owany kierunek. „Consciousness” słyszałem na Audio z trzy razy, oczywiście, że królowało „Running” od Anymy. Ten sezon należy do Afterlife.

Dlatego właśnie Prismode & Solvane mogli Afterlife odpuścić i zaskoczyć graniem z Berka, tak jak rozpoczęli. Na początku jak w masełko wjeżdżały mi  i Johnson, i Dirty Doering, i Gespona, i też Henri Bergmann. Kiedy jak nie w sobotę o 16:00? Piękny to był zarówno after jak i before, a Solvane i Prismode jak zawsze uśmiechnięci i… kontaktowi. Z tego co wiem to odpisywali na Instagramie wszystkim fanom, którzy ich oznaczyli. Miłe to strasznie. Zero gwiazdorstwa.

Fajne jest to, że ta scena na rynku wychodzi do zwykłych Płocczan, którzy mogą zetknąć się z tymi kolorowymi, uśmiechniętymi ludźmi. Stanęła obok nas taka kobieta około czterdziestki i stwierdziła: „nawet fajna ta muzyka, jakbym się napiła to bym tańczyła. Choć przez całą noc to bym jednak zwariowała”.

No i fajnie nam z naszym wariactwem. Przyjemnie było też odbierać w piątek na Rynku festiwalowe opaski przy grającej scenie, czując już klimat wydarzenia i widząc zachodzące za ratuszem słońce.

Zabrakło mi jednak corocznych targów, braku możliwości kupienia w sobotę płyty winylowej czy jakiejś koszulki… W ogóle mam wrażenie, że na starówce w sobotę czuć było nieco mniej Audio w Audio, mimo, że na Grodzkiej odstawiała się niezła kakofonia ośmiu plenerowych scen. W niedzielę było w mieście już prawie pusto, ale to pewnie przez ten przeklęty deszcz.

Mówiłem o brytyjskim stylu imprezowania z piątku. BRYTYJSKO to się jednak zrobiło w sobotę. Chcesz brytyjskiego stylu imprezowania? Co byś powiedział na 20 godzin deszczu bez przerwy? Tak jak wspominaliśmy na Prismode & Solvane tylko kropiło, ale potem tak systematycznie z godziny na godzinę a to padało, a to kropiło, a to mżaweczka, a to… ulewa, ulewa, ulewa i ściana wody. 

Będąc szczerym: nie brakowało ludzi, którym mimo deszczu uśmiech nie schodził z twarzy. Nie brakowało osób, które nie wychodziły spod zadaszonych scen. Nie brakowało szczęśliwie skaczących po kałużach, ale nie brakowało również tych, którym ten deszcz… no popsuł festiwal, telefon i muzyczne plany. Osobiście nastawiałem się na 6 godzinny closing-innervision-set na scenie Studio, ale w takiej pogodzie nie każdy potrafił czerpać przyjemność z muzyki. Miała być uczta Echonomista, Trikka, Jimi Julesa, a na końcu Ame i Dixona, których (bardzo zresztą z pomysłem) przeniesiono na zakończenie cyrku.

Ten deszcz krzyżował plany zwłaszcza tym z pola namiotowego. Woda była wszędzie, nawet błyskawiczne wyjście z namiotu wiązało się z zamoczeniem całego dobytku. Ciężko było żyć w takich warunkach, no a samo pole było według mnie najbardziej niedopracowaną częścią tegorocznego Audioriver. W końcu to przecież jest oficjalne festiwalowe pole, Audiocamp, sprzedawane też przez Audio, więc można by poświęcić mu nieco więcej uwagi. Catering rozstawiony byle jak niczym na dożynkach, kolejka w najbardziej gorącym momencie rozbijania namiotów w piątkowe popołudnie, brak śmietników, które pojawiły się dopiero po kilkudziesięciu godzinach, a wszystko otoczone tym niezbyt przyjaznym płotem.

Dla nas zabrakło miejsca, więc kazano nam rozbić się jeszcze dalej, tak jakby poza wyznaczonym areałem. To minus. Ale plus i brawa za reakcję oraz fakt, że w piątek o 23:00 ekipy… rozstawiały płoty powiększające przestrzeń, a w sobotę to nawet dostawili lampę. W sumie więc ratowano się tymi interwencjami i nie zostawiano świata samemu sobie.

Czemu jednak i na Audiocampie nie mogą pojawić się jakiekolwiek dekoracje, ładne strefy gastro, czemu nie można już całego terenu przeciąć jednym płotem, a nie robić takie więzienne korytarze i węże z kratownicy? Festiwal to festiwal, chce się czuć fajnie w każdej ze stref. Wiem, że pewnie chodzi o fundusze, ale tylko optymizm ludzi, ich uśmiechy ratowały momentami napiętą sytuację.

Trzeba naszym zdaniem w ten Audiocamp włożyć trochę serca, zwłaszcza, że coraz bardziej dramatyczne są głosy dotyczące słabej bazy noclegowej w Płocku, kiepskich warunków za horrendalne pieniądze, a już nawet akademiki narzuciły kwoty, za które można polecieć na weekend do Bułgarii. Jak to rozwiązać? Polem, na którym każdy będzie chciał być, żeby nic nie stracić.

W strefie gastro już na samym festiwalu także brakowało trochę dodatkowych miejsc do siedzenia, ławeczek, parasoli. Coraz większe wrażenie robią z kolei bary marek alkoholowych. Tam się naprawdę przyjemnie spędza czas, wszystko z pomysłem, z klasą, naprawdę im tego będzie więcej, to festiwalowe miasto tylko na tym zyska.

Jedni do plastikowych kubków na piwo za 10 złotych kaucji już się przyzwyczaili, inni jeszcze nie, ale trzeba przyznać, że śmieci na terenie festiwalu… nie kłuły w oczy. Co innego na Audiocampie.

Klimat zawsze ratuje jednak ta audioriverowa społeczność. Uśmiechnięta, zadowolona, ludzie do siebie zagadują w kolejce pod prysznic, do toalety, po piwo, chwalą swoje koszulki, fryzury, pytają, odpowiadają, cieszą się z tego wszystkiego i to w tym jest najistotniejsze i wyjątkowe. Ktoś śpiewa „sto lat” i żałujesz, że masz urodziny w maju, a nie w lipcu. Wchodzisz za bramę i czujesz się po prostu bezpiecznie.

Wielu brakowało na pewno Audiopola przy wodzie, wielu mówiło, że przydałoby już się schować te Toi-Toie w jakiejś strefie. Po sobocie wielu chciałoby większą ilość dachu, na forum pojawiały się komentarze dotyczące braku podświetlenia schodów i faktycznie lanego piwa bez woltażu, co jest dość niezrozumiałe skoro obok sprzedawana jest wódka. Pewnie jednak są jakieś przepisy, o których uczestnicy nie wiedzą, tak samo jak domyślamy się, że zakaz wypuszczania ludzi z alkoholem ze stref jest równie przemyślany i obwarowany. Jednym zdaniem: wszystko gra, ale są jeszcze możliwości by było jeszcze piękniej.

15 lat minęło z Audioriver, więc trudno się dziwić, że w niedzielę na parkowej odsłonie imprezy Sun/Day pojawił się na scenie szampan (albo wino musujące?). Ten Sun/Day to jest już trzeci festiwal na festiwalu, co sprawia, że Audioriver naprawdę owym festiwalem jest w odróżnieniu do wielu po prostu rozbudowanych imprez, które być nim by tylko chciały. Na Sun/Day można przyjechać niezależnie (jeżeli nie możecie brać udziału w Audio) i na pewno nikt się nie rozczaruje. Dekoracji jest coraz więcej, schody wśród drzew są naturalnym amfiteatrem, powstają nowe podesty, siedziska, miejsca do selfików, a klimat dziennych imprez (których w Polsce ciągle jest naszym zdaniem za mało) jest nie do podrobienia. W tradycję wpisały się też flary i mydlane bańki.

Tak samo jak nie do podrobienia jest „rezydentura” Damiana Lazarusa, ciągle uwielbianego przez Płocką publikę. Ci, którzy wybrali Brytyjczyka zamiast występu Mall Graba (dobrobyt towarzyszył nam nawet w niedzielę!) z uwielbieniem wsłuchiwali się między innymi w remiks od &ME duetu Röyksopp „Impossible”, a wszystko zakończyło „I feel love”. Trzeba jakichś podsumowań?

A właśnie na tej drugiej scenie z Mall Grabem kończył Audioriver Dawid. Co tam, jak tam?

(Dawid): Mój jedyny niedzielny występ „must see” to Jordy właśnie. Kocham gościa, bo całkowicie wykracza poza schematy. Potrafi grać srogie techno, klimatyczny house, milusio płynący dnb, czy rzeczy w brejkowej stylistyce, a wszystko w oparciu o swoje utwory. Nie wiem czy ten niedzielny set był zgrany w 100%  z jego produkcji (jak to ma w zwyczaju), ale usłyszałem wszystko, co chciałem usłyszeć, przy czym nie dało się nie czerpać tej radości, którą przekazywał swoją osobą. Nawet fakapy z nagłośnieniem nie były w stanie zaburzyć tego niebanalnego występu.

Jeszcze jedna rzecz. W tym roku zabrakło Audiopola nad czym ubolewałem, ale zastępstwo w postaci „Middle of Summer”, które miało miejsce w Fun Parku przerosło moje oczekiwania. Ta impreza teoretycznie poboczna stała na mega wysokim poziomie i okazała się być pełnoprawnym festiwalem muzycznym. Piękna kryształowa kula, piękne przecinające powietrze lasery, piękna gra świateł, piękne spoty do chillowania i przede wszystkim przepięknie łupiące nagłośnienie od Lambda Labs. To był jeden z najpiękniejszych muzycznych afterów w jakich uczestniczyłem. Dzięki Carla Roca za przeniesienie prawilnego Mayday’owego łupania na leśny klimat, dzięki Under Black Helmet za srogi łomot spuszczony mojemu już dość sfatygowanemu ciału, dzięki Kombinat Crew za ten event!

(Michał): Co grał Solomun? Co grał Dixon z Ame? Dlaczego Shazam był wtedy nieprzydatny? Czy to prawda, że na scenie z Sevdalizą wystąpił Quebonafide? Jak grała Colour Stage? Kto pozamiatał na Circusie? Ja tam nie wiem moi drodzy, bo ten festiwal jest już nie do ogarnięcia. Można zwiedzać go po brytyjsku (jak my w piątek), można zwiedzać go po holendersku, można siedzieć w lesie i słuchać Raidho i Deaf Can Dance, można po polsku bić brawo dla Noviki i Lexa czy Lulu Maliny. Można pływać w dźwiękach z Benem Bohmerem i odwiedzić hutę szkła z I Hate Models.

Osobiście zazwyczaj „kolekcjonuję” występy artystów, stąd często nieoczywiste muzyczne wybory i brak obecności na „must have” setach. Można mieć na festiwalu tryb szwendacza, tryb kocykowca, tryb połamańca, ale jedno jest pewne. Jak stwierdził cytowany dzisiaj Łukasz: „w festiwale trzeba umić”. Zawsze wrócisz do domu z muzycznym niedosytem, trzeba było to i tamto. Uśmiech jest na twarzy? To znaczy, że zaliczyłeś Audio po swojemu.

(zdjęcia: Materiały Prasowe Audioriver, NonstopAudio, Artur Aen Nowicki, Tytus Duchnowski)

(tekst: Michał Mrozek, Łukasz Dolatowski, Dawid Janczar)