– W końcu mają bramę z kontenerów! – zażartował jeden z naszych kolegów, bywalec europejskich festiwali, wchodząc na Błonia i zmierzając w kierunku wielkiego, trójwymiarowego AV, będącego symbolem Audioriver. Do Łodzi przyjechaliśmy już po raz trzeci i w tej nowej lokalizacji… poczuliśmy się pierwszy raz jak „u siebie”. Tutaj main, tam Cyrk, z lewej Hybryda, a laskiem do Parku, Studia i prosto w Kosmos. Widać było po naszej ekipie, że wiemy co i gdzie, bo w trakcie festiwalu chyba z dwadzieścia razy potraktowano nas jak mobilny drogowskaz.
Trzeci raz w Łodzi, ale na samym Audio już kilkunasty. W pewnym momencie przestaliśmy liczyć te edycje, tak jak w pewnym momencie łapiesz się, że nie do końca wiesz, czy masz 22 czy 23 lata, 34 czy już 35, 43 czy 44, a w sumie co za różnica?
Audioriver też wie, że minęły czasy krojenia line-upu dla grupy wiekowej od XC do XF. Organizatorzy tłumaczyli, że Prodigy było ukłonem dla „starej gwardii”, że Disclosure czekało na milenialsów, a Marlon Hoffstadt to przecież gwiazda młodego pokolenia. Trzeba przyznać, że to Marlon wzbudził jednak najwięcej międzypokoleniowych emocji społeczności, bo zagrany przez niego track „Better Off Alone”, u jednych wycisnął łezkę, u innych spowodował prychnięcie oburzenia. A z pewnością były tam osoby, które… usłyszały go pierwszy raz.

To, że społeczeństwo (nie tylko w Polsce) nam się polaryzuje, to nie nowina, ale w tym roku zaobserwowałem także kulturowo-muzyczną polaryzację i… kto ma nas pogodzić, jak nie Audioriver? Kto ma taką moc jak nie festiwal, który od lat przyznaje, że dba bardziej o społeczność niż pirotechnikę o 24:00? Pokażcie mi miejsce, gdzie na spokojnie po raz piętnasty usłyszysz „I Remember The Future” zagrane przez London Elektricity i jednocześnie zmiecie cię „I Got It For You” od Funk Tribu. To na tym festiwalu Len Faki będzie grał swoje „Morgana” czy „Kobold”, a PARISI puści „U OK?”, „Believe In Myself”, ale też „Turn On The Lights” Freda Again, oraz ich wspólne „This is Real”.
To w Łodzi usłyszysz jak Klangkuenstler wypuszcza „Toter Schmetterling”, a w innej części festiwalu Frank Wiedemann z Trikkiem czarują „Queen of Toys”, „Blind Eye” czy „Don’t Waste My Time”.
Przy okazji przeczytajcie felieton, który wytłumaczy, dlaczego ten ostatni numer seta panów z Innervisions na scenie Studio wprowadził nas w stan festiwalowej euforii…
Muzycznie niech przemówi playlista. Tak dzisiaj brzmi Audioriver.
Słyszałem taką plotkę, że tegoroczna scena miała przypominać… pająka z logotypu The Prodigy. Jak wypadli headlinerzy? Ciągle to sceniczne potwory, mistrzowie pomieszanych gatunków. Był ogień, były hity, choć niektóre w nieoryginalnych wersjach pozostawiały u wielu poczucie niedosytu. Podobnie jak moc nagłośnienia, bo faktycznie na początku koncertu zabrakło nam mocy.
Miałem przyjemność posłuchać The Prodigy w 2007 roku na Creamfields we Wrocławiu. Drugi koncert wpadł mi teraz, po prawie 20 latach. Nieśmiało stwierdzę, że… choć niby wszystko się zgadza, to nie słychać ze sceny już takiego… wkur*ienia jak kiedyś i nie zmieni tego kilkadziesiąt okrzyków „fuckin’ people!”. Trochę im się nie dziwię, no panowie grają od prawie 30 lat i to w składzie okrojonym przez wielką tragedię.
(Dodam, że druga połowa naszej redakcji słuchała The Prodigy na tegorocznym Sonarze i miała… te same spostrzeżenia).
Coś po prostu wyparowało. Jest ogień, ale nie ma potem żaru. O dziwo… to rok temu po występie Chase & Status dłużej nie mogłem się pozbierać.

Co zagrało dzień później z głównej Disclosure? Przelot był pełen i dopiero na miejscu człowiek zdał sobie sprawę, ile panowie natrzaskali tych hitów. Zagrali naprawdę energetycznego seta, przemyślanego, wymieszanego, pompującego. Do mnie trafił. Nie zabrakło na finale „You & Me” (w dwóch remiksach, w tym klasycznym Flume). Był „White Noise”, „When A Fire Starts To Burn”, „Tondo”, „She’s Gone, Dance On”, „one2three”, „Latch”, „Holding On” oraz „F for You”.
Za nami 20 edycja Audioriver. W dniu urodzin nie może zabraknąć akapitów przesiąkniętych sentymentalizmem. To lata wspomnień, przyjaźni, miłości, miliony numerów, setki występów.
Dawid z naszej redakcji z rozrzewnieniem wspomina np. 2010 rok i występ Laurenta Garniera.
Nie spodziewałem się, że występ w dużej części będzie przeplatany energetycznymi dubstepami i nie spodziewałem się, że będzie chciało mnie „potargać” ze szczęścia, a tak naprawdę, że mnie potarga.
Może wydawać się to trochę cipowate, ale w trakcie orkiestrowego grania „Gnanmankoudji”, a dokładnie gdy wjechała sekcja puzonów zacząłem płakać z radości, i to tak bez pohamowania, łzami pełnego spełnienia. Do dziś pamiętam jaką dumą byłem przepełniony, gdy tydzień po festiwalu na Facebook’owym wallu Laurenta pojawił się status: „Still buzzing after Audioriver Festival”.
Ja mam sentyment do edycji z 2019 roku. W idealnym punkcie zderzyły się u mnie wtedy orbity trzech konstelacji. Konstelacji miejsca, konstelacji zmęczenia i klimatu oraz konstelacji ulubionych artystów. Miałem wtedy „fazę” na Lee Burridge’a, duet Bedouin i na Olivera Koletzkiego.
W tym 2019 roku zagrali wszyscy p o k o l e i na closingu sceny Burn. To było sześciogodzinne wymieszanie numerów od Innervisions, Afterlife, Crosstown Rebels i Stil Vor Talent czyli mojego labelowego topu.
Z okazji 15-lecia Audioriver napisałem w swoim artykule tak:
Nie ukrywajmy. Zmieniamy się. Muzycznie. I patrząc w line-upy Audioriver widać to doskonale. Kogo wybieraliśmy w 2011/12 roku. Kogo słuchaliśmy w 2016, a kogo w 2018.
Dzisiaj dodaję: „i w 2026”. Zmieniamy się. Audioriver się zmienia, elektronika się zmienia, często zatacza koło.
Koniec sentymentalizmów.

Audioriver to dzisiaj potężna maszyna. Trzydniowy festiwal z własnym polem namiotowym w jednym z największych miast w Polsce, w którym nie ma problemu z noclegami, ale też nie ma pizzerii wypełnionej tylko i wyłącznie audioriverowiczami. Zaskoczyła nas scenografia Cyrku, przypominająca matriksowski Zion, podobał nam się wyrównany i odwodniony teren, scena Studia w drzewach wyglądała tulumowo i na pewno lepiej niż zeszłoroczna szopa. Stef foodtrackowych było pod dostatkiem, kolejek brak, no a ceny i jakość jedzenia to już raczej nie jest odpowiedzialność organizatora.
Od pierwszej łódzkiej edycji zmieniło się wiele i wszystko na plus. Nie uda się odtworzyć klimatu Płocka, bo Łódź to nie Płock i już koniec tej dyskusji. Starzy raverzy mogą po prostu się cieszyć, że dane jest im wspominać wiślane edycje, ale trzeba iść dalej. To się musi spinać. Muszą być na festiwalu tiktokerowe zajawki i klimatyczne granie Ben Klocka. Z samym Ben Klockiem i jego kolegami festiwal zacznie się cofać, z samym TikTokiem będzie festiwalem takim jak inne.
Ktoś powie: „mydło i powidło”, ja powiem „eklektyzm”. Tylko w tym kierunku możemy wspólnie tańczyć byle jak, ramię w ramię, jako społeczność. Znowu zrobiło się sentymentalnie, ale przecież… to urodziny prawda?

(zdjęcie organizatora)
(zdjęcie organizatora)
